– Ano tak, postarzają ludzi. Moim zdaniem jest tak, jak mówisz, że one się żywią energią… Ciała martwych, którzy nie przeżyli, też wyglądają, jakby były nie tyle posunięte w czasie, ale jak wyssana do zera skorupka, wydmuszka, nie wiem jak to określić – Victoria napatrzyła się na to w kostnicy zakładu pogrzebowego.
A potem, wysłuchawszy Benjyego, po prostu kiwnęła głową.
– Czyli to po prostu wyrysowanie runy podczas pieczętowania, tak? Rozumiem, że to trzeba zrobić za jednym razem, a nie rozwlekać na przykład tydzień, jak akurat ma się na to ochotę – zapytała, jak twórca twórcę… trochę. Bo to, w czym specjalizowała się Victoria, to było tworzenie eliksirów. I o tym tez potrafiła po prostu gadać, chociaż starała się nie zanudzać innych swoim hobby.
– Psy? Nie widziałam tam żadnych psów, wilczurów, wilków, ani w ogóle zwierząt – przyznała w odpowiedzi do Atreusa. Ale w Limbo było… dziwnie. Magiczny, niemal bajkowy las, pewna duszna atmosfera, ale przy tym było w tym coś znajomego, wykrzywionego ze znajomych obrazów. To może i nie dziwne, że widzieli różne rzeczy… – Może właśnie tego chcą. Ale teraz nurtuje mnie inne pytanie – odpowiedziała na słowa Brenny. – Skoro one nie wyszły z Limbo… to skąd? Tyle razy łaziłyśmy przecież po Kniei jako dzieciaki i później i nie przypominam sobie żadnych stworów tego typu. Wydaje mi się, że geneza, skąd się wzięły, ma w sobie też wyjaśnienie, czego chcą. No bo… Nie wiem. Może były gdzieś uwięzione? Może były uśpione i obudziło je to, co się wydarzyło na Polanie, czyli no… wyrzut energii z Limbo, tak to chyba należy nazwać – poruszali się tutaj trochę po omacku, ale bazując właśnie na tym, czego dowiedziały się z Brenną w Egipcie od nekromantki, no to w jakiś tam sposób splatało się to w całość. Również biorąc pod uwagę teorię Victorii odnośnie tego co w maju działo się w Dolinie Godryka, którą to podzieliła się niedawno z Atreusem: że to, co widzieli w maju, to było przenikanie się Limbo do ich świata, stąd słońce i księżyc jednocześnie na niebie. Przesączająca się energia, która objawiała się dziwnymi obrazami, jakie napotykali niektórzy ludzie… – Może one są jak wampiry, że czują nienasycony głód, tylko nie chodzi im o krew i w ten sposób wysysanie energii, tylko… No nie wiem… Życie żywych istot? Ciekawe, jak by zareagowały na obecność wampira – mózg Victorii jak zwykle pognał do przodu, w locie wymyślając kolejne, wcale nie tak nieprawdopodobne historie. Pomyślała o wampirach, bo więcej niż mniej rozumiała mechanizm ich życia, a ten zasadniczo różnił się od ghouli…
– Chwila, widma niszczyły drzewa Greengrassów? – Victoria spojrzała z pewnym niezrozumieniem na słowa Brenny. – To znaczy… Teoretycznie wszystko ma energię… ludzie, zwierzęta, rośliny… nawet kamienie. Musiały być naprawdę bardzo głodne, albo coś je do nich przyciągnęło – również nie skojarzyła, że Geraldine mówi o drzewie, które „rosło” korzeniami do góry na Polanie Ognisk, a spod którego wyciągano ją czy Atreusa. W każdym razie no nie przyszło jej też do głowy, by jakieś drzewa ze sobą zabierać.
Na pytanie Brenny mogła tylko wzruszyć ramionami i sięgnęła do kieszeni, by wyciągnąć z niej parę lusterek dwukierunkowych.
– Jako, że nie umiem w fale, to może… Ty weźmiesz jedno, Brenn? Albo Bulstrode? – tak, nawet w takich chwilach nie zamierzała do niego mówić po imieniu, ale to już zbyt mocno weszło jej w krew. Chociaż zauważyła, że ten jeden raz nie przekręcił jej imienia. – Gdyby się nam wszystkim zdarzyło porozdzielać…
Swoją droga ta scenka musiała wyglądać komicznie: Benjy i Gerry – bardzo wysocy, Brenna i Atreus również. I ona. Przy nich wszystkich niemalże kurdupel.