Przewrócił zwyczajnie oczami, kiedy padło imię Juliette, bo nie miał czasu na takie poboczne tematy w tym momencie. Chociaż może w tym co mówiła Brenna była jakaś metoda. Może powinien się o nią z kimś pobić, żeby ta wreszcie pękła i zdradziła swoje tajemnice. Nie, nie mógł teraz o tym myśleć.
— Bren, są pewne zasady — zauważył, jakby to nie było takie oczywiste dla zebranych. — A w ogóle, po pierwsze to jakie normalne, co? Po drugie, oczywiście że nie rzucamy w siebie samymi rozbrajaczami, a po trzecie to kto wie, może tam chodzę dla tej szałowej peleryny — prychnął, bo mu się absolutnie nie podobało, że to iż Godryk go przeciągnął po parkiecie, to było aż takie oczywiste. Co to w ogóle za insynuacje były? On staruszkiem mógł tak samo wytrzeć podłogę. Problem jednak polegał na tym, że Srebrne Różdżki nie polegały na chełpieniem się swoją wygraną.
— Jakbym z nią pogrywał, to bym się nie przejmował że tę plotkę usłyszy od idioty na korytarzu, a nie ode mnie — wystawił palucha w kierunku Victorii. Ją to najwyraźniej bawiło, a on był tutaj śmiertelnie poważny przecież! — Masz rację, jestem zachwycony, szkoda że tak mało — rozłożył ręce na boki i zrobił przebieżkę dookoła fotela przy którym się zatrzymał. — Kto jeszcze? No kto? Stewart wróci z wycieczek? Mój wujek mnie napadnie? Erik wyskoczy z kominka i mnie strzeli? — zapytał, rozglądając się dookoła, jakby wyzywał świat na pojedynek. — Srebrne Różdżki to jest świętość, Victoria. Gdzie honor? — zapomstował jeszcze.
— Że ty — palec na nowo został wyciągnięty w kierunku Brenny. — Duchem tam byłaś, przysięgam. To z twojego powodu, bo wiesz o co się mnie twój dziadek zapytał? No wiesz? — przez ułamek sekundy wyglądał, jakby faktycznie chciał, żeby mu odpowiedziała, ale chyba zmienił zdanie bo nabrał na nowo powietrze w płuca. — Nie wiesz pewnie. To zgadnij. Nie no, proszę zgadywać. Obydwie. Jakie propozycje od pań?