9 godzin(y) temu ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 9 godzin(y) temu przez Benjy Fenwick.)
Autokar zarechotał silnikiem, byłem tego pewien, naprawdę sobie ze mnie zadrwił, ale nie miałem już zamiaru mówić niczego szczerego na temat własnego komfortu fizycznego w tej podróży, „bo nie jestem męczennikiem, okej, kurwa”, zamiast tego odgiąłem na sekundę głowę w tył, patrząc na przybrudzoną podsufitkę pojazdu z niewypowiedzianą pretensją, którą w innych okolicznościach zachowałbym dla kogoś, kto dopuścił się wobec mnie śmiertelnej zniewagi, i poprawiłem się na tyle, na ile pozwalało mi siedzenie zaprojektowane chyba dla kogoś o połowę mniejszego. Westchnąłem głośno, ponownie wyciągając nogi w przejście, po czym powoli przeniosłem wzrok na ciemne okno, w którym odbijało się wnętrze pojazdu wraz z siedzącą obok mnie Prue. Przez moment miałem szczerą nadzieję, że hałas silnika zagłuszy jej mamrotanie, bo naprawdę nie byłem w nastroju na kolejną porcję uwag ze strony kogoś, kto najwyraźniej uznał, że moje dobrowolne towarzystwo stanowiło wystarczająco dobry powód, by móc strzelać na mnie fochy. Niestety, usłyszałem każde jedno słowo, nie musiałem nawet w pełni odwracać ku niej głowy, żeby wiedzieć, że nie zamierzała sobie darować komentarza - przy pierwszym „nigdy” uniosłem brwi, choć nie mogła tego zobaczyć, dopóki nie zdecydowała się oderwać wzroku od tej fascynującej czerni za oknem, która najwyraźniej miała do zaoferowania więcej niż moje towarzystwo - „NIGDY”, podkreśliła, wypowiadając zgłoski tak starannie, że przez sekundę miałem ochotę jej pogratulować, ponieważ nawet profesorowie w Hogwarcie nie potrafili przemawiać do mnie z równie wyraźną dykcją. „NIGDY, doprawdy”, zabawne, że potrafiła wypowiedzieć to słowo z taką siłą, jakby właśnie składała przysięgę przed Wizengamotem, podczas gdy jeszcze kilka godzin wcześniej los kolejny raz uznał, że powinien umieścić nas w jednym miejscu, by sprawdzić, ile wytrzymamy, zanim jedno z nas postanowi zamordować drugie.
- „NIGDY”? - Powtórzyłem, starannie naśladując jej ton, po czym pokiwałem głową - cóż, przynajmniej miała o mnie wyrobione zdanie, nawet jeśli opierało się na tak fantastycznych założeniach - osobiście uważałem, że radziłem sobie całkiem nieźle, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że nie miałem niczego, co mogłoby mnie uratować przed jej towarzystwem w jadącej puszce na konserwy, poza własną cierpliwością, której zapasy niebezpiecznie się kurczyły i wspomnieniem dobrej woli. - Doprawdy, Bletchley, nie wiedziałem, że posiadasz zdolności profetyczne. Może powinnaś zatrudnić się w Departamencie Tajemnic, skoro już teraz wiesz, co zadzieje się przez resztę twojego życia. - Odparłem, kątem oka przyglądając się jej odbiciu w szybie, zanim wróciłem do wpatrywania się w plecy kierowcy daleko przed nami. Zresztą nie miałem pojęcia, skąd wzięła pomysł, że cokolwiek w moim zachowaniu miało świadczyć o szczególnym pragnieniu ponownego spędzenia z nią nocy, po prostu tak mi się powiedziało, „następnym razem” jeszcze o niczym nie świadczyło, przynajmniej w moim mniemaniu, bo dla Prudence najwyraźniej czepianie się słówek stanowiło życiowy cel.
Silnik zawył pod podłogą, autokar zakołysał się na boki, po czym przejechał przez coś, co z pewnością nie powinno znajdować się na drodze przeznaczonej do użytku publicznego - przesunąłem się trochę, próbując znaleźć pozycję, w której moje kolano nie wbijałoby się w siedzenie naprzeciwko, a stopa nie wisiałaby daleko nad przejściem, ale pojazd najwyraźniej zaprojektowano dla plebsu osób o wzroście, który nie wymagał zgłębiania tajników ergonomii. Moja noga, wcześniej oparta o krawędź siedzenia naprzeciwko, ponownie przesunęła się nieco w stronę Prue, choć przysiągłbym, że nie robiłem tego z rozmysłem, właściwie mogłem przysiąc znacznie więcej, ale akurat nie sądziłem, by cokolwiek to dało.
„Ja, naprawdę, miałbym zabiegać o poklask”? Wprawdzie nie widziałem niczego złego w tym, że ludzie doceniali moje zalety, szczególnie te, których najwyraźniej nie potrafili dostrzec bez odpowiedniej zachęty, ale istniała zasadnicza różnica między oczekiwaniem uznania a desperackim żebraniem o cudzą uwagę.
- Och, wybacz, zapomniałem, że twoim największym marzeniem jest pozostać tajemniczą zagadką, o której nikt nigdy nie rozmawia i której nie interesują takie przyziemne sprawy jak „rozluźnienie”, „znajomi” i „dobra zabawa”. Wystarczy ci, że wszyscy dookoła będą wiedzieli, jak bardzo jesteś ponad tym wszystkim, prawda? Szkoda, serio, bo właśnie zaczynałem przyzwyczajać się do twojego towarzystwa. - Zrobiłem krótką pauzę, pozwalając, by moje słowa wybrzmiały z odpowiednią dozą fałszywego rozczarowania, po czym oparłem głowę o siedzenie i spojrzałem w sufit, mając zamiar przymknąć powieki i zbyć całą resztę naszej rozmowy, lecz kiedy odniosła się do moich słów o luksusowej posiadłości, uśmiech na ułamek sekundy zniknął mi z ust, nim wrócił na nie w innej formie - ostrzejszy, bardziej wyniosły i krzywy, nie pozbawiony mroźności - ludzie mojego pokoju słyszeli znacznie gorsze rzeczy i mieli wystarczająco dużo pieniędzy, by nie przejmować się każdą opinią wypowiedzianą przez kogoś, kto nie miał pojęcia o naszym życiu, ale jednocześnie za każdym razem, gdy tak ujmowała fakty dotyczące świata, z którego pochodziłem, zastanawiałem się, jakim cudem tak łatwo było jej to wszystko kupić, skoro zazwyczaj nie przestawała drążyć i szukać dziury w całym, aż do znurzenia. Najwyraźniej w niektórych przypadkach wybierała pójście na łatwiznę, bo miała ważniejsze sprawy na głowie. To było doprawdy interesujące, zważywszy, że nie przypominałem sobie, żebym kiedykolwiek prosił ją o wystawienie mi oceny moralnej, szczególnie takiej, która najwyraźniej miała obejmować całe moje dotychczasowe życie, pochodzenie, majątek i sposób spędzania wolnego czasu. Nie zamierzałem tłumaczyć jej, że ostatnią rzeczą, na jakiej mi zależało, było opowiadanie rodzinie o naszych spotkaniach, przypadkowych bądź nie.
- Oczywiście. Zauważyłem. Słyszę go zresztą nawet wtedy, kiedy próbuję cieszyć się błogosławioną ciszą, więc zapewniam cię, że nie musisz mi tego dodatkowo udowadniać. - Jasne, że mogła używać ust, nikt jej tego nie zabraniał, nawet jeśli osobiście uważałem, że niektóre wypowiedzi zyskiwały na wartości, kiedy pozostawały niewypowiedziane, dlatego zresztą sam nie dodałem, że gdybym chciał rozmawiać z kimś, kto odzywał się wyłącznie na moje życzenie, kupiłbym sobie papugę, przynajmniej nauczyłbym ją czegoś pożytecznego. Prychnąłem pod nosem i wróciłem wzrokiem do świateł za przednią szybą, chociaż miałem jeszcze kilka uwag, które z pewnością uznałaby za obraźliwe. W kwestii jej mózgu postanowiłem zachować wymowne milczenie, bo skoro sama potrafiła o niego zadbać, nie zamierzałem odbierać jej tej przyjemności, nawet jeśli wybrana przez nią metoda polegała najwyraźniej na uderzaniu czaszką o okno i udawaniu, że świat po drugiej stronie był fascynujący. Zdążyłem jeszcze wyciągnąć nogi, zanim kierowca postanowił udowodnić, że wszystkie dotychczasowe zakręty stanowiły zaledwie niewinną rozgrzewkę, właśnie nabierałem powietrza, żeby dodać coś jeszcze, gdy pojazd wykonał skręt tak gwałtowny, że materiał na siedzeniu dosłownie przeszorował tył mojej koszuli - zatrzeszczało pod podłogą, coś z hukiem uderzyło w bok autokaru, a może tylko tak mi się wydawało, po czym nasz środek transportu przechylił się na tyle gwałtownie, że przez jedną setną sekundy poważnie rozważałem, czy nie powinienem zawezwać Matki, chociaż na co dzień nie byłem przekonany, czy ktokolwiek na górze miałby ochotę wysłuchiwać próśb kogoś, kto przez większość życia wykorzystywał otrzymane przywileje do robienia dokładnie tego, na co miał ochotę.
Spróbowałem złapać się podłokietnika, lecz dłoń ześlizgnęła mi się po gładkiej powierzchni, więc zamiast odzyskać równowagę, tylko jeszcze bardziej przechyliłem się w stronę alejki, o ironio, tym razem tylko ledwo zahaczając kolanem o siedzenie. Moja druga ręka trafiła natomiast w pustkę i zanim zdążyłem przekonać własne ciało, że upadanie w obecności Prudence Bletchley było absolutnie niedopuszczalne, runąłem z siedzenia z takim impetem, że najpierw uderzyłem biodrem o twardą krawędź, potem kolanem o podłogę, a na końcu przywaliłem bokiem w metalowy wspornik przy przejściu. Usłyszałem własne przekleństwo, potem dźwięk, którego nie potrafiłem od razu przypisać żadnemu konkretnemu źródłu, lecz przez ułamek sekundy nie byłem w stanie zrozumieć, dlaczego nie mogłem natychmiast się podnieść. Spróbowałem jednak, bo - oczywiście - pierwszą myślą, jaka przyszła mi do głowy, było to, że jeśli ktokolwiek zobaczy mnie leżącego na podłodze magicznego autokaru, będę musiał spędzić resztę życia, słuchając o tym przy każdej nadarzającej się okazji. Oparłem dłoń o podłogę, chcąc podciągnąć się do siadu, ale gdy tylko przeniosłem ciężar na uszkodzoną kończynę, przeszył mnie ból, od którego pociemniało mi przed oczami - nagła fala sprawiła, że wszystkie przygotowane wcześniej riposty zniknęły mi z głowy, opadłem z powrotem na bok, nie zamierzając robić tego jak worek ziemniaków, ale wtedy kierowca znowu zahamował, pierdolnąłem więc jeszcze ramieniem o podstawę siedzenia, potem łokciem o podłogę, próbując odruchowo osłonić głowę, lecz to tylko pogorszyło sprawę.
- Kurwa… Mać… - Wycedziłem, „co za przeklęty, pierdolony, rozpadający się złom”.
- „NIGDY”? - Powtórzyłem, starannie naśladując jej ton, po czym pokiwałem głową - cóż, przynajmniej miała o mnie wyrobione zdanie, nawet jeśli opierało się na tak fantastycznych założeniach - osobiście uważałem, że radziłem sobie całkiem nieźle, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że nie miałem niczego, co mogłoby mnie uratować przed jej towarzystwem w jadącej puszce na konserwy, poza własną cierpliwością, której zapasy niebezpiecznie się kurczyły i wspomnieniem dobrej woli. - Doprawdy, Bletchley, nie wiedziałem, że posiadasz zdolności profetyczne. Może powinnaś zatrudnić się w Departamencie Tajemnic, skoro już teraz wiesz, co zadzieje się przez resztę twojego życia. - Odparłem, kątem oka przyglądając się jej odbiciu w szybie, zanim wróciłem do wpatrywania się w plecy kierowcy daleko przed nami. Zresztą nie miałem pojęcia, skąd wzięła pomysł, że cokolwiek w moim zachowaniu miało świadczyć o szczególnym pragnieniu ponownego spędzenia z nią nocy, po prostu tak mi się powiedziało, „następnym razem” jeszcze o niczym nie świadczyło, przynajmniej w moim mniemaniu, bo dla Prudence najwyraźniej czepianie się słówek stanowiło życiowy cel.
Silnik zawył pod podłogą, autokar zakołysał się na boki, po czym przejechał przez coś, co z pewnością nie powinno znajdować się na drodze przeznaczonej do użytku publicznego - przesunąłem się trochę, próbując znaleźć pozycję, w której moje kolano nie wbijałoby się w siedzenie naprzeciwko, a stopa nie wisiałaby daleko nad przejściem, ale pojazd najwyraźniej zaprojektowano dla plebsu osób o wzroście, który nie wymagał zgłębiania tajników ergonomii. Moja noga, wcześniej oparta o krawędź siedzenia naprzeciwko, ponownie przesunęła się nieco w stronę Prue, choć przysiągłbym, że nie robiłem tego z rozmysłem, właściwie mogłem przysiąc znacznie więcej, ale akurat nie sądziłem, by cokolwiek to dało.
„Ja, naprawdę, miałbym zabiegać o poklask”? Wprawdzie nie widziałem niczego złego w tym, że ludzie doceniali moje zalety, szczególnie te, których najwyraźniej nie potrafili dostrzec bez odpowiedniej zachęty, ale istniała zasadnicza różnica między oczekiwaniem uznania a desperackim żebraniem o cudzą uwagę.
- Och, wybacz, zapomniałem, że twoim największym marzeniem jest pozostać tajemniczą zagadką, o której nikt nigdy nie rozmawia i której nie interesują takie przyziemne sprawy jak „rozluźnienie”, „znajomi” i „dobra zabawa”. Wystarczy ci, że wszyscy dookoła będą wiedzieli, jak bardzo jesteś ponad tym wszystkim, prawda? Szkoda, serio, bo właśnie zaczynałem przyzwyczajać się do twojego towarzystwa. - Zrobiłem krótką pauzę, pozwalając, by moje słowa wybrzmiały z odpowiednią dozą fałszywego rozczarowania, po czym oparłem głowę o siedzenie i spojrzałem w sufit, mając zamiar przymknąć powieki i zbyć całą resztę naszej rozmowy, lecz kiedy odniosła się do moich słów o luksusowej posiadłości, uśmiech na ułamek sekundy zniknął mi z ust, nim wrócił na nie w innej formie - ostrzejszy, bardziej wyniosły i krzywy, nie pozbawiony mroźności - ludzie mojego pokoju słyszeli znacznie gorsze rzeczy i mieli wystarczająco dużo pieniędzy, by nie przejmować się każdą opinią wypowiedzianą przez kogoś, kto nie miał pojęcia o naszym życiu, ale jednocześnie za każdym razem, gdy tak ujmowała fakty dotyczące świata, z którego pochodziłem, zastanawiałem się, jakim cudem tak łatwo było jej to wszystko kupić, skoro zazwyczaj nie przestawała drążyć i szukać dziury w całym, aż do znurzenia. Najwyraźniej w niektórych przypadkach wybierała pójście na łatwiznę, bo miała ważniejsze sprawy na głowie. To było doprawdy interesujące, zważywszy, że nie przypominałem sobie, żebym kiedykolwiek prosił ją o wystawienie mi oceny moralnej, szczególnie takiej, która najwyraźniej miała obejmować całe moje dotychczasowe życie, pochodzenie, majątek i sposób spędzania wolnego czasu. Nie zamierzałem tłumaczyć jej, że ostatnią rzeczą, na jakiej mi zależało, było opowiadanie rodzinie o naszych spotkaniach, przypadkowych bądź nie.
- Oczywiście. Zauważyłem. Słyszę go zresztą nawet wtedy, kiedy próbuję cieszyć się błogosławioną ciszą, więc zapewniam cię, że nie musisz mi tego dodatkowo udowadniać. - Jasne, że mogła używać ust, nikt jej tego nie zabraniał, nawet jeśli osobiście uważałem, że niektóre wypowiedzi zyskiwały na wartości, kiedy pozostawały niewypowiedziane, dlatego zresztą sam nie dodałem, że gdybym chciał rozmawiać z kimś, kto odzywał się wyłącznie na moje życzenie, kupiłbym sobie papugę, przynajmniej nauczyłbym ją czegoś pożytecznego. Prychnąłem pod nosem i wróciłem wzrokiem do świateł za przednią szybą, chociaż miałem jeszcze kilka uwag, które z pewnością uznałaby za obraźliwe. W kwestii jej mózgu postanowiłem zachować wymowne milczenie, bo skoro sama potrafiła o niego zadbać, nie zamierzałem odbierać jej tej przyjemności, nawet jeśli wybrana przez nią metoda polegała najwyraźniej na uderzaniu czaszką o okno i udawaniu, że świat po drugiej stronie był fascynujący. Zdążyłem jeszcze wyciągnąć nogi, zanim kierowca postanowił udowodnić, że wszystkie dotychczasowe zakręty stanowiły zaledwie niewinną rozgrzewkę, właśnie nabierałem powietrza, żeby dodać coś jeszcze, gdy pojazd wykonał skręt tak gwałtowny, że materiał na siedzeniu dosłownie przeszorował tył mojej koszuli - zatrzeszczało pod podłogą, coś z hukiem uderzyło w bok autokaru, a może tylko tak mi się wydawało, po czym nasz środek transportu przechylił się na tyle gwałtownie, że przez jedną setną sekundy poważnie rozważałem, czy nie powinienem zawezwać Matki, chociaż na co dzień nie byłem przekonany, czy ktokolwiek na górze miałby ochotę wysłuchiwać próśb kogoś, kto przez większość życia wykorzystywał otrzymane przywileje do robienia dokładnie tego, na co miał ochotę.
Spróbowałem złapać się podłokietnika, lecz dłoń ześlizgnęła mi się po gładkiej powierzchni, więc zamiast odzyskać równowagę, tylko jeszcze bardziej przechyliłem się w stronę alejki, o ironio, tym razem tylko ledwo zahaczając kolanem o siedzenie. Moja druga ręka trafiła natomiast w pustkę i zanim zdążyłem przekonać własne ciało, że upadanie w obecności Prudence Bletchley było absolutnie niedopuszczalne, runąłem z siedzenia z takim impetem, że najpierw uderzyłem biodrem o twardą krawędź, potem kolanem o podłogę, a na końcu przywaliłem bokiem w metalowy wspornik przy przejściu. Usłyszałem własne przekleństwo, potem dźwięk, którego nie potrafiłem od razu przypisać żadnemu konkretnemu źródłu, lecz przez ułamek sekundy nie byłem w stanie zrozumieć, dlaczego nie mogłem natychmiast się podnieść. Spróbowałem jednak, bo - oczywiście - pierwszą myślą, jaka przyszła mi do głowy, było to, że jeśli ktokolwiek zobaczy mnie leżącego na podłodze magicznego autokaru, będę musiał spędzić resztę życia, słuchając o tym przy każdej nadarzającej się okazji. Oparłem dłoń o podłogę, chcąc podciągnąć się do siadu, ale gdy tylko przeniosłem ciężar na uszkodzoną kończynę, przeszył mnie ból, od którego pociemniało mi przed oczami - nagła fala sprawiła, że wszystkie przygotowane wcześniej riposty zniknęły mi z głowy, opadłem z powrotem na bok, nie zamierzając robić tego jak worek ziemniaków, ale wtedy kierowca znowu zahamował, pierdolnąłem więc jeszcze ramieniem o podstawę siedzenia, potem łokciem o podłogę, próbując odruchowo osłonić głowę, lecz to tylko pogorszyło sprawę.
- Kurwa… Mać… - Wycedziłem, „co za przeklęty, pierdolony, rozpadający się złom”.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)