• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[27.10.1972] A gentle grip of an apple tree | Prue, Benjy

[27.10.1972] A gentle grip of an apple tree | Prue, Benjy
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#10
25.10.2026, 17:47  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.10.2026, 18:53 przez Benjy Fenwick.)  
Naprawdę lubiłem ten rodzaj swobody, który pojawiał się między nami w chwilach, kiedy byliśmy tylko we dwoje i nie musieliśmy pilnować się ze względu na cudzą obecność ani grać innych, niż w rzeczywistości, co również na dłuższą metę oszczędzało nam wielu niepotrzebnych rozmów i pozwalało przeznaczać czas na znacznie ciekawsze zajęcia. Prawdę mówiąc, nie miałem bowiem najmniejszej ochoty udawać przed Prudence kogoś, kim nigdy nie byłem, tym bardziej, że już w czasach szkolnych zdążyliśmy zaprezentować sobie nawzajem dostatecznie wiele fałszywych obliczy, by całkowicie wyczerpać arsenał masek i pozorów, na dłuższą metę i tak najwyraźniej nie mogąc osiągnąć nim wiarygodnych efektów - na szczęście - to po prostu nie działało w relacjach takich, jak nasza, walka z rzeczywistością byłaby po prostu głupia, skoro Prue i tak zdążyła zobaczyć wystarczająco dużo, by wiedzieć, że pod moją niezbyt zachęcającą powierzchownością kryło się kilka cech, których nie zamierzałem rozdawać każdemu napotkanemu z osobna. Wątpiłem, żeby ktokolwiek, kto mijał mnie na ulicy, widział we mnie kogoś szczególnie skłonnego do subtelności lub ugody, zwłaszcza kiedy szedłem z rękami w kieszeniach, z karkiem schowanym w kołnierzu i ze spojrzeniem, które zwykle skutecznie zniechęcało obcych do rozpoczynania rozmowy o pogodzie, lecz moja żona znała mnie wystarczająco długo, żeby rozpoznać różnicę między tym, jak wyglądałem, a tym, co rzeczywiście zamierzałem zrobić, wiedziała również, że niektóre rzeczy przychodziły mi łatwiej, niż mogłoby się wydawać, choć niekoniecznie z powodów, którymi należało się chwalić przy rodzinnym stole. Przez lata nauczyłem się poruszać w wielorakich warunkach, bywając w miejscach, w których lepiej było nie przyciągać uwagi i wychodząc z sytuacji, w których większość osób najchętniej zapadłaby się pod ziemię lub wylądowała tam wbrew własnej woli. Nie wszystkie umiejętności zdobyłem w okolicznościach, które można było uznać za godne pochwały, nie przeszkadzało mi to jednak osobiście, chociaż przez długi czas nie sądziłem, by ktoś inny był w stanie to docenić - Prudence jednak dostrzegała w tym coś więcej i robiła to z uśmiechem, który sprawiał, że miałem ochotę zaprezentować jej jeszcze kilka swoich talentów, nawet jeśli znaczna część z nich zdecydowanie lepiej nadawała się do wykorzystania za zamkniętymi drzwiami niż w środku dnia w sadzie.
- Moje ego, kochanie, jest doskonale plopolsjonalne do moich osiągnięś, dziękuję balso, tylko ty uparcie plóbujesz wmówiś mi, sze zajmuje za duszo miejsca. - Cmoknąłem z dezaprobatą, choć w oczach wciąż miałem rozbawienie. - Pletensje moses zlesztą kielowaś wyłącznie do natuly, któla wyjątkowo hojnie mnie obdalowała. - Wyszczerzyłem zęby. - Poza tym nie pszypominam sobie, szebym kiedykolwiek plosił cię o bezzasadne - podkreśliłem to słowo  - komplementy. Samo to, sze za mnie wyszłaś, stanowi całkiem pszekonujący dowód, sze musiałem zlobiś na tobie odpowiednie wlaszenie. Leszta jest jusz tylko kwestią twojej niechęci do pszysnawania mi lasji, s któlą, nawiasem mówiąc, zdąszyłem się pogodziś jeszcze w szkole. - Stwierdziłem, chociaż była to gówno prawda, uśmiechnąłem się do niej półgębkiem, wsuwając dłonie do kieszeni, po czym ruszyłem wzdłuż ogrodzenia w poszukiwaniu miejsca, w którym najłatwiej byłoby przedostać się na drugą stronę.
- Mnie pszekonałaś. - Odparłem od razu, może nie mówiąc, czy chodziło mi o sytuację sprzed chwili, czy o coś innego, lecz właśnie w tym kryła się cała prawdziwość wypowiedzianego przeze mnie zdania - mnie przekonywała praktycznie do wszystkiego, czego chciała, nawet jeśli czasami zajmowało jej to chwilę dłużej. - Jeśli to nie jest dowód na twoje wyjątkowe zdolności pelswazyjne, nie wiem, co nim jest. - Spojrzałem na nią spod uniesionych brwi, po czym uśmiechnąłem się krzywo, świadomy, że właśnie dostarczyłem jej argumentu, który mogła wykorzystać przeciwko mnie przy najbliższej okazji.
- Najlepsza w moim szyciu. - Odchyliłem się lekko do tyłu i skrzyżowałem ramiona, przyglądając jej się z zainteresowaniem, które nie miało wiele wspólnego z zamiarem podjęcia dalszej polemiki. - I mówię to jako ktoś, kto zawielał jusz całkiem spolo podejszanych układów, niektóle s nich nawet pszynoszące zyski. - Dodałem, nie mogłem się zresztą skarżyć na jej pamięć, przynajmniej dopóki nie przypominała mi rzeczy, o których wolałbym zapomnieć. Uważałem to za wyjątkowo korzystny obrót spraw, choć przyznawałem, że jej archiwum moich dawnych wypowiedzi stanowiło zagrożenie, którego swego czasu zupełnie nie przewidziałem. Z drugiej strony właśnie za to ją kochałem - za tę szczególną zdolność dostrzegania we mnie kogoś więcej niż typa, który wyglądał, jakby za chwilę miał komuś przyłożyć, po czym najpewniej ukradłby jeszcze portfel - nie każdy miał aż tak szeroką okazję przekonać się, że potrafiłem być całkiem znośnym towarzystwem, zwłaszcza kiedy nie próbowałem nikogo zastraszyć ani zarobić na czyjejś nieuwadze. Prudence wiedziała o mnie wystarczająco dużo, by nie musieć zgadywać, co kryło się za moimi żartami i wystarczająco mało, żebym wciąż mógł ją czasem czymś zaskoczyć. Przesunąłem ciężar ciała na drugą nogę i skrzyżowałem ręce na piersi, nie spuszczając z niej wzroku, chociaż mój uśmieszek zdradzał, że cała ta sytuacja bez wątpienia sprawiała mi przyjemność.
Pochyliłem się ku niej, ściszając głos, chociaż na drodze wciąż nie było nikogo, kto mógłby nas usłyszeć.
- Wyoblaś sobie, kochanie, pszychodzisz po jedno niewinne jabłuszko, sięgasz po gałąź, słyszysz tszask, glunt usuwa ci się spod nóg i jusz po tobie. - Oczywiście, że nie próbowałem jej straszyć, po prostu przechyliłem głowę i rozejrzałem się po okolicy, zwlekając przez moment, jakbym dopiero teraz przypomniał sobie pewien szczegół, o którym lepiej byłoby nie wspominać po tej stronie ogrodzenia, więc, oczywiście, podjąłem temat, nawet jeśli mnie poganiała. - Nawiasem mówiąc, wiesz, sze w tej okolicy mieli kiedyś sadownika, któly zniknął podczas wieczolnego obchodu? - Zapytałem, uważnie obserwując jej reakcję, nim sięgnąłem po owoc. - Zboczył s tlasy po własnej ziemi. Podobno znaleśli po nim tylko szpadel, latalnię i świeszo wykopany dół pod jedną s jabłoni jego lywali. Szadnych śladów walki, szadnej klwi, szadnego ciała. Po plostu zniknął. Jednego wieczolu pilnował dszew, następnego lanka jego sona zgłosiła zaginięcie, a sąsiedzi zaczęli szeptaś, sze Abbottowie mają pewien układ s siłami, s któlymi lepiej nie zadzielaś. Niektószy twielsą, sze zawalji pakt s czymś, co mieszka pod koszeniami. Inni uwaszają, sze sad sam wybiela sobie ofialy. - Wyprostowałem się i pokiwałem głową, jakbym przekazywał jej informacje o wyjątkowo dobrze udokumentowanym wydarzeniu, chociaż - prawdę mówiąc - cała historia powstała w mojej głowie gdzieś pomiędzy pierwszym spojrzeniem na jabłka a potrzebą sprawdzenia, jak daleko mogłem się posunąć, zanim Prudence uznała, że należało rzucić we mnie Bramleyem. - Oczywiście, to tylko plotki. Nikt nigdy nie udowodnił, sze biedak szeszywiście został ofialą duchów jabłoni. Pewnie zwyczajnie uciekł s jakąś wdową albo postanowił lospocząś nowe szycie w innym hlabstwie. Chociasz tszeba pszyznaś, owoce losną im podejszanie dobsze. - Zerknąłem w stronę drzew, po czym ponownie spojrzałem na nią i wzruszyłem ramionami, zrywając najładniejszy, najdorodniejszy okaz z gałęzi, do której ona nie mogła sięgnąć, bo przecież nie zamierzałem odbierać jej tych niższych jabłek - złapałem za owoc, pociągnąłem i… Ciężar owocu osiadł w mojej dłoni w sposób, którego zdecydowanie nie przewidywałem w żadnym ze swoich zawodowych doświadczeń - zmarszczyłem brwi, obracając nadgarstek, bo zamiast przyjemnej sprężystości dojrzałej skórki poczułem pod palcami twardą, zimną, chropowatą powierzchnię, która w ułamku sekundy przestała przypominać cokolwiek nadającego się do jedzenia - czerwone jabłko zmieniło się w kamień, prawdziwy, ciężki, piekielnie nieprzydatny kamień, który spoczywał teraz w mojej ręce, a to jeszcze nie był koniec.
- ZŁODZIEJ! - Nie zdążyłem podzielić się z Prudence żadną z moich refleksji, ponieważ jabłko mojej żony nagle wyrwało się z jej dłoni i rozdarło powietrze wrzaskiem, od którego aż odwróciłem głowę. „ZŁODZIEJ!”, miałem ochotę odkrzyknąć, iż oskarżenie było przedwczesne, ponieważ nie zdążyliśmy się jeszcze oddalić się z łupem, ale instynkt samozachowawczy, na szczęście wciąż sprawny, szybko przypomniał mi, że dyskusje z zaczarowanymi owocami rzadko kończyły się czymś dobrym.
- O kulwa. - Nie czekałem, aż jabłko postanowi powtórzyć oskarżenie, tym bardziej że nie miałem najmniejszej ochoty sprawdzać, czy kolejne drzewa dysponowały równie rozbudowanym repertuarem zachowań obronnych. - Spieldalamy, chyba sze maszy ci się kaliela w klonice klyminalnej. - Co prawda tylko lokalnej, lecz i tak złapałem Prudence za rękę i pociągnąłem ją w stronę ogrodzenia, przez które przedostaliśmy się wcześniej, zerkając jeszcze przez ramię na jabłonie, jakbym spodziewał się, że zaraz wszystkie zaczną wykrzykiwać nasze nazwiska i podawać szczegóły dotyczące miejsca zamieszkania.
„To głupi pomysł” - wiedziałem, że był głupi, miałem przed sobą żywy dowód na to, że był głupi, i może właśnie dlatego uznałem, że warto sprawdzić, czy przypadkiem nie dało się go powtórzyć - kiedy mijałem gałąź, o którą prawie zahaczyłem twarzą, wzrok uciekł mi ku innemu gatunkowi, dorodnemu, zielonemu tym razem, błyszczącemu bezczelnie pośród liści - zatrzymałem się na ułamek sekundy, dosłownie w połowie ruchu - to był, oczywiście, fatalny plan, doskonale o tym wiedziałem, tyle że w mojej głowie pojawiła się myśl, której nie potrafiłem natychmiast odrzucić, „jeśli pierwsze jabłko zamieniło się w kamień, drugie zaczęło krzyczeć, to może trzecie byłoby już zjadliwe?” Nie miałem pojęcia, po co byłyby mi ewentualnie dwa kamienie, ale w tej konkretnej chwili brzmiało to jak pytanie, które można było odłożyć na później.
- Czekaj, jeszcze jedno! - Rzuciłem, wyciągając wolną rękę ku gałęzi, zerwawszy drugi owoc, zanim zdążyłem samemu sobie wyperswadować tę idiotyczną decyzję.

!sumaowoca


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (7736), Pan Losu (36), Prudence Fenwick (3567)




Wiadomości w tym wątku
[27.10.1972] A gentle grip of an apple tree | Prue, Benjy - przez Prudence Fenwick - 19.10.2026, 19:43
RE: [27.10.1972] A gentle grip of an apple tree | Prue, Benjy - przez Benjy Fenwick - 20.10.2026, 21:49
RE: [27.10.1972] A gentle grip of an apple tree | Prue, Benjy - przez Prudence Fenwick - 21.10.2026, 08:15
RE: [27.10.1972] A gentle grip of an apple tree | Prue, Benjy - przez Benjy Fenwick - 21.10.2026, 16:55
RE: [27.10.1972] A gentle grip of an apple tree | Prue, Benjy - przez Prudence Fenwick - 21.10.2026, 19:57
RE: [27.10.1972] A gentle grip of an apple tree | Prue, Benjy - przez Benjy Fenwick - 23.10.2026, 17:25
RE: [27.10.1972] A gentle grip of an apple tree | Prue, Benjy - przez Pan Losu - 23.10.2026, 17:25
RE: [27.10.1972] A gentle grip of an apple tree | Prue, Benjy - przez Prudence Fenwick - 23.10.2026, 18:12
RE: [27.10.1972] A gentle grip of an apple tree | Prue, Benjy - przez Pan Losu - 23.10.2026, 18:12
RE: [27.10.1972] A gentle grip of an apple tree | Prue, Benjy - przez Benjy Fenwick - 25.10.2026, 17:47
RE: [27.10.1972] A gentle grip of an apple tree | Prue, Benjy - przez Pan Losu - 25.10.2026, 17:47
RE: [27.10.1972] A gentle grip of an apple tree | Prue, Benjy - przez Prudence Fenwick - 28.10.2026, 21:56
RE: [27.10.1972] A gentle grip of an apple tree | Prue, Benjy - przez Benjy Fenwick - Wczoraj, 08:06

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa