– Amant, kochaś – Victoria westchnęła i przewróciła oczami. Ach, jeszcze było „twój chłop”. A prawda była taka, że w zasadzie ta relacja nie była w żaden sposób określona… oprócz tego, że się widywali. Często. I byli na… kilku randkach i rozmawiali o tym, że są zainteresowani – choć to było trochę wymuszone awanturą rozpoczętą przez Cressidę. – Nie przywalił mu na dzień dobry, tylko po chwili, jak Atreus nie zaprzeczał i rzucał przy tym jakieś inne teksty. Wydaje mi się, że chciał go sprowokować, a dzisiaj to udawał takiego biednego, ale co ja tam wiem – ostatecznie ponownie wzruszyła ramionami.
– To samo mu powiedziałam. Wyliczyłam mu chyba pięć różnych plotek, w których grał czołową rolę i w każdej była inna dziewczyna, to ostatecznie się zamknął. A swoją drogą ta Melphomena Longbottom… o tym też była plotka, że to narzeczona Chrisa i faktycznie się o to pobili, tylko nie było żadnych zaręczyn. A najlepsze jest to, że ta Melphomena to Millie Moody? Tak mi powiedział dzisiaj Atreus – to wszystko było ze sobą tak idiotycznie splątanie i nie miało to sensu, że aż głowa bolała. Tyle warte były właśnie te plotki, na których kumple Atreusa mieli opierać wiadomości o nim. Chociaż tej o Lorettcie i Atreusie to nawet nie kojarzyła.
– Że co?! – Victoria nie miała chyba dzisiaj dobrego dnia. Zbieranie sprzecznych informacji od trzech różnych osób mimo wszystko bolało w głowę, która próbowała to poukładać. Bo Victoria opierała to o słowa Atreusa, który mówił, że oświadczał się w tym miesiącu, a Brenna gadała o tym, że ten się umawiał z inną… co to miało kurde być?! Bezwiednie sięgnęła po to ciasteczko, ewidentnie zła, bo nie wiedziała jeszcze, że Brenna mówi o zupełnie innym czasie i miejscu i… i w ogóle.
A potem zamrugała. Znowu tego dnia zamrugała, bo ją zatkało na kilka sekund. Ciasteczko kupowało czas, gdy sobie go chrupnęła, a trybiki w głowie próbowały zaskoczyć.
– Najwyraźniej Atreus ma niebywałe szczęście do amortencji – powiedziała to jakoś chłodno, bo skojarzyło jej się z biciem się z Chrisem o Millie Moody. – Ale nie… on mi powiedział, że oświadczał ci się w tym miesiącu – była pewna, że się nie przesłyszała, bo słuchała go wtedy bardzo bardzo uważnie.
– Niee… Nie dał mi tego odczuć. To tylko… moja głupia głowa – wyjaśniła i sięgnęła w końcu po kubek. I pomyślała sobie, że Brennie przydałby się ładny komplet filiżanek. I że powinna jej taki sprawić… tylko nie przeklęty. – Zabrał mnie na randkę do Wenecji, to chyba wystarczające – nie rozmawiały o tym bo nawet nie bardzo było kiedy, ale sugerowała Brennie, że bal maskowy to prawdopodobnie nie pojedyncze przypadkowe spotkanie… chociaż umówienie się na randkę akurat przypadkowe było. Tak przynajmniej uważała. A później rozeszła się ta plotka o Cressidzie.