Z pewną ciekawością weszła do szklarni, która okazała się wcale nie być zaniedbana. Była za to jak swego rodzaju stanowisko badawcze, o czym Victoria przekonała się bardzo dokładnie, gdy przeszła wzdłuż, identyfikując jedną mandragorę za drugą. Z każdą kolejną jej zdumienie rosło, aż doszło do punktu granicznego i po prostu przyjęła do wiadomości, że Urquart musi mieć absolutnego świra na ich punkcie. A badał chyba wszystko, w różnych stadiach ich rozwoju czy chorobowym – czyżby sprawdzał ich zachowanie w naprawdę k-a-ż-d-y-c-h warunkach? Lestrange uważnie przeczytała kilka kart, w których opisane było, co dokładnie robiono na danym stanowisku z mandragorami, a później zainteresowała się sekretarzykiem i odkryła kolejne narzędzia badawcze, a także pióra, atrament… i brak jakiegokolwiek dziennika. Przeszukała jeszcze raz szklarnię, by nie okazało się, że coś tak ważnego znajduje się gdzieś pod jakimś stołem, zasłonięte donicą albo co, bo że jakiś dziennik czy notatnik istnieje, była bardziej niż pewna. Też była przecież badaczem, może nie roślin, ale opracowywanie nowym formuł mikstur wymagało oczyszczenia i uporządkowania myśli, a nie było lepszego, bardziej dostępnego sposobu, niż prowadzenie dziennika, gdzie błędne wnioski zawsze można było wykreślić, lub wyrwać kartki, choć raczej się tego nie robiło, bo nieudane eksperymenty też były rezultatem, dzięki któremu można było odczytać właściwe wnioski.
Dziennika nie znalazła, za to przez ściany szklarni dostrzegła coś innego, może tylko trochę mniej interesującego, a mianowicie… powóz. Karocę… coś, co, jak ustaliły z Brenną, prawdopodobnie posłużyło do wywiezienia mandragor z Towarzystwa Herbologicznego. Czarnowłosa w końcu wyszła ze szklarni i udała się na jej tyły, by sobie tenże powóz obejrzeć. Wnioski jej nie zaskoczyły, raczej tylko potwierdzały, że są we właściwym miejscu: brak siedzeń i ziemia, która przesypywania się w dłoni Victorii sprawiły, że ta rozejrzała się czujnie, aż wróciła przed wejście do kamieniczki – gdzie albo ona czekała na resztę, albo oni na nią.
– Słuchajcie, jestem praktycznie przekonana, że Urquart ukradł te mandragory. Za szklarnią jest powóz… ma wymontowane siedziska i w środku jest sporo ziemi… takiej jałowej jaką widziałam przy naszych pustynnych pięknościach – zaczęła i skrzywiła się lekko, bardzo wątpiąc, że jej towarzysze uznają mandragory za piękne, jeśli zobaczą ich… „twarze”. – Koleś ma prawdziwego fioła na punkcie mandragor, w szklarni jest ich mnóstwo, ale tych normalnych… w różnym stanie rozwoju i zdrowia, ale nie wiem co badał, bo nie ma żadnego dziennika – westchnęła przy tym. – Macie nauszniki w razie czego? Bo czuję, że się może bez nich nie obejść – mruknęła. chociaż gdyby kogoś spetryfikowało, to Urquart miał przynajmniej tyle mandragor w szklarni, że znalazłyby się jakieś dorosłe osobniki, z których możnaby uwarzyć eliksir przywracający do normalności… A jeśli nie mieli, to był to chyba odpowiedni moment, by sobie takie wyczarować.