Atreus nie posiadał złudzeń co do tego, że mało kto z nich był tą samą osobą, którą był w szkolnych czasach. Wtedy byli zwyczajnymi smarkaczami, którzy mieli o sobie zbyt wysokie mniemanie i uważali, że nikt nie może stanąć im na drodze. W przeciwieństwie jednak do Sabriny, był wtedy taki sam z zewnątrz, jak i w środku. Butny, złośliwy, czy nawet i brutalny. Już kiedy biegał po szkolnych korytarzach było widać, że bardzo dużo spraw najchętniej załatwiłby pięściami, a jednocześnie był zbyt sprytny, by samemu uderzyć pierwszemu. Pewnie można było to nazwać zwyczajnym wyrachowaniem, bo Bulstrode uwielbiał prowokować innych, słowem podjudzając ich, przyciskając i dopychając do krawędzi. Ci albo rzucali się do niego z pięściami na korytarzach, albo nie wytrzymywali na szkolnym boisku. A co on wtedy miał zrobić, jak się nie bronić?
Część z tego w nim została – wciąż gotowy był gotowy wdawać się w pyskówki. Wciąż chętnie prowokował, a jeśli mógł to reagował pięściami, ale nie traktował innych ludzi tak… przedmiotowo. Złagodniał, trochę wydoroślał, chociaż pewnie sporo ludzi z dawnych czasów wciąż mogło go kojarzyć tylko z tymi najgorszymi, szczeniackimi zagrywkami. Ludzie mieli to do siebie, że łatwiej pamiętali wyrządzone im krzywdy.
On większości z tych rzeczy nawet nie pamiętał.
— Cieszę się, że mogłem pomóc — uśmiechnął się do niej niczym rasowy szelma, chociaż gdzieś za rozbawionym spojrzeniem, wciąż czaiło się zmartwienie. Nikt nie zasługiwał, a już w szczególności uzdrowiciele i alchemicy, żeby dostać w twarz na środku szpitalnego korytarza. Nie teraz, w środku tragedii, jaka działa się na zewnątrz bezpiecznych murów Munga. Kto wie, co działo się obok, kiedy akurat próbowali sobie poradzić z krwotokiem Morgan. Może akurat była niezbędna w którejś z sali, albo przelewało się w jej kociołku, który zostawiła w pracowni czy gdziekolwiek szpitalni alchemicy pracowali.
Próba wyczarowania nie zadziałała, ale na całe szczęście ona miała jeszcze pod ręką swoje czary. Przywołana przez nią fiolka walczyła, ale ostatecznie trafiła do ręki i jej zawartość została wychylona. Przyglądał się jej przez chwilę, jakby upewniając się że wypiła wszystko.
— Nic takiego. Znaczy, wcześniej się rozszczepiłem, ale kuzyn mnie opatrzył, więc opatrunek się trzyma. Na razie doprowadźmy ciebie do porządku, co ty na to? Mam wrażenie, że ty będziesz miała o wiele więcej pracy, niż ja — uśmiechnął się do niej lekko. Niby mógł poprosić o odrobinę eliksiru przeciwbólowego, ale nie byłby do końca sobą, gdyby tak zwyczajnie przyznał się do tego, ze coś jest nie tak. Z resztą, adrenalina jako tako trzymała go w szyku i nie pozwalała w pełni odczuwać tego, w jakim stanie się właśnie znajdował. Mógł chodzić, biegać, machać różdżką i to liczyło się dla niego najbardziej, bo wychodził z założenia że póki mógł stać, to w gruncie rzeczy nic mu nie było i należało zająć się innymi, a nie marnować na niego czas. — Potrzebujesz czegoś jeszcze? Jakiś opatrunek? Możemy przejść do jakiegoś składziku albo salki lekarskiej, gdzie będzie trochę spokojniej, co ty na to? — zaproponował i podniósł się nawet, wyciągając do niej rękę, żeby pomóc jej wstać.