• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 17 Dalej »
[07/1957] But we have miles left to regret | Aloysius, Prudence

[07/1957] But we have miles left to regret | Aloysius, Prudence
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#7
26.10.2026, 20:27  ✶  
Przyjąłem jej słowa z krótkim skinieniem głowy, po czym oparłem się wygodniej o siedzenie, ignorując fakt, że nasze warunki podróżowania pozostawiały wiele do życzenia. Przez moment miałem ochotę odpowiedzieć, że jeśli tak bardzo zależało jej na unikaniu mojego towarzystwa, mogła zacząć od zaprzestania wdawania się ze mną w każdą kolejną dyskusję, ale uznałem, że podobna uwaga nie przyniesie mi niczego poza następną porcją pretensji, których i tak miałem już serdecznie dosyć, zresztą, te wszystkie zapewnienia brzmiały doprawdy zabawnie, biorąc pod uwagę, że nadal siedzieliśmy w tym samym autokarze, w środku ciemnej nocy, i żadne z nas nie miało najmniejszego wpływu na to, kiedy ta podróż dobiegnie końca, niestety. Nie zamierzałem jednak zwracać na to uwagi na głos, bo najwyraźniej potrzebowała jeszcze kilku słów, żeby ostatecznie przekonać samą siebie, że nigdy więcej nie chciała mieć ze mną do czynienia - „doskonale” - mogła sobie składać takie deklaracje, mogła mieć ich tyle, ile tylko dusza zapragnęła, nie miałem zamiaru jej zatrzymywać ani tym bardziej prosić, żeby zmieniła zdanie, a kiedy wspomniała o nikłej wartości moich rad dotyczących przyszłego zatrudnienia, uniosłem brwi, przyglądając się jej odbiciu w szybie, z pobłażliwością wymalowaną na twarzy.
Oparłem łokieć o podłokietnik, zerkając na nią z ukosa.
- Oczywiście, że ich nie potrzebujesz. Przecież masz już plany, prawda? -  Odparłem, w moim głosie zabrzmiała uprzejmość tak przesadna, że sam miałem ochotę przewrócić oczami - jasne, miała własne zdanie na mój temat i mogła sobie z nim robić, co tylko chciała, ale ja również miałem swoje do powiedzenia i skoro najwyraźniej oboje uznaliśmy, że powinniśmy się nimi wymieniać, nie widziałem powodu, żeby nagle ustępować. - Nie przypominam sobie, żebym składał podanie o stanowisko twojego doradcy zawodowego, więc możesz odetchnąć z ulgą. Nie zamierzam odbierać ci przyjemności samodzielnego odkrywania, jak funkcjonuje świat. Zachowam swoje cenne uwagi dla kogoś, kto przynajmniej udaje, że potrafi słuchać cudzych opinii. - Uśmiechnąłem się pod nosem, zadowolony z celności tej riposty, bo przecież prawda była taka, że wcale nie obchodziło mnie, gdzie Prue zamierzała pracować ani co chciała robić w przyszłości - przynajmniej tak sobie powtarzałem, bo przecież nie miałem zamiaru przyznawać, że kiedyś potrafiłem słuchać jej opowieści o planach z uwagą, której nie poświęcałem prawie nikomu - jej następne słowa sprawiły jednak, że uśmieszek nieco mi przygasł. Oczywiście, że nie znałem już wszystkich jej marzeń, kiedyś byliśmy sobie znacznie bliżsi, ale z czasem oboje przestaliśmy dopuszczać się nawzajem do tego, co naprawdę miało dla nas znaczenie, nie zamierzałem jednak pozwolić, żeby to ona dyktowała mi warunki tej rozmowy. Właściwie nie miałem pojęcia, dlaczego wciąż odpowiadałem na każdy jej komentarz, skoro oboje aż za dobrze wiedzieliśmy, że dyskusja ze sobą była doskonałym sposobem na zepsucie nastroju. Nie musiałem nawet patrzeć na Prue, żeby wiedzieć, że nie spodobała jej się moja odpowiedź, zresztą, coraz częściej odnosiłem wrażenie, że nie istniało nic, co mógłbym zrobić albo powiedzieć, żeby nie potraktowała tego jako kolejnego dowodu na to, że stałem się kimś, kogo nie potrafiła już znieść - być może miała rację, być może rzeczywiście zmieniłem się bardziej, niż chciałem przyznać, być może było w tym o wiele więcej niż zakładała, ale nie zamierzałem prowadzić z nią podobnej rozmowy w środku nocy, w autokarze, który wyglądał, jakby miał rozpaść się na najbliższym zakręcie.
- Masz rację, nie wiem. - Przyznałem, wzruszając ramionami. - Trudno wiedzieć cokolwiek o kimś, kto najwyraźniej postanowił, że znacznie lepiej będzie trzymać wszystkich na dystans, niż ryzykować, że ktokolwiek dowie się o nim czegoś prawdziwego. - Nawet wypowiedziawszy te słowa na głos, nie mogłem z całą słusznością powiedzieć, kogo bardziej dotyczyły… Przesunąłem nogę, szukając wygodniejszej pozycji, po czym skrzywiłem się nieznacznie, kiedy moje kolano znowu zahaczyło o krawędź siedzenia.
- Sama decydujesz, na co poświęcasz swój drogocenny czas, więc może przestań zachowywać się tak, jakbym osobiście zmuszał cię do wysłuchiwania każdego mojego słowa. - Przesunąłem się na siedzeniu, wyciągając nogi w stronę przejścia i uniosłem brwi, gotów natychmiast przypomnieć jej, że przecież sama postanowiła skomentować moje zachowanie, zamiast spokojnie siedzieć i patrzeć sobie przez okno. - Muszę zapamiętać, że według ciebie lepiej być cicho, nie wychylać się i mieć nadzieję, że ktoś kiedyś zauważy, jaka jesteś wspaniała. To z pewnością przyniesie znakomite rezultaty. - Nie zdążyłem dodać, że jeżeli naprawdę uważała mnie za kogoś, komu zależało wyłącznie na tym, żeby o nim mówiono, najwyraźniej przez ostatnie lata nie wyciągała trafnych wniosków z tej całej uwagi, jaką mi poświęcała, bo kierowca postanowił wtrącić się do naszej rozmowy - autokar podskoczył na nierówności, po czym gwałtownie szarpnął, wyrzucając mnie z siedzenia, zanim zdążyłem porządnie oprzeć stopy o podłogę - trzask, który usłyszałem, zginął w huku silnika, ale ból, jaki natychmiast przeszył mi nogę, nie pozostawiał wiele miejsca na wątpliwości, że właśnie wydarzyło się coś naprawdę paskudnego. Przez ułamek sekundy nie mogłem złapać tchu, aż zacisnąłem powieki, wypuszczając z siebie zduszony jęk, którego zdecydowanie wolałbym nie wydawać przy świadkach.
Usłyszałem kroki Prue, zanim jeszcze znalazła się obok, odruchowo uniosłem głowę, gotów rzucić jakąś złośliwą uwagę, która powstrzymałaby ją przed zadawaniem kolejnych ciosów w moją dumę i drwieniem sobie z mojej pozycji, nie zdążyłem jednak, bo… Przez krótką chwilę patrzyłem jej prosto w oczy, usiłując zrozumieć, dlaczego właściwie to robiła, skoro jeszcze niedawno oboje zachowywaliśmy się tak, jakbyśmy najchętniej nigdy więcej nie mieli ze sobą do czynienia. W jej spojrzeniu nie potrafiłem znaleźć niczego, co pozwoliłoby mi uznać tę propozycję za złośliwość, co wcale nie ułatwiało sprawy - byłoby znacznie prościej, gdyby się ze mnie śmiała - wtedy mógłbym ją odprawić bez najmniejszych wyrzutów sumienia, zamiast siedzieć na podłodze i zastanawiać się, co właściwie powinienem zrobić z jej gestem.
Spojrzałem na wyciągniętą ku mnie dłoń, później na twarz, ostatecznie zaś przeniosłem wzrok gdzieś ponad ramieniem dziewczyny, uznając, że pod żadnym pozorem nie powinienem dawać jej satysfakcji w postaci przyznania, że rzeczywiście potrzebowałem pomocy. Przez moment nie patrzyłem na nic konkretnego, skupiając się na równym oddychaniu, choć każdy wdech zdawał się wymagać ode mnie więcej wysiłku, niż powinien.
- Nic. - Oznajmiłem odruchowo, zacisnąłszy szczęki, po czym spojrzałem na krew spływającą mi po goleni i uznałem, że może, ale tylko może należałoby nieco skorygować tę wypowiedź. - Nic takiego. - Kłamstwo. Nie wzdrygnąłem się, chociaż miałem ochotę, zamiast tego uniosłem wzrok na Prudence, potem ponownie przeniosłem go na jej palce, w końcu znów na nią, ponieważ zadane przez nią pytanie wymagało ode mnie wysiłku intelektualnego, na który nie miałem w tej chwili najmniejszej ochoty. Miałem ochotę kopnąć coś na tyle mocno, żeby rozładować wściekłość, ale biorąc pod uwagę stan mojej nogi, musiałem zadowolić się zaciskaniem zębów i przeklinaniem pod nosem. Co mnie bolało? Cała przeklęta noga, biodro i chyba pół pleców, choć kolano zdecydowanie wysuwało się na prowadzenie w tym wyjątkowo niechlubnym rankingu, miałem jednak wrażenie, że przyznanie się do tego wszystkiego przyniosłoby jej zbyt wiele satysfakcji, więc postanowiłem ograniczyć informacje do niezbędnego minimum.
To pytanie o skalę zawisło jednak między nami na dłużej, i chociaż przez pierwszą sekundę udawałem, że w ogóle go nie zrozumiałem, pamiętałem - oczywiście, że pamiętałem - pamiętałem naszą rozmowę, pytania i odpowiedzi, przekomarzanki, sposób, w jaki kiedyś potrafiłem odpowiadać bez zastanowienia, ponieważ nie musiałem analizować każdego słowa, zanim zdecydowałem się je wypowiedzieć. Skala obrażeń była jednym z tych drobiazgów, które zapisały mi się w pamięci, chociaż nigdy nie przyznałbym tego na głos, dawniej pewnie odpowiedziałbym jej od razu, może nawet zażartowałbym, że dziesięć zarezerwowałem na spotkanie z nią w wyjątkowo złym humorze.
- Mam ocenić, jak bardzo boli mnie upadek, czy może jak bardzo żałuję, że wsiadłem do tego zasranego autokaru? Bo w obu przypadkach wynik mógłby cię zaskoczyć. - Spróbowałem uśmiechnąć się kpiąco, lecz wyszło z tego coś, co bardziej przypominało grymas bólu, więc szybko odpuściłem. Wciągnąłem powietrze przez zęby i przycisnąłem dłoń do podłogi, powstrzymując się przed kolejną próbą wstania. - Naprawdę, Bletchley, przeżyję. Nie potrzebuję niańki. - Odwróciłem głowę, udając, że rozmowa została zakończona, po czym ponownie spróbowałem przesunąć się bliżej siedzenia, żeby znaleźć pozycję, w której ból byłby choć trochę łatwiejszy do zniesienia - nie udało mi się - zrezygnowałem więc, opierając potylicę o fotel i przymykając oczy, wciąż zbyt dumny, żeby przyznać, że jej obecność była mi potrzebna. Nie zamierzałem prosić o nic więcej, choć siedząc na podłodze z krwawiącym kolanem, powoli zaczynałem rozumieć, że tym razem moje upór i duma mogły okazać się znacznie większym problemem niż sam upadek.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (8644), Prudence Fenwick (3736)




Wiadomości w tym wątku
[07/1957] But we have miles left to regret | Aloysius, Prudence - przez Benjy Fenwick - 23.10.2026, 18:08
RE: [07/1957] But we have miles left to regret | Aloysius, Prudence - przez Prudence Fenwick - 23.10.2026, 18:33
RE: [07/1957] But we have miles left to regret | Aloysius, Prudence - przez Benjy Fenwick - 23.10.2026, 19:52
RE: [07/1957] But we have miles left to regret | Aloysius, Prudence - przez Prudence Fenwick - 23.10.2026, 20:49
RE: [07/1957] But we have miles left to regret | Aloysius, Prudence - przez Benjy Fenwick - 24.10.2026, 00:06
RE: [07/1957] But we have miles left to regret | Aloysius, Prudence - przez Prudence Fenwick - 26.10.2026, 12:56
RE: [07/1957] But we have miles left to regret | Aloysius, Prudence - przez Benjy Fenwick - 26.10.2026, 20:27
RE: [07/1957] But we have miles left to regret | Aloysius, Prudence - przez Prudence Fenwick - 26.10.2026, 22:01
RE: [07/1957] But we have miles left to regret | Aloysius, Prudence - przez Benjy Fenwick - 27.10.2026, 00:24
RE: [07/1957] But we have miles left to regret | Aloysius, Prudence - przez Prudence Fenwick - 03.11.2026, 21:18
RE: [07/1957] But we have miles left to regret | Aloysius, Prudence - przez Benjy Fenwick - Wczoraj, 18:33

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa