25.10.2026, 14:27 ✶
Pochyliłem się nieco, żeby uważniej przyjrzeć się temu, co pokazywała mi Brenna, po czym skinąłem głową, słuchając wszelkich wyjaśnień, wtrąceń, rozwinięć i próbując poukładać sobie w głowie kolejne informacje.
- W sensie takim, sze kiedy już ją zamkniesz, nie moszesz sobie później dopisaś blakująsej kleski, bo akulat pszypomniałaś sobie o niej po wypiciu piwelka. - Wyjaśniłem, obracając metalowy medalion między palcami. Do pewnego momentu nazywałem go wydmuszką, bo w gruncie rzeczy właśnie nią był, pustą konstrukcją przygotowaną na coś, co miało dopiero przyjąć finalną rolę, symbolem istniejącym w kulturze, lecz niekoniecznie działającym bez nadania mu właściwego znaczenia, stworzonym przez kogoś, aby wchłonął pieczęć, którą nakładałem, bo chociaż mogłem zrobić to sam, nie widziałem powodu, by nie zechcieć skorzystać z pomocy kogoś lepszego w rzemiośle. „Wydmuszka” była niefortunną nazwą dla czegoś, nad czym spędziłem więcej czasu, niż miałem ochotę, ale przynajmniej trafną według mojego dotychczasowego doświadczenia. - Pszy pieczętowaniu musisz doplowadziś wszystko do końca, podczas jednej sesji, szeby zaczęło działaś zgodnie s pszesnaczeniem. Kaszda linia musi znaleźć się na swoim miejscu, w odpowiedniej kolejności. Jedna pomyłka i moses sobie tym co najwyszej pszytszymywaś papiel na wietsze. Albo zlobiś komuś kszywdę, zaleszy, co spiepszysz. - Zerknąłem na Victorię, po czym wróciłem wzrokiem do przedmiotu. Miałem doświadczenie, również w spektakularnych pomyłkach, dlatego w dalszym ciągu robiłem takich rzeczy na tuziny, bo przy tak drobnych, złożonych symbolach kreski zaczynały szybko pierdolić się przed oczami, a wtedy o pomyłkę było wyjątkowo łatwo. Wolałem więc pracować powoli, nawet jeśli oznaczało to, że wytworów powstawało niewiele, chociaż w tym konkretnym przypadku tworzenie zbyt wielu sztuk, bez możliwości przeprowadzenia testów, było również po prostu irracjonalne, bo przecież mogły nie zadziałać lub wywołać nieprzewidziane efekty.
Zdjęcie, które wcześniej zaprezentowała Geraldine, znałem już z naszych poprzednich prób znalezienia odpowiedzi na cokolwiek, więc akurat ten szczegół nie stanowił dla mnie nowości, chociaż niewątpliwie był bardzo przydatny, znacznie mniej odpowiadała mi natomiast perspektywa istnienia rytuału, który mógłby nam pomóc, gdybyśmy tylko znali jego formułę. Brak tak podstawowej informacji drażnił mnie wyjątkowo mocno, zważywszy na to, czym zajmowałem się zawodowo, choć trudno było obarczać odpowiedzialnością za ten stan rzeczy kogokolwiek spośród obecnych, bo była to jedna z setek niewiadomych, których lista rosła w zastraszającym tempie, również w trakcie tej rozmowy.
Nie miałem pojęcia, co oznaczało dla nas to, że widma miałyby tu być już wcześniej, ale z pewnością nie było to nic dobrego i z dużym prawdopodobieństwem psuło nam to szyki, jeśli chodziło o plan uzgodniony z Sebastianem - najwyraźniej mieliśmy szczęście w nieszczęściu, spotkawszy tu obecnych, zanim popełniliśmy śmiertelny błąd - posłałem spojrzenie w kierunku Geraldine, licząc na to, że wiedziała, co powiedzieć w takiej sytuacji. Jednocześnie spróbowałem przyswoić i zapamiętać wszystkie informacje o kolorach używanych przez Ministerstwo, krótko przytaknąwszy na nasz własny - różowy - i plan Atreusa.
- Pasuje mi. - Stwierdziłem, uznawszy, że rozróżnienie było wystarczająco proste, by nawet w środku kompletnego bałaganu nikt nie musiał zastanawiać się nad znaczeniem.
- Fale? Niestety, obawiam się, sze jestem pod tym względem zupełnie bezuszyteczny. - Pokręciłem głową z miną kogoś, kto pogodził się z własnymi ograniczeniami, choć kącik ust drgnął mi zdradliwie, kiedy Bulstrode wspomniał o patronusie. - Nigdy nie pszyszłoby mi tesz do głowy, szeby zakładaś, sze w sytuacji klyzysowej mógłbym skoszystaś s jakichś… Niekonwencjonalnych metod komunikacji. - Pozwoliłem sobie na krótką pauzę, poprawiając mankiet płaszcza, jak gdyby cała sprawa rzeczywiście sprowadzała się do niefortunnego braku umiejętności. - Ale doceniam tloskę o nasze, hm, bespieczeństwo. - Skinąłem głową, wsuwając medalion z powrotem do kieszeni płaszcza. - S pewnością coś wymyślimy, gdyby zaszła taka konieczność.
Ceniłem tę formę przekazu, w końcu nie od dziś uważałem, że czasami najlepiej porozumiewało się z ludźmi, którym nie trzeba było tłumaczyć każdej rzeczy wprost. Ministerstwo miało wystarczająco dużo powodów, by za mną nie przepadać, więc nie zamierzałem dokładać mu kolejnych, zwłaszcza że istniały sposoby załatwiania spraw, o których rozsądniej było mówić wyłącznie w odpowiednim gronie. Niektóre umiejętności lepiej sprawdzały się w praktyce, niż podczas publicznych deklaracji, szczególnie jeśli samo ich posiadanie mogło zainteresować niewłaściwe organy.
- W sensie takim, sze kiedy już ją zamkniesz, nie moszesz sobie później dopisaś blakująsej kleski, bo akulat pszypomniałaś sobie o niej po wypiciu piwelka. - Wyjaśniłem, obracając metalowy medalion między palcami. Do pewnego momentu nazywałem go wydmuszką, bo w gruncie rzeczy właśnie nią był, pustą konstrukcją przygotowaną na coś, co miało dopiero przyjąć finalną rolę, symbolem istniejącym w kulturze, lecz niekoniecznie działającym bez nadania mu właściwego znaczenia, stworzonym przez kogoś, aby wchłonął pieczęć, którą nakładałem, bo chociaż mogłem zrobić to sam, nie widziałem powodu, by nie zechcieć skorzystać z pomocy kogoś lepszego w rzemiośle. „Wydmuszka” była niefortunną nazwą dla czegoś, nad czym spędziłem więcej czasu, niż miałem ochotę, ale przynajmniej trafną według mojego dotychczasowego doświadczenia. - Pszy pieczętowaniu musisz doplowadziś wszystko do końca, podczas jednej sesji, szeby zaczęło działaś zgodnie s pszesnaczeniem. Kaszda linia musi znaleźć się na swoim miejscu, w odpowiedniej kolejności. Jedna pomyłka i moses sobie tym co najwyszej pszytszymywaś papiel na wietsze. Albo zlobiś komuś kszywdę, zaleszy, co spiepszysz. - Zerknąłem na Victorię, po czym wróciłem wzrokiem do przedmiotu. Miałem doświadczenie, również w spektakularnych pomyłkach, dlatego w dalszym ciągu robiłem takich rzeczy na tuziny, bo przy tak drobnych, złożonych symbolach kreski zaczynały szybko pierdolić się przed oczami, a wtedy o pomyłkę było wyjątkowo łatwo. Wolałem więc pracować powoli, nawet jeśli oznaczało to, że wytworów powstawało niewiele, chociaż w tym konkretnym przypadku tworzenie zbyt wielu sztuk, bez możliwości przeprowadzenia testów, było również po prostu irracjonalne, bo przecież mogły nie zadziałać lub wywołać nieprzewidziane efekty.
Zdjęcie, które wcześniej zaprezentowała Geraldine, znałem już z naszych poprzednich prób znalezienia odpowiedzi na cokolwiek, więc akurat ten szczegół nie stanowił dla mnie nowości, chociaż niewątpliwie był bardzo przydatny, znacznie mniej odpowiadała mi natomiast perspektywa istnienia rytuału, który mógłby nam pomóc, gdybyśmy tylko znali jego formułę. Brak tak podstawowej informacji drażnił mnie wyjątkowo mocno, zważywszy na to, czym zajmowałem się zawodowo, choć trudno było obarczać odpowiedzialnością za ten stan rzeczy kogokolwiek spośród obecnych, bo była to jedna z setek niewiadomych, których lista rosła w zastraszającym tempie, również w trakcie tej rozmowy.
Nie miałem pojęcia, co oznaczało dla nas to, że widma miałyby tu być już wcześniej, ale z pewnością nie było to nic dobrego i z dużym prawdopodobieństwem psuło nam to szyki, jeśli chodziło o plan uzgodniony z Sebastianem - najwyraźniej mieliśmy szczęście w nieszczęściu, spotkawszy tu obecnych, zanim popełniliśmy śmiertelny błąd - posłałem spojrzenie w kierunku Geraldine, licząc na to, że wiedziała, co powiedzieć w takiej sytuacji. Jednocześnie spróbowałem przyswoić i zapamiętać wszystkie informacje o kolorach używanych przez Ministerstwo, krótko przytaknąwszy na nasz własny - różowy - i plan Atreusa.
- Pasuje mi. - Stwierdziłem, uznawszy, że rozróżnienie było wystarczająco proste, by nawet w środku kompletnego bałaganu nikt nie musiał zastanawiać się nad znaczeniem.
- Fale? Niestety, obawiam się, sze jestem pod tym względem zupełnie bezuszyteczny. - Pokręciłem głową z miną kogoś, kto pogodził się z własnymi ograniczeniami, choć kącik ust drgnął mi zdradliwie, kiedy Bulstrode wspomniał o patronusie. - Nigdy nie pszyszłoby mi tesz do głowy, szeby zakładaś, sze w sytuacji klyzysowej mógłbym skoszystaś s jakichś… Niekonwencjonalnych metod komunikacji. - Pozwoliłem sobie na krótką pauzę, poprawiając mankiet płaszcza, jak gdyby cała sprawa rzeczywiście sprowadzała się do niefortunnego braku umiejętności. - Ale doceniam tloskę o nasze, hm, bespieczeństwo. - Skinąłem głową, wsuwając medalion z powrotem do kieszeni płaszcza. - S pewnością coś wymyślimy, gdyby zaszła taka konieczność.
Ceniłem tę formę przekazu, w końcu nie od dziś uważałem, że czasami najlepiej porozumiewało się z ludźmi, którym nie trzeba było tłumaczyć każdej rzeczy wprost. Ministerstwo miało wystarczająco dużo powodów, by za mną nie przepadać, więc nie zamierzałem dokładać mu kolejnych, zwłaszcza że istniały sposoby załatwiania spraw, o których rozsądniej było mówić wyłącznie w odpowiednim gronie. Niektóre umiejętności lepiej sprawdzały się w praktyce, niż podczas publicznych deklaracji, szczególnie jeśli samo ich posiadanie mogło zainteresować niewłaściwe organy.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)