23.10.2026, 17:25 ✶
Nie zamierzałem udawać, że niektóre części życiorysu Prue nie były dla mnie nadal zagadką, nie zamierzałem bagatelizować sekretów, jakie skrywała, szczególnie gdy zdążyłem na własnej skórze przekonać się, że potrafiła zaskakiwać mnie w najmniej odpowiednich momentach, znałem ją jednak wystarczająco dobrze, by odróżnić te części jej osobowości, które pokazywała światu, od tych, które zachowywała dla siebie i kilku osób dopuszczonych bliżej, chociaż niekoniecznie zawsze na własnych warunkach. Właściwie od samego początku naszej znajomości miała ze mną pod tym względem pewien obopólny problem, ponieważ trudno było utrzymać starannie przygotowaną wersję samej siebie w obecności kogoś, kto pamiętał cię jeszcze z „łatwiejszych” lat - tych, kiedy ani ona, ani ja nie dysponowaliśmy szczególnie imponującymi umiejętnościami udawania, że nie obchodzą nas rzeczy, które obchodziły nas aż nazbyt mocno - nie raz, nie dwa sam się zresztą podkładałem, odkrywając przed nią zbyt wiele kart i nie chodziło o to, że nie wiedziałem, z kim miałem do czynienia, ani co mogła zrobić z dostarczonym materiałem. Widziałem wystarczająco wiele, by przestać wierzyć w jej niewinność, chociaż nie przypominałem sobie, żebym kiedykolwiek otrzymał bądź też wydał oficjalne pozwolenie na wzajemne poznawanie tak głębokich warstw osobowości. W pewnym momencie przestaliśmy po prostu mieć na to większy wpływ, bo zdążyliśmy zobaczyć się w dostatecznej liczbie sytuacji, bym mógł wiedzieć, że śmiertelnie spokojna, opanowana Prudence, którą można było spotkać w szkole, w pracy albo podczas oficjalnych sytuacji, stanowiła zaledwie jedną z wersji mojej żony - wcale nie tę, którą lubiłem najbardziej, zwłaszcza gdy nie mieliśmy już potrzeby doprowadzać się nawzajem do szału - nie oznaczało to, że tamta była fałszywa, bo doskonale rozumiałem potrzebę zachowywania części siebie do własnej wiadomości, szczególnie w świecie, w którym ludzie zbyt chętnie wyciągali wnioski na podstawie jednego niewłaściwego słowa, źle dobranego towarzystwa albo zwykłej niechęci do uczestniczenia w cudzych przedstawieniach.
Nie mogłem powiedzieć, żebym kiedykolwiek szczególnie przykładał się do budowania własnej reputacji, przynajmniej nie tej, którą można było później z dumą przedstawiać podczas spotkań towarzyskich czy innych równie męczących okazji, przy których należało udawać, że wszystkie podejmowane w życiu decyzje miały solidne podstawy i prowadziły do czegoś pożytecznego. Przez większość czasu wystarczało mi, że ludzie trzymali się ode mnie na odpowiednią odległość, nie zadawali zbędnych pytań i nie próbowali zaglądać zbyt głęboko w sprawy, które z rozmaitych przyczyn wolałem załatwiać bez świadków, przy czym nie miałem nic przeciwko temu, by od czasu do czasu ktoś uznał mnie za niezbyt przyjemnego typa, skoro taka opinia potrafiła zaoszczędzić mi mnóstwo niepotrzebnych rozmów. Dbałem bowiem głównie o to, by nikt nie interesował się mną dłużej, niż było to konieczne, chociaż z pewnością nie zawsze udawało mi się osiągać zamierzony efekt, zwłaszcza kiedy ktoś postanawiał sprawdzić, ile cierpliwości pozostało mi po wyjątkowo kiepskim dniu. Prudence analogicznie przez lata wypracowała sobie opinię osoby, której obecność łatwo było przeoczyć, jeśli akurat nie miało się powodu, by zwracać na nią szczególną uwagę i musiałem przyznać, że wychodziło jej to naprawdę wybitnie dobrze, lepiej od moich prób pozostawania całkowicie poza radarem, chociaż osobiście zawsze uważałem za zabawne, że ktoś potrafiący tak skutecznie wtapiać się w otoczenie jednocześnie zachowywał w pamięci tyle szczegółów, którymi później bez najmniejszych skrupułów potrafił mnie szantażować podczas naszych prywatnych rozmów.
Pod tym względem stanowiła jednak osobny przypadek, bo znała mnie wystarczająco długo, żeby wiedzieć, iż moja powierzchowność nie zawsze szła w parze z tym, co rzeczywiście miałem w głowie, i jeszcze dłużej, żeby przekonać się, że za moimi rozmaitymi pomysłami zwykle kryło się coś, czego nie zamierzałem wyjaśniać każdemu napotkanemu po drodze. W czasach szkolnych miała okazję obserwować mnie w sytuacjach, w których nie dysponowałem jeszcze całym arsenałem wyuczonych sztuczek, nie potrafiłem tak sprawnie omijać niewygodnych pytań i zdecydowanie częściej pozwalałem, żeby temperament podejmował za mnie decyzje, których później musiałem bronić przed nauczycielami. Nie mogłem przy tym zaprzeczyć, że podobało mi się, iż nadal potrafiła mówić do mnie w taki sposób, jak wtedy, gdy byliśmy na drugim roku, zanim każde „ekscytujące” zmieniło się w „niedorzeczne”, a „ciekawe” zostało „durnym przejawem brawury”. Znała mnie dostatecznie dobrze, by wiedzieć, że nie zawsze potrzebowałem zachęty, lecz mimo to potrafiła znaleźć słowa, które sprawiały, że miałem ochotę wykonać coś sprawniej i bardziej ochoczo, niż wymagała tego sytuacja, popisując się, choćby tylko po to, by sprawdzić, jak daleko mogłem posunąć się w tej kwestii, zanim uznałaby, że całkowicie straciłem kontakt z rzeczywistością.
Nie oznaczało to, że nagle stałem się kimś, kto potrafił żyć bez pakowania się w kłopoty i zawsze zgadzał się na każdą sugestię, bo nie zamierzałem obrażać własnej natury takim założeniem, ale miałem teraz kogoś, z kim na powrót mogłem dzielić się konsekwencjami podejmowanych decyzji, zamiast po raz kolejny udawać, że zupełnie wszystko musiałem robić sam.
Pakiety miały swoje zalety, nawet jeśli obejmowały kompetencje, które przychodziło zdobywać latami, po drodze tracąc kilka zębów, parę razy lądując w niewłaściwym miejscu i przynajmniej raz dochodząc do wniosku, że jednak należało wybrać sobie znacznie spokojniejszy zawód. Z własnego doświadczenia wiedziałem, że niektóre rzeczy przychodziły łatwiej, kiedy nie miało się szczególnego wyboru, przez długi czas nie mogłem bowiem pozwolić sobie na luksus zastanawiania się, czy dana umiejętność kiedykolwiek mi się przyda, ponieważ zwykle przekonywałem się o jej niezbędności dopiero wtedy, gdy sytuacja robiła się na tyle nieprzyjemna, że brak odpowiedniego przygotowania mógł mnie słono kosztować. Przemykanie niezauważonym, wybieranie drogi ucieczki jeszcze przed wejściem do pomieszczenia i ocenianie, czy dało się przejść przez cudzy teren bez zwracania na siebie uwagi, nie należały do rzeczy, których uczyłem się dla własnej przyjemności, chociaż z czasem odkryłem, że potrafiły sprawiać całkiem sporo satysfakcji, gdy używało ich się w mniej surwiwalowych celach.
- Gdybym wiedział o tym wcześniej, zaoszczędziłbym sobie spolo wysiłku, plóbująs ci zaimponowaś w balsiej konwencjonalny sposób. - Mruknąłem, chociaż było to swego rodzaju kłamstwo, bo pewnie i tak nie darowałbym sobie niektórych zagrywek. - W takim lasie nie klępuj się, Sunny. Moses kontynuowaś nawet wtedy, gdy będziemy jusz w domu. Szczególnie wtedy, gdy będziemy jusz w domu. - Puściłem do niej oko, po czym zerknąłem na jabłonie.
Posiadanie żony, która potrafiła docenić moje rozmaite przypadłości, miało swoje naprawdę bardzo znaczące zalety, nawet jeśli część z nich ujawniała się w okolicznościach, w których przyzwoity mąż powinien był raczej zastanowić się nad tym, jak należałoby przekonać ukochaną do zmiany planów, zamiast z entuzjazmem pomagać jej w realizacji kolejnych pomysłów. Na szczęście nigdy nie pretendowałem do tytułu szczególnie przykładnego obywatela ani odpowiedzialnego dorosłego mężczyzny po ślubie, za to coraz częściej przypominałem sobie wszystkie te chwile z przeszłości, gdy Prudence w zaledwie kilku krótkich słowach była w stanie nakłonić mnie do impulsywnego działania, by jej coś udowodnić - tak, byłem tego świadomy i bardzo świadomie za każdym razem dawałem się złapać dokładnie na ten sam haczyk - miała wyjątkowy talent do znajdowania nam obojgu zajęć, których sam nie wymyśliłbym w danej chwili, choć po przedstawieniu propozycji potrafiłem natychmiast dostrzec liczne zalety wymyślonego przez nią planu. W tym dzisiejszym, zresztą, trudno było mi znaleźć jakiekolwiek wady, skoro mieliśmy naprawdę ładny dzień, świeciło słońce, nigdzie nam się nie spieszyło, a kobieta, która przez lata wolałaby znaleźć się wszędzie, tylko nie razem, chciała spędzać ze mną czas. Nie mogłem powiedzieć „nie”, nawet jeśli oznaczało to wspólne łamanie norm społecznych, których przestrzeganie i tak przecież nigdy nie stanowiło najważniejszego punktu mojego życiowego programu.
- Nie wiem, czy twoja supelmoc nie jest pszypadkiem znacznie glośniejsza od mojej. - Przyznałem, przyglądając się jej z rozbawieniem, bo możliwość przyznania tego na głos wydawała mi się całkiem zabawna, zważywszy na fakt, jak bardzo kiedyś zapierałbym się, by nie przyznać Prudence wygranej. - Ja mogę splawiś, sze coś zniknie, ale ty potlafisz w sekundę wyciągnąś dowód, sze w ogóle istniało. - Prychnąłem cicho na samą myśl o tym, pamiętałem wiele rzeczy, których wolałbym nie pamiętać, lecz zwykle dotyczyły one okoliczności wymagających późniejszej ostrożności, ludzi, którym nie należało ufać albo miejsc, w których lepiej było nie pojawiać się dwa razy w tym samym tygodniu, Pruey natomiast mogła odtworzyć rozmowę sprzed lat tylko po to, żeby udowodnić mi, że kiedyś obiecałem jej coś zupełnie błahego, a później próbowałem się wykpić. - Uwiesz mi, ja tesz zatem nie naszekam s zawaltej tlansaksji… - Wiedziałem, że nie musiałem jej tłumaczyć, co miałem na myśli, choć nie mogłem wykluczyć, że i tak znajdzie sposób, by obrócić moje słowa przeciwko mnie, choćby wyłącznie dla samej zasady - była w stanie bez wysiłku zapamiętać rzeczy, o których ja sam zdążyłem zapomnieć już następnego dnia, co czasami było wyjątkowo przydatne, nie dało się temu zaprzeczyć - gorzej było, kiedy postanowiłem wyprzeć je dla własnego dobra, grzebiąc je naprawdę, ale to naprawdę głęboko w najciemniejszych zakamarkach mojej głowy, wtedy nie było już tak fajnie - nie zamierzałem z tym teraz dyskutować, ponieważ wszelkie próby kwestionowania jej imponującej pamięci zwykle kończyły się przywołaniem konkretnego zdarzenia, dokładnej daty, scenografii i oprawy, słów prowadzących ku niefortunnej kulminacji sceny oraz tej jednej sekundy, w której popełniłem kardynalny błąd i przestałem pilnować tego, co opuszczało moje usta, chociaż, bądźmy szczerzy, czasami robiłem to z czystej żądzy podtrzymania tematu. Zdarzało się, że Prudence wyciągała z przeszłości szczegóły tak odległe i rozmyte, iż miałem wrażenie, że przez te wszystkie lata prowadziła osobny rejestr moich wypowiedzi, zachowań i niefortunnych decyzji, a następnie starannie przechowywała go w szafie w mentalnym archiwum na wypadek, gdybym kiedykolwiek poczuł się zbyt pewnie we własnych osądach. Była w tym wszystkim pewna przewrotność, ponieważ ta sama cecha, która potrafiła niegdyś doprowadzić mnie do wściekłości podczas sprzeczek, okazywała się niezwykle przydatna w sytuacjach, kiedy należało zachować czujność i nie przeoczyć czegoś istotnego. Musiałem przyznać, że skuteczność tej metody była trudna do podważenia i jeśli coś naprawdę dało się nazwać „supermocą”, wypadało właśnie na to.
Najwyraźniej sam podsunąłem jej pomysł, który postanowiła rozważyć, co oznaczało, że w przyszłości mogłem spodziewać się powrotu do tematu, znałem bowiem Prudence wystarczająco długo, żeby wiedzieć, iż niektóre jej obietnice potrafiły przetrwać znacznie dłużej niż moje najlepsze postanowienia, więc nie wykluczałem, że pewnego dnia rzeczywiście miała wręczyć mi diadem i będzie oczekiwała, że założę go bez zbędnych protestów.
- Diadem plęsej wciśnie mi się na tę wszechwiedzącą głowę, nie? - Parsknąłem pod nosem, zerkając na nią, po czym zatrzymałem się przy ogrodzeniu i sprawdziłem jego wytrzymałość, przeskakując i następnie czekając tuż po drugiej stronie aż Prudence do mnie dołączyła - musiałem przygryźć policzek od środka, żeby nie zacząć jej udzielać wskazówek, zanim zdążyłaby o nie poprosić, bo wiedziałem, co by na to powiedziała - nie potrzebowała wiele czasu, żeby udowodnić mi po raz kolejny, że potrafiła poradzić sobie sama, co nie było dla mnie praktycznie żadnym zaskoczeniem na tym etapie, poza tym obserwowanie jej podczas działania miało swoje zalety, których zdecydowanie nie zamierzałem wyliczać na głos, bo jeszcze zaczęłaby wykorzystywać ten fakt przeciwko mnie… Było warto stać i patrzeć, po prostu.
- Tesz się nad tym zastanawiam. Mose mają układ s jakimiś siłami i co jesień zakopują pod dszewami złodziei owoców, szeby zapewnić sobie wyjątkowo ulodzajne plony… - Obróciłem głowę w jej stronę, uprzednio podejrzliwie zerknąwszy na najbliższą pokrzywioną jabłonkę. Nie znałem się na sadownictwie na tyle, by wyjaśnić, dlaczego drzewa Abbottów radziły sobie tak dobrze, ale trudno było nie zauważyć, że ich plony wyglądały znacznie lepiej niż większość tych, które widywałem w innych miejscach w okolicy - rzeczywiście, najbliższe jabłonie miały owoce tak dorodne, że trudno było znaleźć powód, dla którego mielibyśmy ryzykować dalszą wędrówkę, szczególnie jeśli nie wiedzieliśmy, czy w głębi ktoś akurat nie pracował - przyjrzałem się więc najbliższym gałęziom, oceniając, które jabłka można było zerwać bez konieczności wspinania się na drzewo. Odpowiedź brzmiała „zdecydowanie więcej niż dwa na głowę”, było ich naprawdę wiele, w dodatku nie sprawiały wrażenia, jakby ktoś dopiero co usunął uszkodzone egzemplarze, co mogło sugerować, że właściciele naprawdę wiedzieli, co robią, albo mieli dostęp do metod, o których reszta mieszkańców Doliny mogła jedynie pomarzyć.
- Gdybym zalas zniknął, chciałbym, szebyś wiedziała, sze to nie było częścią planu i sze cię kochałem, Pluey. Moses sobie zatrzymaś moje fanty. Pieniądze schowałem pod lewą klepką pszy dszwiach w sypialni. - Dodałem, sięgnąwszy po jabłko…
!sumaowoca
Nie mogłem powiedzieć, żebym kiedykolwiek szczególnie przykładał się do budowania własnej reputacji, przynajmniej nie tej, którą można było później z dumą przedstawiać podczas spotkań towarzyskich czy innych równie męczących okazji, przy których należało udawać, że wszystkie podejmowane w życiu decyzje miały solidne podstawy i prowadziły do czegoś pożytecznego. Przez większość czasu wystarczało mi, że ludzie trzymali się ode mnie na odpowiednią odległość, nie zadawali zbędnych pytań i nie próbowali zaglądać zbyt głęboko w sprawy, które z rozmaitych przyczyn wolałem załatwiać bez świadków, przy czym nie miałem nic przeciwko temu, by od czasu do czasu ktoś uznał mnie za niezbyt przyjemnego typa, skoro taka opinia potrafiła zaoszczędzić mi mnóstwo niepotrzebnych rozmów. Dbałem bowiem głównie o to, by nikt nie interesował się mną dłużej, niż było to konieczne, chociaż z pewnością nie zawsze udawało mi się osiągać zamierzony efekt, zwłaszcza kiedy ktoś postanawiał sprawdzić, ile cierpliwości pozostało mi po wyjątkowo kiepskim dniu. Prudence analogicznie przez lata wypracowała sobie opinię osoby, której obecność łatwo było przeoczyć, jeśli akurat nie miało się powodu, by zwracać na nią szczególną uwagę i musiałem przyznać, że wychodziło jej to naprawdę wybitnie dobrze, lepiej od moich prób pozostawania całkowicie poza radarem, chociaż osobiście zawsze uważałem za zabawne, że ktoś potrafiący tak skutecznie wtapiać się w otoczenie jednocześnie zachowywał w pamięci tyle szczegółów, którymi później bez najmniejszych skrupułów potrafił mnie szantażować podczas naszych prywatnych rozmów.
Pod tym względem stanowiła jednak osobny przypadek, bo znała mnie wystarczająco długo, żeby wiedzieć, iż moja powierzchowność nie zawsze szła w parze z tym, co rzeczywiście miałem w głowie, i jeszcze dłużej, żeby przekonać się, że za moimi rozmaitymi pomysłami zwykle kryło się coś, czego nie zamierzałem wyjaśniać każdemu napotkanemu po drodze. W czasach szkolnych miała okazję obserwować mnie w sytuacjach, w których nie dysponowałem jeszcze całym arsenałem wyuczonych sztuczek, nie potrafiłem tak sprawnie omijać niewygodnych pytań i zdecydowanie częściej pozwalałem, żeby temperament podejmował za mnie decyzje, których później musiałem bronić przed nauczycielami. Nie mogłem przy tym zaprzeczyć, że podobało mi się, iż nadal potrafiła mówić do mnie w taki sposób, jak wtedy, gdy byliśmy na drugim roku, zanim każde „ekscytujące” zmieniło się w „niedorzeczne”, a „ciekawe” zostało „durnym przejawem brawury”. Znała mnie dostatecznie dobrze, by wiedzieć, że nie zawsze potrzebowałem zachęty, lecz mimo to potrafiła znaleźć słowa, które sprawiały, że miałem ochotę wykonać coś sprawniej i bardziej ochoczo, niż wymagała tego sytuacja, popisując się, choćby tylko po to, by sprawdzić, jak daleko mogłem posunąć się w tej kwestii, zanim uznałaby, że całkowicie straciłem kontakt z rzeczywistością.
Nie oznaczało to, że nagle stałem się kimś, kto potrafił żyć bez pakowania się w kłopoty i zawsze zgadzał się na każdą sugestię, bo nie zamierzałem obrażać własnej natury takim założeniem, ale miałem teraz kogoś, z kim na powrót mogłem dzielić się konsekwencjami podejmowanych decyzji, zamiast po raz kolejny udawać, że zupełnie wszystko musiałem robić sam.
Pakiety miały swoje zalety, nawet jeśli obejmowały kompetencje, które przychodziło zdobywać latami, po drodze tracąc kilka zębów, parę razy lądując w niewłaściwym miejscu i przynajmniej raz dochodząc do wniosku, że jednak należało wybrać sobie znacznie spokojniejszy zawód. Z własnego doświadczenia wiedziałem, że niektóre rzeczy przychodziły łatwiej, kiedy nie miało się szczególnego wyboru, przez długi czas nie mogłem bowiem pozwolić sobie na luksus zastanawiania się, czy dana umiejętność kiedykolwiek mi się przyda, ponieważ zwykle przekonywałem się o jej niezbędności dopiero wtedy, gdy sytuacja robiła się na tyle nieprzyjemna, że brak odpowiedniego przygotowania mógł mnie słono kosztować. Przemykanie niezauważonym, wybieranie drogi ucieczki jeszcze przed wejściem do pomieszczenia i ocenianie, czy dało się przejść przez cudzy teren bez zwracania na siebie uwagi, nie należały do rzeczy, których uczyłem się dla własnej przyjemności, chociaż z czasem odkryłem, że potrafiły sprawiać całkiem sporo satysfakcji, gdy używało ich się w mniej surwiwalowych celach.
- Gdybym wiedział o tym wcześniej, zaoszczędziłbym sobie spolo wysiłku, plóbująs ci zaimponowaś w balsiej konwencjonalny sposób. - Mruknąłem, chociaż było to swego rodzaju kłamstwo, bo pewnie i tak nie darowałbym sobie niektórych zagrywek. - W takim lasie nie klępuj się, Sunny. Moses kontynuowaś nawet wtedy, gdy będziemy jusz w domu. Szczególnie wtedy, gdy będziemy jusz w domu. - Puściłem do niej oko, po czym zerknąłem na jabłonie.
Posiadanie żony, która potrafiła docenić moje rozmaite przypadłości, miało swoje naprawdę bardzo znaczące zalety, nawet jeśli część z nich ujawniała się w okolicznościach, w których przyzwoity mąż powinien był raczej zastanowić się nad tym, jak należałoby przekonać ukochaną do zmiany planów, zamiast z entuzjazmem pomagać jej w realizacji kolejnych pomysłów. Na szczęście nigdy nie pretendowałem do tytułu szczególnie przykładnego obywatela ani odpowiedzialnego dorosłego mężczyzny po ślubie, za to coraz częściej przypominałem sobie wszystkie te chwile z przeszłości, gdy Prudence w zaledwie kilku krótkich słowach była w stanie nakłonić mnie do impulsywnego działania, by jej coś udowodnić - tak, byłem tego świadomy i bardzo świadomie za każdym razem dawałem się złapać dokładnie na ten sam haczyk - miała wyjątkowy talent do znajdowania nam obojgu zajęć, których sam nie wymyśliłbym w danej chwili, choć po przedstawieniu propozycji potrafiłem natychmiast dostrzec liczne zalety wymyślonego przez nią planu. W tym dzisiejszym, zresztą, trudno było mi znaleźć jakiekolwiek wady, skoro mieliśmy naprawdę ładny dzień, świeciło słońce, nigdzie nam się nie spieszyło, a kobieta, która przez lata wolałaby znaleźć się wszędzie, tylko nie razem, chciała spędzać ze mną czas. Nie mogłem powiedzieć „nie”, nawet jeśli oznaczało to wspólne łamanie norm społecznych, których przestrzeganie i tak przecież nigdy nie stanowiło najważniejszego punktu mojego życiowego programu.
- Nie wiem, czy twoja supelmoc nie jest pszypadkiem znacznie glośniejsza od mojej. - Przyznałem, przyglądając się jej z rozbawieniem, bo możliwość przyznania tego na głos wydawała mi się całkiem zabawna, zważywszy na fakt, jak bardzo kiedyś zapierałbym się, by nie przyznać Prudence wygranej. - Ja mogę splawiś, sze coś zniknie, ale ty potlafisz w sekundę wyciągnąś dowód, sze w ogóle istniało. - Prychnąłem cicho na samą myśl o tym, pamiętałem wiele rzeczy, których wolałbym nie pamiętać, lecz zwykle dotyczyły one okoliczności wymagających późniejszej ostrożności, ludzi, którym nie należało ufać albo miejsc, w których lepiej było nie pojawiać się dwa razy w tym samym tygodniu, Pruey natomiast mogła odtworzyć rozmowę sprzed lat tylko po to, żeby udowodnić mi, że kiedyś obiecałem jej coś zupełnie błahego, a później próbowałem się wykpić. - Uwiesz mi, ja tesz zatem nie naszekam s zawaltej tlansaksji… - Wiedziałem, że nie musiałem jej tłumaczyć, co miałem na myśli, choć nie mogłem wykluczyć, że i tak znajdzie sposób, by obrócić moje słowa przeciwko mnie, choćby wyłącznie dla samej zasady - była w stanie bez wysiłku zapamiętać rzeczy, o których ja sam zdążyłem zapomnieć już następnego dnia, co czasami było wyjątkowo przydatne, nie dało się temu zaprzeczyć - gorzej było, kiedy postanowiłem wyprzeć je dla własnego dobra, grzebiąc je naprawdę, ale to naprawdę głęboko w najciemniejszych zakamarkach mojej głowy, wtedy nie było już tak fajnie - nie zamierzałem z tym teraz dyskutować, ponieważ wszelkie próby kwestionowania jej imponującej pamięci zwykle kończyły się przywołaniem konkretnego zdarzenia, dokładnej daty, scenografii i oprawy, słów prowadzących ku niefortunnej kulminacji sceny oraz tej jednej sekundy, w której popełniłem kardynalny błąd i przestałem pilnować tego, co opuszczało moje usta, chociaż, bądźmy szczerzy, czasami robiłem to z czystej żądzy podtrzymania tematu. Zdarzało się, że Prudence wyciągała z przeszłości szczegóły tak odległe i rozmyte, iż miałem wrażenie, że przez te wszystkie lata prowadziła osobny rejestr moich wypowiedzi, zachowań i niefortunnych decyzji, a następnie starannie przechowywała go w szafie w mentalnym archiwum na wypadek, gdybym kiedykolwiek poczuł się zbyt pewnie we własnych osądach. Była w tym wszystkim pewna przewrotność, ponieważ ta sama cecha, która potrafiła niegdyś doprowadzić mnie do wściekłości podczas sprzeczek, okazywała się niezwykle przydatna w sytuacjach, kiedy należało zachować czujność i nie przeoczyć czegoś istotnego. Musiałem przyznać, że skuteczność tej metody była trudna do podważenia i jeśli coś naprawdę dało się nazwać „supermocą”, wypadało właśnie na to.
Najwyraźniej sam podsunąłem jej pomysł, który postanowiła rozważyć, co oznaczało, że w przyszłości mogłem spodziewać się powrotu do tematu, znałem bowiem Prudence wystarczająco długo, żeby wiedzieć, iż niektóre jej obietnice potrafiły przetrwać znacznie dłużej niż moje najlepsze postanowienia, więc nie wykluczałem, że pewnego dnia rzeczywiście miała wręczyć mi diadem i będzie oczekiwała, że założę go bez zbędnych protestów.
- Diadem plęsej wciśnie mi się na tę wszechwiedzącą głowę, nie? - Parsknąłem pod nosem, zerkając na nią, po czym zatrzymałem się przy ogrodzeniu i sprawdziłem jego wytrzymałość, przeskakując i następnie czekając tuż po drugiej stronie aż Prudence do mnie dołączyła - musiałem przygryźć policzek od środka, żeby nie zacząć jej udzielać wskazówek, zanim zdążyłaby o nie poprosić, bo wiedziałem, co by na to powiedziała - nie potrzebowała wiele czasu, żeby udowodnić mi po raz kolejny, że potrafiła poradzić sobie sama, co nie było dla mnie praktycznie żadnym zaskoczeniem na tym etapie, poza tym obserwowanie jej podczas działania miało swoje zalety, których zdecydowanie nie zamierzałem wyliczać na głos, bo jeszcze zaczęłaby wykorzystywać ten fakt przeciwko mnie… Było warto stać i patrzeć, po prostu.
- Tesz się nad tym zastanawiam. Mose mają układ s jakimiś siłami i co jesień zakopują pod dszewami złodziei owoców, szeby zapewnić sobie wyjątkowo ulodzajne plony… - Obróciłem głowę w jej stronę, uprzednio podejrzliwie zerknąwszy na najbliższą pokrzywioną jabłonkę. Nie znałem się na sadownictwie na tyle, by wyjaśnić, dlaczego drzewa Abbottów radziły sobie tak dobrze, ale trudno było nie zauważyć, że ich plony wyglądały znacznie lepiej niż większość tych, które widywałem w innych miejscach w okolicy - rzeczywiście, najbliższe jabłonie miały owoce tak dorodne, że trudno było znaleźć powód, dla którego mielibyśmy ryzykować dalszą wędrówkę, szczególnie jeśli nie wiedzieliśmy, czy w głębi ktoś akurat nie pracował - przyjrzałem się więc najbliższym gałęziom, oceniając, które jabłka można było zerwać bez konieczności wspinania się na drzewo. Odpowiedź brzmiała „zdecydowanie więcej niż dwa na głowę”, było ich naprawdę wiele, w dodatku nie sprawiały wrażenia, jakby ktoś dopiero co usunął uszkodzone egzemplarze, co mogło sugerować, że właściciele naprawdę wiedzieli, co robią, albo mieli dostęp do metod, o których reszta mieszkańców Doliny mogła jedynie pomarzyć.
- Gdybym zalas zniknął, chciałbym, szebyś wiedziała, sze to nie było częścią planu i sze cię kochałem, Pluey. Moses sobie zatrzymaś moje fanty. Pieniądze schowałem pod lewą klepką pszy dszwiach w sypialni. - Dodałem, sięgnąwszy po jabłko…
!sumaowoca
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)