10 godzin(y) temu ✶
Jeśli wcześniej wizja szturmu oszołomów na Knieję budziła we mnie uzasadnioną niechęć, teraz z chwili na chwilę robiło się pod tym względem wyłącznie coraz gorzej. Ludzie planujący pospolite ruszenie nie mieli pojęcia, na co się pisali - nie, żeby ktokolwiek tak naprawdę je miał - za to termin wybrali wręcz doskonale, jeśli ich zamiarem było zapewnienie sobie najgorszych możliwych doznań podczas spotkania z czymś, czego natury prawdopodobnie nawet nie próbowali zrozumieć. Samhain nie należało do tych okazji, podczas których warto było zakładać, że wszystko pójdzie zgodnie z jakimkolwiek planem, zwłaszcza pierdolniętym, miałem więc bardzo zbieżne zdanie na temat osób popierających podobne przedsięwzięcie i pewnie, gdybym nie został wręczony, wyraziłbym je przy użyciu naprawdę mało dyplomatycznych określeń. O dziwo, wszyscy jednak raczej zgadzaliśmy się w tej kwestii, nawet jeśli zapewne dochodziliśmy do podobnych wniosków zupełnie innymi drogami, temat terminu przypadającego akurat na ten wieczór poruszaliśmy przecież z Geraldine i z Sebastianem dosłownie przed chwilą, próbując ustalić, co właściwie mogło nas czekać z tej okazji i na ile racjonalne było pokładanie nadziei w zapewnieniach, że Przenajświętsza łaskawie weźmie pod opiekę tych, którzy wkroczą między drzewa. Moim zdaniem dobre intencje za cholerę nie gwarantowały, że ktokolwiek zdoła stamtąd wrócić, ale ewidentnie byłem człowiekiem małej wiary.
- Dzięki. - Pochyliłem się odrobinę bardziej niż „trochę”, gdy nadeszła moja kolej, przenosząc ciężar ciała na jedną nogę i zaraz potem wsuwając dłoń do kieszeni płaszcza, gdzie trzymałem jeden z zapieczętowanych stalowych medalionów. Ten akurat nie był paskudny, wyglądał obiecująco, lecz między przekonującym wyglądem a rzeczywistą skutecznością mieściło się wystarczająco dużo miejsca na bardzo kosztowną pomyłkę.
- Tak, dotalły. Zeszłej nocy. - Odpowiedziałem, rzucając znaczące spojrzenie Grenadynie, bo wciąż miałem w pamięci jastrzębia, który omal nie powybijał mi szyb w sypialni, a chociaż, owszem, przyjaźniłem się ze szklarzem, nie zamierzałem regularnie fundować mu nowych zleceń. Chyba zaczynałem rozumieć, o co był ten cały dramat z uszkodzeniami, jakie niosła ze sobą znajomość z niektórymi ludźmi. Nie to, bym był lepszy.
Pomysł z sygnałami porozumiewawczymi miał naprawdę dużo sensu, choć ustalenia dotyczące znaków wolałem pozostawić osobom, które znały się na organizowaniu takich przedsięwzięć, toteż tylko kiwnąłem głową, zdecydowanie będąc za tą opcją. Później jednak padło już coś, na co musiałem się odezwać.
- Luna? - Zainteresowałem się, chcąc wiedzieć, czy nie ominęła mnie jeszcze jakaś część informacji, które mogły mieć niemałe znaczenie, zanim wyciągnąłem trzymany przy sobie amulet, obróciłem go między palcami i uniosłem go tak, żeby wszyscy zgromadzeni mogli przyjrzeć się wyrytemu na powierzchni znakowi. - My mamy coś takiego. Kilka sztuk. Nie za wiele. Teoletysznie wszystko jest jak powinno, pieczęś została zamknięta, tylko zanim ktokolwiek zacząłby tlaktowaś to jak gwalansję działania, upszedzam, sze skuteczność pozostaje niepotwieldzona. Mogę opowiedzieś spolo o tym, dlaczego tak jest, ale obawiam się, sze nie poplawię nikomu tym nastroju. - Wzruszyłem ramionami, bo chyba wobec tego nie musieliśmy zbyt mocno rozwijać tematu. Wystarczyło zawodowo mieć związek z czymkolwiek niebezpiecznym, czyli być każdym tutaj, by wiedzieć, jak niewiele znaczyła obietnica bezpieczeństwa, kiedy nie miało się całej formuły, potwierdzonych wyników ani nawet wstępnych testów praktycznych. O skuteczności różnorakich zabezpieczeń mogłem zresztą opowiadać godzinami, tyle że teoria, nawet poparta doświadczeniem, nie zawsze wytrzymywała zderzenie z rzeczywistością, szczególnie gdy w grę wchodziły siły, których możliwości wciąż pozostawały częściowo nieznane, a czas nie był niczyim sojusznikiem.
- Dzięki. - Pochyliłem się odrobinę bardziej niż „trochę”, gdy nadeszła moja kolej, przenosząc ciężar ciała na jedną nogę i zaraz potem wsuwając dłoń do kieszeni płaszcza, gdzie trzymałem jeden z zapieczętowanych stalowych medalionów. Ten akurat nie był paskudny, wyglądał obiecująco, lecz między przekonującym wyglądem a rzeczywistą skutecznością mieściło się wystarczająco dużo miejsca na bardzo kosztowną pomyłkę.
- Tak, dotalły. Zeszłej nocy. - Odpowiedziałem, rzucając znaczące spojrzenie Grenadynie, bo wciąż miałem w pamięci jastrzębia, który omal nie powybijał mi szyb w sypialni, a chociaż, owszem, przyjaźniłem się ze szklarzem, nie zamierzałem regularnie fundować mu nowych zleceń. Chyba zaczynałem rozumieć, o co był ten cały dramat z uszkodzeniami, jakie niosła ze sobą znajomość z niektórymi ludźmi. Nie to, bym był lepszy.
Pomysł z sygnałami porozumiewawczymi miał naprawdę dużo sensu, choć ustalenia dotyczące znaków wolałem pozostawić osobom, które znały się na organizowaniu takich przedsięwzięć, toteż tylko kiwnąłem głową, zdecydowanie będąc za tą opcją. Później jednak padło już coś, na co musiałem się odezwać.
- Luna? - Zainteresowałem się, chcąc wiedzieć, czy nie ominęła mnie jeszcze jakaś część informacji, które mogły mieć niemałe znaczenie, zanim wyciągnąłem trzymany przy sobie amulet, obróciłem go między palcami i uniosłem go tak, żeby wszyscy zgromadzeni mogli przyjrzeć się wyrytemu na powierzchni znakowi. - My mamy coś takiego. Kilka sztuk. Nie za wiele. Teoletysznie wszystko jest jak powinno, pieczęś została zamknięta, tylko zanim ktokolwiek zacząłby tlaktowaś to jak gwalansję działania, upszedzam, sze skuteczność pozostaje niepotwieldzona. Mogę opowiedzieś spolo o tym, dlaczego tak jest, ale obawiam się, sze nie poplawię nikomu tym nastroju. - Wzruszyłem ramionami, bo chyba wobec tego nie musieliśmy zbyt mocno rozwijać tematu. Wystarczyło zawodowo mieć związek z czymkolwiek niebezpiecznym, czyli być każdym tutaj, by wiedzieć, jak niewiele znaczyła obietnica bezpieczeństwa, kiedy nie miało się całej formuły, potwierdzonych wyników ani nawet wstępnych testów praktycznych. O skuteczności różnorakich zabezpieczeń mogłem zresztą opowiadać godzinami, tyle że teoria, nawet poparta doświadczeniem, nie zawsze wytrzymywała zderzenie z rzeczywistością, szczególnie gdy w grę wchodziły siły, których możliwości wciąż pozostawały częściowo nieznane, a czas nie był niczyim sojusznikiem.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)