– Dla mnie to… ogólnie mało śmieszne, ale rozumiem czemu ludzi bawi ta rozcieńczona amortencja w drinkach – stwierdziła. Dla niej jednak było to coś, czego wolała unikać. Być może była zbyt sztywna. Być może ktoś powiedziałby, że nie umiała się bawić. Ale robienie czegoś wbrew sobie, bo tak podpowiada magia, przeciwko której nie masz się nawet jak bronić, a skutku docierają do ciebie dopiero, gdy ta zanika, odczuła bardzo doskonale na własnej skórze nad jeziorem Windermere i… czuła się zwyczajnie brudna. Było jej z tym absolutnie okropnie. A najgorsze, że nie mogła o tym z Cainem nawet porozmawiać, bo najpierw był w szpitalu, potem ona w Egipcie, a później… nie żył.
– Najwyraźniej jest to „bardzo skomplikowane”, tak mi powiedziała. Nic więcej nie wiem – mruknęła. Sytuację trudno było interpretować źle. No miał narzeczoną. O ile wiedziała, zaręczyny nie zostały zerwane. I jednocześnie oświadczał się Cynthii. „Tak jakby”, cokolwiek to również miało znaczyć w tym tajemniczym stwierdzeniu.
– Chyba, że to była kolejna zawoalowana wiadomość w stylu domyśl się, jak z tymi plotkami. Nie wiem, to ty się z nim widujesz. Mi się po prostu bardzo nie wydaje, żeby sobie akurat wtedy żartował. Ogólnie cała nasza rozmowa była wybitnie daleka od żartów – ale czy faktycznie do niego nie pasowało? Nie była przekonana, no ale… to nie był jej chłopak.
– Tak, pod tym względem… raczej nie – Christopher nie jawił jej się typem, który w podobnej sytuacji zachowywał się jak jego kumple ze szkoły, nawet jeśli należał tego klubu okładania się pięściami (a Victoria do dzisiaj nie wiedziała, że Louvain walnął Saurielowi za to, w jaki sposób ten ją traktował), a przynajmniej zdawał się na tym polu wyznawać zupełnie inne wartości. Jak choćby to, że sam wiedział już, że spotykanie się z byłymi kumpli to naprawdę fatalny pomysł.
Victoria uśmiechnęła się jeszcze blado do Brenny, sięgając po kubek z kawą.