28.10.2026, 16:45 ✶
– To że jestem fanem Twojego zarostu, nie oznacza, że nie jestem mniejszym fanem aksamitnej skóry na Twoich palcach – odpowiedział mu bezbarwnym tonem wskazującym na cień irytacji, choć to wszystko było wciąż droczeniem się, próbowaniem, podjudzaniem drugiego. Mógł sobie na to przecież pozwolić, zwłaszcza tutaj, w lesie między własną posesją a Morpheuszowską posesją. Chociaż… zadarł głowę w poszukiwaniu ptaków, gnany własną obsesją trochę z niepokojem mrużąc oczy, by wypatrzeć skrzydlatych mieszkańców tych terenów. Ptaki miały uszy, bez względu czy własne, czy animagiczne. Trudno mu było uwierzyć, że ktoś gdzieś jeszcze nie wymyślił sposobu na komunikację z tymi stworzeniami. Czy jednak zadawano by sobie tyle trudu by śledzić ich tutaj podczas spaceru w październikowe popołudnie?
Musiał dać spokój tej paranoi. W żadne dobre miejsce go nie przywiodła.
– Doceniam, – przyznał, gdy już rozmasował sobie nasadę nosa, obiecał sobie pięćsetny drugi raz, że nie będzie obsesyjnie pilnował własnych sekretów, a potem przywołał na przystojną twarz równie przystojny uśmiech, choć szare oczy rozglądały się za kolejnymi gałązkami, które sprawnie lewitował na nieszczęsny szalik, który rychło miał dokonać żywota w płomieniach. To był dobry szalik. Miękki. Ładnie pachnący śliwką. Cóż, może na Samhain będzie miał szansę kupić Jonathanowi nowy. Ładniejszy.
– Mylisz szmaragdy z szafirami celowo, czy przypadkiem? – zaśmiał się, bo domyślał się, że chodzi o zachowanie odcienia liści, sam jednak z wiadomych powodów nigdy nie mógł cieszyć się zielenią na tyle, by to docenić. Tym bardziej ile osób mylnie zakładało, że ukończył szkołę w domu Slytherina. Z czasem już mu to było obojętne, z czasem nauczył się z tego śmiać. Wciąż jednak miał ambiwalentny stosunek do zieleni. – No nie wiem, nie wiem, dajesz mi bukiety, obsypujesz komplementami, zdawałoby się, że taki adorator dokłada tylu starań aby uzyskać trwalsze zobowiązanie? – iskry rozbawienia przeskakiwały między zgłoskami. Nie myślał przecież o tym wcale, skojarzenie do bukietu z patyków przyszło mu mimochodem, a jednak miło było trochę poszczuć Jonathana takim nierealnym marzeniem, jak wtedy przed dwoma miesiącami, gdy poltergeist odmłodził go o prawie 30 lat i a Anthony bez mrugnięcia okiem oznajmił mu, że jego starsza wersja wzięła z nim ślub przed sześciu laty. Urocza wizja. Tylko trochę zaciskająca serce żalem niemożliwości do zrealizowania.
Musiał dać spokój tej paranoi. W żadne dobre miejsce go nie przywiodła.
– Doceniam, – przyznał, gdy już rozmasował sobie nasadę nosa, obiecał sobie pięćsetny drugi raz, że nie będzie obsesyjnie pilnował własnych sekretów, a potem przywołał na przystojną twarz równie przystojny uśmiech, choć szare oczy rozglądały się za kolejnymi gałązkami, które sprawnie lewitował na nieszczęsny szalik, który rychło miał dokonać żywota w płomieniach. To był dobry szalik. Miękki. Ładnie pachnący śliwką. Cóż, może na Samhain będzie miał szansę kupić Jonathanowi nowy. Ładniejszy.
– Mylisz szmaragdy z szafirami celowo, czy przypadkiem? – zaśmiał się, bo domyślał się, że chodzi o zachowanie odcienia liści, sam jednak z wiadomych powodów nigdy nie mógł cieszyć się zielenią na tyle, by to docenić. Tym bardziej ile osób mylnie zakładało, że ukończył szkołę w domu Slytherina. Z czasem już mu to było obojętne, z czasem nauczył się z tego śmiać. Wciąż jednak miał ambiwalentny stosunek do zieleni. – No nie wiem, nie wiem, dajesz mi bukiety, obsypujesz komplementami, zdawałoby się, że taki adorator dokłada tylu starań aby uzyskać trwalsze zobowiązanie? – iskry rozbawienia przeskakiwały między zgłoskami. Nie myślał przecież o tym wcale, skojarzenie do bukietu z patyków przyszło mu mimochodem, a jednak miło było trochę poszczuć Jonathana takim nierealnym marzeniem, jak wtedy przed dwoma miesiącami, gdy poltergeist odmłodził go o prawie 30 lat i a Anthony bez mrugnięcia okiem oznajmił mu, że jego starsza wersja wzięła z nim ślub przed sześciu laty. Urocza wizja. Tylko trochę zaciskająca serce żalem niemożliwości do zrealizowania.