Wczoraj, 19:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: Wczoraj, 19:09 przez Benjy Fenwick.)
Łupnięcie, zgrzyt, przeciągły jęk metalu, po którym nastąpiło kilka podejrzanie głośnych stuknięć dobiegających spod podłogi, niemal wypuściłem z ust przekleństwo, którego zdecydowanie nie wypadało używać przy damach, nawet jeśli wspomniane od dłuższego czasu doprowadzały mnie do stanu, w którym przestawałem przejmować się podobnymi drobiazgami - magiczny autokar pędził przez noc, nie bacząc na nic, ani na nikogo…
„Co za jebany złom, rzygać się chce”.
Zacisnąłem zęby, kiedy siedzenie ponownie gwałtownie podskoczyło mi pod dupą, po czym rozparłem się na nim jeszcze bardziej, wyciągając nogi na zewnątrz, w stronę przejścia między rzędami, bo może na własne życzenie musiałem znosić tę nocną przejażdżkę, ale jednocześnie nie zamierzałem skupiać się na zachowaniu dobrych manier, podczas gdy ledwo mieściłem kolana między siedzeniami. Nie miałem zresztą szczególnej ochoty ułatwiać nikomu życia własnym kosztem, bo już mi tego wystarczyło, jak na jeden paskudny wieczór, toteż skrzyżowałem ręce na piersi i uznałem, że skoro już przyszło mi uczestniczyć w tej żałosnej wyprawie, przynajmniej nie będę udawał, że mogłem czerpać z niej jakąkolwiek przyjemność - to nie była wycieczka krajoznawcza - usiadłem od strony alejki, z nogami wyciągniętymi przed siebie tak daleko, że każdy, kto chciałby się przecisnąć, musiałby albo poprosić mnie o pozwolenie, albo wykazać się umiejętnościami godnymi zawodnika quidditcha lub Prudence Bletchley w tej dzisiejszej, skocznej odsłonie, która znajdowała się na siedzeniu tuż obok, co odnotowywałem kątem oka z częstotliwością, której z pewnością bym się wyparł, gdyby ktokolwiek postanowił mnie z tego rozliczać. Nie oznaczało to, oczywiście, że zwracałem na nią szczególną uwagę, miałem po prostu dobry wzrok, czego zresztą należało oczekiwać po Rookwoodzie, nie zamierzałem się do niej odwracać, nie zamierzałem też sprawdzać, czy patrzyła w moją stronę, ponieważ miałem swoje zasady, a jedną z nich było nieokazywanie zainteresowania osobom, które w danej chwili zasługiwały najwyżej na moją demonstracyjną obojętność. Oczywiście, gdyby zechciała coś powiedzieć, byłbym zmuszony odpowiedzieć, bo całkowite ignorowanie jej obecności wymagałoby wysiłku niewspółmiernego do korzyści, szczególnie w tak ciasnym pojeździe, póki co jednak mogłem pozwolić sobie na milczenie, przyglądając się przelotnie odbiciu własnej twarzy w szybie i zastanawiając się, czy wyglądałem dostatecznie nieprzystępnie. Wolałem wierzyć, że tak.
Kolejne szarpnięcie sprawiło, że ciężkie podeszwy moich butów zsunęły się z krawędzi siedzenia naprzeciwko, po czym z hukiem wylądowały na podłodze, autokar znowu szarpnął, więc odruchowo zaparłem pięty o podłogę, przy okazji niemal zahaczając butem o przechodzącego czarodzieja, który sekundę później prawie wylądował na kimś trzy rzędy dalej. Zakląłem cicho, poprawiłem nogi i oparłem głowę o zagłówek, wzdychając z teatralną przesadą godną kogoś, komu właśnie odmówiono dziedziczenia rodzinnej fortuny i zamiast tego wysłano go
- Fantastyczny środek transportu. - Mruknąłem, nie wiedząc, czy robiłem to bardziej do siebie, czy może już do Prue, chociaż nie zamierzałem się tym szczególnie przejmować. - Naprawdę, gdybym wiedział, że czeka nas coś takiego, wolałbym iść pieszo. - Sarknąłem, nie dodałem, że wówczas musiałbym iść razem z nią, bo ta myśl, choć przy końcu wieczoru była jeszcze całkiem przyjemna, nie pasowała do mojego aktualnego stanowiska w sprawie całego świata.
„Co za jebany złom, rzygać się chce”.
Zacisnąłem zęby, kiedy siedzenie ponownie gwałtownie podskoczyło mi pod dupą, po czym rozparłem się na nim jeszcze bardziej, wyciągając nogi na zewnątrz, w stronę przejścia między rzędami, bo może na własne życzenie musiałem znosić tę nocną przejażdżkę, ale jednocześnie nie zamierzałem skupiać się na zachowaniu dobrych manier, podczas gdy ledwo mieściłem kolana między siedzeniami. Nie miałem zresztą szczególnej ochoty ułatwiać nikomu życia własnym kosztem, bo już mi tego wystarczyło, jak na jeden paskudny wieczór, toteż skrzyżowałem ręce na piersi i uznałem, że skoro już przyszło mi uczestniczyć w tej żałosnej wyprawie, przynajmniej nie będę udawał, że mogłem czerpać z niej jakąkolwiek przyjemność - to nie była wycieczka krajoznawcza - usiadłem od strony alejki, z nogami wyciągniętymi przed siebie tak daleko, że każdy, kto chciałby się przecisnąć, musiałby albo poprosić mnie o pozwolenie, albo wykazać się umiejętnościami godnymi zawodnika quidditcha lub Prudence Bletchley w tej dzisiejszej, skocznej odsłonie, która znajdowała się na siedzeniu tuż obok, co odnotowywałem kątem oka z częstotliwością, której z pewnością bym się wyparł, gdyby ktokolwiek postanowił mnie z tego rozliczać. Nie oznaczało to, oczywiście, że zwracałem na nią szczególną uwagę, miałem po prostu dobry wzrok, czego zresztą należało oczekiwać po Rookwoodzie, nie zamierzałem się do niej odwracać, nie zamierzałem też sprawdzać, czy patrzyła w moją stronę, ponieważ miałem swoje zasady, a jedną z nich było nieokazywanie zainteresowania osobom, które w danej chwili zasługiwały najwyżej na moją demonstracyjną obojętność. Oczywiście, gdyby zechciała coś powiedzieć, byłbym zmuszony odpowiedzieć, bo całkowite ignorowanie jej obecności wymagałoby wysiłku niewspółmiernego do korzyści, szczególnie w tak ciasnym pojeździe, póki co jednak mogłem pozwolić sobie na milczenie, przyglądając się przelotnie odbiciu własnej twarzy w szybie i zastanawiając się, czy wyglądałem dostatecznie nieprzystępnie. Wolałem wierzyć, że tak.
Kolejne szarpnięcie sprawiło, że ciężkie podeszwy moich butów zsunęły się z krawędzi siedzenia naprzeciwko, po czym z hukiem wylądowały na podłodze, autokar znowu szarpnął, więc odruchowo zaparłem pięty o podłogę, przy okazji niemal zahaczając butem o przechodzącego czarodzieja, który sekundę później prawie wylądował na kimś trzy rzędy dalej. Zakląłem cicho, poprawiłem nogi i oparłem głowę o zagłówek, wzdychając z teatralną przesadą godną kogoś, komu właśnie odmówiono dziedziczenia rodzinnej fortuny i zamiast tego wysłano go
- Fantastyczny środek transportu. - Mruknąłem, nie wiedząc, czy robiłem to bardziej do siebie, czy może już do Prue, chociaż nie zamierzałem się tym szczególnie przejmować. - Naprawdę, gdybym wiedział, że czeka nas coś takiego, wolałbym iść pieszo. - Sarknąłem, nie dodałem, że wówczas musiałbym iść razem z nią, bo ta myśl, choć przy końcu wieczoru była jeszcze całkiem przyjemna, nie pasowała do mojego aktualnego stanowiska w sprawie całego świata.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)