25.10.2026, 23:48 ✶
— Świetnie, świetnie, a więc… eee… proszę! — Wsunął rękę do kieszeni swojej odświętnej szaty, po czym wręczył dwójce swoich towarzyszy po jednej zakorkowanej szklanej ampułce, która mieściła w sobie około dziesięciu mililitrów poświęconej wody. — Nie mogę od was wymagać, że z niej skorzystacie, biorąc pod uwagę chaos, jaki może panować na Polanie Ognisk, ale gdybyście mieli te kilka dodatkowych sekund, a mnie by akurat nie było w pobliżu, to polejcie drzewo tym płynem. W dowolny sposób. Może wylać tą wodę, może cisnąć całą ampułkę w drzewo… Nawet zdejmę z was wymóg wypowiedzenia modlitwy pochwalnej.
Sebastian zalecił badaczom z Polany Ognisk, aby poświęcili drzewo przed spaleniem go, ale w sumie nie był to obowiązkowy punkt całej procedury. Jeśli Przenajświętszej faktycznie zależało na oczyszczeniu miejsca kultu, to zapewne też nie będzie mieć większych pretensji, jeśli tu i ówdzie jej wierni pójdą na skróty, jednak… Macmillan mimo wszystko czuł potrzebę, aby jak najbardziej uwydatnić rolę Matki w całym procesie naprawy tego całego bajzlu.
— Nie dziwię się — skomentował pod nosem, gdy Geraldine zdradziła, że także nie przepada za przemieszczaniem się z miejsca na miejsce przy pomocy teleportacji.
Jak na tak popularny sposób transportu, to był on zaskakująco niebezpieczny. Zwrot śniadania za najbliższym krzaczkiem, rozszczepienia, bóle głowy… Zaklęte dorożki i karoce może i uchodziły za nieco staromodne, ale przynajmniej były bardziej bezpieczne. Tyle dobrego, że nawet w obecnych czasach brak teleportacji nie utrudniał jakoś szczególnie codziennego funkcjonowania, gdy praktycznie każdy czarodziej miał dostęp do Błędnego Rycerza, latającej miotły czy nawet zaklętego kominka zasilanego proszkiem Fiuu.
— Yyy… Tak. Możemy. Oczywiście — zgodził się Sebastian, mając szczerą nadzieję, że nie była to tylko próba wyjątkowo nieudolnego rozładowania napięcia po tej jakże gorącej dyskusji. — Nie musisz martwić się o tekst. Przenajświętsza zrozumie nawet… najbardziej dosadny przekaz.
Z lekkim niepokojem wysłuchał intencji Fenwicka. Dość łatwo dało się wychwycić, że mężczyzna nie był wirtuozem pióra, który pisywał sztuki dla teatru Selwynów, jednak główna prośba była dość zrozumiała. Nie licząc tego zeza rozbieżnego. To zakrawało już na próba przeklęcia kogoś za pośrednictwem świętej Pani Księżyca. Z drugiej strony, gdyby ten konkretny urok trafił akurat na badaczy z Polany Ognisk… Macmillan zasłonił na chwilę dłonią usta, udając, że drapie się nad wargą, co by ukryć delikatny uśmiech, który pojawił się na jego twarzy.
— Dobrze, dobrze… To teraz weźmy się za ręce! — Podał jedną dłoń Geraldine, a drugą skierował ku Benjy'emu. — Ekhm… O Pani Księżyca, Matko Srebrnego Blasku,
Władczyni Nocy i Strażniczko Gwiazd,
do Ciebie dziś wołamy, gdy ciemność wzbiera pośród nas.
Rozciągnij nad nami swój płaszcz utkany ze światła.
Niech jego blask otoczy nasze ciała, serca i dusze.
Niech żadna ciemna myśl nie znajdzie w nas schronienia,
niech żaden zły zamiar nie przekroczy granicy, którą wyznaczasz.
Ty bowiem jesteś Panią Światła Nocy.
Gwiazdy są iskrami rozsypanymi przez Twe dłonie,
a księżycowa poświata śladem Twojej łaski na tej ziemi.
Rozprosz przed nami wszelki mrok.
Rozprosz lęk, który czai się w sercu.
Rozprosz zwątpienie, które odbiera siłę.
Rozprosz cienie, które kroczą za człowiekiem,
szepcząc o rozpaczy i beznadziei.
Tyś bowiem jesteś Latarnią na bezdrożach,
Matką, która nie opuszcza swoich dzieci.
Kapłan zamilkł na dłuższą chwilę, recytując w myślach kilka dodatkowych wersów, mających podkreślić wagę błogosławieństwa, jakim mogła ich obdarzyć Pani Księżyca, o ile wciąż wspierała ich sprawę. Gdy skończył, puścił ręce Geraldine i Benjy'ego, spoglądając z zaskakującym spokojem w ciemniejące niebo.
— Zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy. Przynajmniej na tym etapie. — Kaszlnął cicho. — Uważajcie na siebie i nie szukajcie guza, dopóki nie zacznie się ten… bajzel. — Westchnął cicho i zerknął w kierunku kartonów z koszulkami. — Bierzecie tylko t-shirty, czy zapakować wam coś jeszcze? A, zabieracie zakupy ze sobą, czy kapłanki mają je wysłać na wasz adres?
Zmierzył ich pytającym spojrzeniem. Wprawdzie wysyłka z terenu sabatu nie była elementem ich standardowej oferty, ale skoro już wiedzieli, co mogło się tu wydarzyć, to mógł pójść im w tej kwestii na rękę, czyż nie?
Sebastian zalecił badaczom z Polany Ognisk, aby poświęcili drzewo przed spaleniem go, ale w sumie nie był to obowiązkowy punkt całej procedury. Jeśli Przenajświętszej faktycznie zależało na oczyszczeniu miejsca kultu, to zapewne też nie będzie mieć większych pretensji, jeśli tu i ówdzie jej wierni pójdą na skróty, jednak… Macmillan mimo wszystko czuł potrzebę, aby jak najbardziej uwydatnić rolę Matki w całym procesie naprawy tego całego bajzlu.
— Nie dziwię się — skomentował pod nosem, gdy Geraldine zdradziła, że także nie przepada za przemieszczaniem się z miejsca na miejsce przy pomocy teleportacji.
Jak na tak popularny sposób transportu, to był on zaskakująco niebezpieczny. Zwrot śniadania za najbliższym krzaczkiem, rozszczepienia, bóle głowy… Zaklęte dorożki i karoce może i uchodziły za nieco staromodne, ale przynajmniej były bardziej bezpieczne. Tyle dobrego, że nawet w obecnych czasach brak teleportacji nie utrudniał jakoś szczególnie codziennego funkcjonowania, gdy praktycznie każdy czarodziej miał dostęp do Błędnego Rycerza, latającej miotły czy nawet zaklętego kominka zasilanego proszkiem Fiuu.
— Yyy… Tak. Możemy. Oczywiście — zgodził się Sebastian, mając szczerą nadzieję, że nie była to tylko próba wyjątkowo nieudolnego rozładowania napięcia po tej jakże gorącej dyskusji. — Nie musisz martwić się o tekst. Przenajświętsza zrozumie nawet… najbardziej dosadny przekaz.
Z lekkim niepokojem wysłuchał intencji Fenwicka. Dość łatwo dało się wychwycić, że mężczyzna nie był wirtuozem pióra, który pisywał sztuki dla teatru Selwynów, jednak główna prośba była dość zrozumiała. Nie licząc tego zeza rozbieżnego. To zakrawało już na próba przeklęcia kogoś za pośrednictwem świętej Pani Księżyca. Z drugiej strony, gdyby ten konkretny urok trafił akurat na badaczy z Polany Ognisk… Macmillan zasłonił na chwilę dłonią usta, udając, że drapie się nad wargą, co by ukryć delikatny uśmiech, który pojawił się na jego twarzy.
— Dobrze, dobrze… To teraz weźmy się za ręce! — Podał jedną dłoń Geraldine, a drugą skierował ku Benjy'emu. — Ekhm… O Pani Księżyca, Matko Srebrnego Blasku,
Władczyni Nocy i Strażniczko Gwiazd,
do Ciebie dziś wołamy, gdy ciemność wzbiera pośród nas.
Rozciągnij nad nami swój płaszcz utkany ze światła.
Niech jego blask otoczy nasze ciała, serca i dusze.
Niech żadna ciemna myśl nie znajdzie w nas schronienia,
niech żaden zły zamiar nie przekroczy granicy, którą wyznaczasz.
Ty bowiem jesteś Panią Światła Nocy.
Gwiazdy są iskrami rozsypanymi przez Twe dłonie,
a księżycowa poświata śladem Twojej łaski na tej ziemi.
Rozprosz przed nami wszelki mrok.
Rozprosz lęk, który czai się w sercu.
Rozprosz zwątpienie, które odbiera siłę.
Rozprosz cienie, które kroczą za człowiekiem,
szepcząc o rozpaczy i beznadziei.
Tyś bowiem jesteś Latarnią na bezdrożach,
Matką, która nie opuszcza swoich dzieci.
Kapłan zamilkł na dłuższą chwilę, recytując w myślach kilka dodatkowych wersów, mających podkreślić wagę błogosławieństwa, jakim mogła ich obdarzyć Pani Księżyca, o ile wciąż wspierała ich sprawę. Gdy skończył, puścił ręce Geraldine i Benjy'ego, spoglądając z zaskakującym spokojem w ciemniejące niebo.
— Zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy. Przynajmniej na tym etapie. — Kaszlnął cicho. — Uważajcie na siebie i nie szukajcie guza, dopóki nie zacznie się ten… bajzel. — Westchnął cicho i zerknął w kierunku kartonów z koszulkami. — Bierzecie tylko t-shirty, czy zapakować wam coś jeszcze? A, zabieracie zakupy ze sobą, czy kapłanki mają je wysłać na wasz adres?
Zmierzył ich pytającym spojrzeniem. Wprawdzie wysyłka z terenu sabatu nie była elementem ich standardowej oferty, ale skoro już wiedzieli, co mogło się tu wydarzyć, to mógł pójść im w tej kwestii na rękę, czyż nie?