11 godzin(y) temu ✶
Nie wtrącałem się niepotrzebnie, słuchając wyjaśnień Sebastiana i wzmianki o tym, że nie zrobił licencji na teleportację, przeniosłem tylko spojrzenie na Geraldine, gdy okazało się, że ona również nie zaliczała tego sposobu przemieszczania się do swoich ulubionych - mogłem to zrozumieć, bo sam, mimo że opanowałem tę sztukę i w razie potrzeby potrafiłem z niej skorzystać, nigdy nie nabrałem szczególnej ochoty na jej regularne stosowanie - doceniałem praktyczność tego rozwiązania, zwłaszcza kiedy trzeba było szybko zniknąć z miejsca, w którym zaczynało robić się nieprzyjemnie, ale zdecydowanie dużo bardziej ceniłem sobie własne nogi mocno stąpające po ziemi. Jedynym odstępstwem od reguły była natomiast niegdyś gra w quidditcha, której już dawno nie praktykowałem. Zresztą, jeśli miałem już ryzykować utratę kończyny, wolałem, żeby stało się to w okolicznościach, na które przynajmniej miałem jakiś wpływ, nie podczas podróży, której jedyną zaletą było to, że trwała krócej.
Słysząc zapewnienie, że nie mieliśmy rzucić Sebastiana na pożarcie, ponownie kiwnąłem głową, bo również tutaj nie miałem do dodania niczego, czego ona nie ujęłaby już wystarczająco jasno. Byłem ostatnim, który mógłby uchodzić za wzór obywatelskiej odpowiedzialności, ale miałem swoje granice, a jedną z nich było porzucanie kogoś, kto pokładał w nas wiarę - bardzo, bardzo dosłowną - i chociaż nie miałem zwyczaju składać uroczystych deklaracji dotyczących własnej gotowości do narażania karku w cudzym interesie, akurat w tej kwestii nie planowałem się spierać. Nie zamierzałem zostawiać nikogo, z kim przyszłoby mi współpracować, na pastwę napastników, widm ani kogokolwiek, kto uznałby, że otaczający mnie ludzie stanowili wygodną przeszkodę do usunięcia, niezależnie od tego, jak bardzo różniliśmy się w kwestii wiary, obrzędów czy sposobu rozwiązywania problemów. Zresztą, gdybym miał zostawiać na pastwę losu każdego, z kim nie zgadzałem się w kwestiach wiary albo polityki, byłbym w stanie w pojedynkę zapełnić całkiem pokaźny cmentarz. Nie musiałem podzielać wszystkich przekonań Macmillana, żeby uznać, że zasługiwał na pomoc, szczególnie że przynajmniej próbował zrobić coś sensownego z sytuacją, która coraz bardziej wymykała się wszystkim spod kontroli.
Nie spodziewałem się, że od kilku słów wypowiedzianych pod nosem moja różdżka zacznie trafiać celniej, ani że widma nagle uznają nas za towarzystwo, którego lepiej było unikać, ale nie miałem też powodu, żeby z góry odrzucać coś, co teoretycznie mogło pomóc, kiedy wszystko inne zawiedzie. W końcu miałem wystarczająco dużo własnych grzechów, żeby nie zaszkodziło mi od czasu do czasu spróbować zyskać przychylność sił wyższych, choćby na wypadek, gdyby moje zwykłe metody zawiodły.
- Oczywiście. - Przytaknąłem, mogłem poświęcić kilka minut na modlitwę, nawet jeżeli w dalszym ciągu uważałem, że przydałoby nam się również parę solidnych planów awaryjnych, najlepiej takich, które nie wymagały boskiej interwencji w chwili, gdy ktoś zacznie próbować wyssać z nas energię czy tam duszę. Gorzej, jeśli po wszystkim miałbym usłyszeć, że każde moje chybione zaklęcie stanowiło dowód na niedostateczną gorliwość religijną, bo wtedy musielibyśmy odbyć znacznie dłuższą rozmowę o odpowiedzialności za błędy w pracy. Skoro Geraldine się zgodziła, wzruszyłem lekko ramionami i przytaknąłem. Znacznie większą trudność sprawiły mi natomiast kolejne słowa o wielkim zaszczycie i odpowiedzialności spoczywającej na naszych barkach, bo o ile nie miałem nic przeciwko temu, żeby ktoś pokładał w nas nadzieję, o tyle perspektywa zostania najlepszą szansą całej magicznej społeczności brzmiała jak wyjątkowo paskudny sposób na rozpoczęcie procesu zostania świętym męczennikiem. Przy całym szacunku dla Przenajświętszej wolałem, żebyśmy wrócili stamtąd żywi, niezależnie od tego, jak imponująco lub żałośnie będzie wyglądała nasza rola w opowieściach, które ludzie mogli sobie później przekazywać.
Pochyliłem głowę, z należną powagą, choć kącik ust drgnął mi zdradziecko, kiedy zerknąłem na kuzynkę, upewniając się, że nie byłem jedynym, któremu przyszło do głowy wykorzystać tę okazję do rozszerzenia listy próśb kierowanych do Opatrzności.
- A mosemy doszuciś jeszcze jedną plośbę? - Zapytałem z zupełnie poważnym zainteresowaniem, splatając ręce przed sobą w sposób, który wydał mi się adekwatny do sytuacji, a na którego pobożny wydźwięk w moim przypadku zdecydowanie nie należało dawać się nabrać. - Chciałbym mianowicie poplosiś, szeby zaślepieni wlogowie naszej społeczności pozostali ślepi na tyle skutecznie, by szeszywiście nie zauwaszali, w co się pakują, dopóki nie będzie za późno, by zdąszyli nam pszeszkodziś. - Zawiesiłem na moment głos, rozważając, czy nie powinienem sformułować tego nieco bardziej elegancko, po czym wzruszyłem ramionami, jakoś nie byłem aspirującym krasomówcą. - A jeśli Pszenajświętsza uzna, sze mose pszy okazji obdaszyś ich zezem losbiesznym, szeby nawet kiedy jusz na coś spojszą, nie potlafili ustaliś, na co właściwie patszą, będę dozgonnie wdzięczny. - Nie precyzowałem, ponieważ nie chciałem wznosić wielostronicowego postulatu do sił wyższych, ale nie zaszkodziłoby, gdyby co poniektórzy raz czy dwa pomylili nas lub własnych sojuszników na przykład z drzewami - jeśli już prosiliśmy o boską interwencję grzechem byłoby nie wykorzystać okazji i nie zadbać również o to, żeby przeciwnicy mieli przynajmniej kosmetyczny problem z trafnym rozpoznawaniem sytuacji - prawda?
Słysząc zapewnienie, że nie mieliśmy rzucić Sebastiana na pożarcie, ponownie kiwnąłem głową, bo również tutaj nie miałem do dodania niczego, czego ona nie ujęłaby już wystarczająco jasno. Byłem ostatnim, który mógłby uchodzić za wzór obywatelskiej odpowiedzialności, ale miałem swoje granice, a jedną z nich było porzucanie kogoś, kto pokładał w nas wiarę - bardzo, bardzo dosłowną - i chociaż nie miałem zwyczaju składać uroczystych deklaracji dotyczących własnej gotowości do narażania karku w cudzym interesie, akurat w tej kwestii nie planowałem się spierać. Nie zamierzałem zostawiać nikogo, z kim przyszłoby mi współpracować, na pastwę napastników, widm ani kogokolwiek, kto uznałby, że otaczający mnie ludzie stanowili wygodną przeszkodę do usunięcia, niezależnie od tego, jak bardzo różniliśmy się w kwestii wiary, obrzędów czy sposobu rozwiązywania problemów. Zresztą, gdybym miał zostawiać na pastwę losu każdego, z kim nie zgadzałem się w kwestiach wiary albo polityki, byłbym w stanie w pojedynkę zapełnić całkiem pokaźny cmentarz. Nie musiałem podzielać wszystkich przekonań Macmillana, żeby uznać, że zasługiwał na pomoc, szczególnie że przynajmniej próbował zrobić coś sensownego z sytuacją, która coraz bardziej wymykała się wszystkim spod kontroli.
Nie spodziewałem się, że od kilku słów wypowiedzianych pod nosem moja różdżka zacznie trafiać celniej, ani że widma nagle uznają nas za towarzystwo, którego lepiej było unikać, ale nie miałem też powodu, żeby z góry odrzucać coś, co teoretycznie mogło pomóc, kiedy wszystko inne zawiedzie. W końcu miałem wystarczająco dużo własnych grzechów, żeby nie zaszkodziło mi od czasu do czasu spróbować zyskać przychylność sił wyższych, choćby na wypadek, gdyby moje zwykłe metody zawiodły.
- Oczywiście. - Przytaknąłem, mogłem poświęcić kilka minut na modlitwę, nawet jeżeli w dalszym ciągu uważałem, że przydałoby nam się również parę solidnych planów awaryjnych, najlepiej takich, które nie wymagały boskiej interwencji w chwili, gdy ktoś zacznie próbować wyssać z nas energię czy tam duszę. Gorzej, jeśli po wszystkim miałbym usłyszeć, że każde moje chybione zaklęcie stanowiło dowód na niedostateczną gorliwość religijną, bo wtedy musielibyśmy odbyć znacznie dłuższą rozmowę o odpowiedzialności za błędy w pracy. Skoro Geraldine się zgodziła, wzruszyłem lekko ramionami i przytaknąłem. Znacznie większą trudność sprawiły mi natomiast kolejne słowa o wielkim zaszczycie i odpowiedzialności spoczywającej na naszych barkach, bo o ile nie miałem nic przeciwko temu, żeby ktoś pokładał w nas nadzieję, o tyle perspektywa zostania najlepszą szansą całej magicznej społeczności brzmiała jak wyjątkowo paskudny sposób na rozpoczęcie procesu zostania świętym męczennikiem. Przy całym szacunku dla Przenajświętszej wolałem, żebyśmy wrócili stamtąd żywi, niezależnie od tego, jak imponująco lub żałośnie będzie wyglądała nasza rola w opowieściach, które ludzie mogli sobie później przekazywać.
Pochyliłem głowę, z należną powagą, choć kącik ust drgnął mi zdradziecko, kiedy zerknąłem na kuzynkę, upewniając się, że nie byłem jedynym, któremu przyszło do głowy wykorzystać tę okazję do rozszerzenia listy próśb kierowanych do Opatrzności.
- A mosemy doszuciś jeszcze jedną plośbę? - Zapytałem z zupełnie poważnym zainteresowaniem, splatając ręce przed sobą w sposób, który wydał mi się adekwatny do sytuacji, a na którego pobożny wydźwięk w moim przypadku zdecydowanie nie należało dawać się nabrać. - Chciałbym mianowicie poplosiś, szeby zaślepieni wlogowie naszej społeczności pozostali ślepi na tyle skutecznie, by szeszywiście nie zauwaszali, w co się pakują, dopóki nie będzie za późno, by zdąszyli nam pszeszkodziś. - Zawiesiłem na moment głos, rozważając, czy nie powinienem sformułować tego nieco bardziej elegancko, po czym wzruszyłem ramionami, jakoś nie byłem aspirującym krasomówcą. - A jeśli Pszenajświętsza uzna, sze mose pszy okazji obdaszyś ich zezem losbiesznym, szeby nawet kiedy jusz na coś spojszą, nie potlafili ustaliś, na co właściwie patszą, będę dozgonnie wdzięczny. - Nie precyzowałem, ponieważ nie chciałem wznosić wielostronicowego postulatu do sił wyższych, ale nie zaszkodziłoby, gdyby co poniektórzy raz czy dwa pomylili nas lub własnych sojuszników na przykład z drzewami - jeśli już prosiliśmy o boską interwencję grzechem byłoby nie wykorzystać okazji i nie zadbać również o to, żeby przeciwnicy mieli przynajmniej kosmetyczny problem z trafnym rozpoznawaniem sytuacji - prawda?
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)