29.10.2026, 21:13 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.10.2026, 21:21 przez Millie Moody.)
Przysiadła, a potem zwyczajnie się położyła. Jej złote oczy obserwowały ruchy wiedźmy i Milles zastanawiała się co też właściwie się stanie ale też jak bardzo jej było wszystko jedno co się stanie. Znaczy, nie było jej wszystko jedno, nie, gdzieś tliła się iskra buntu, gdzieś tliła się gdzieś…
– To raczej nie zadziała, ja bardzo… mam bardzo… – dlaczego powieki były takie ciężkie? Jej serce zdawało się być cztery razy wolniejsze niż zwykle. Jakby wieża już runęła. Jakby pioruny przestały grzmieć. Jakby ona teraz leżała przysypana gruzem. – Ja bardzo kiepsko zasypiam mam z tym problem od… – od śmierci mamy, od czasu, gdy zostałam na tym świecie zupełnie sama, od…
Ciężkie ciało leżało a jej usta wypełniał gruz. Cement. Zaprawa. Śmierć.
To nie była najgorsza karta. Śmierć. Oznaczała nieoczekiwaną i gwałtowną zmianę, ale to mogła być zmiana na lepsze. Och nie, ona wiedziała co było najsroższą kartą wielkich arkanów i była to Wieża. Załamanie wszystkiego, zawalenie się dotychczasowego świata. Znowu i znowu. Karta patronka w dupę jebana. Karta.
Leżała po środku niczego, bo nie było czego zbierać.
Jej życie było żałosną namiastką, egzystencją, ciągiem przypływu i odpływu pozbawionego znaczeń. Było kilka bliskich osób, którym zależało. Czy była w stanie w ogóle to odwzajemnić? Była. Zdawało jej się, że pamiętała, że była.
Gdzieś wysoko nad nią, albo pod nią czuła lepki, soczysty, powolny w niemożliwym do uchwycenia puls. Uderzenie. Wstrząs. Zaraz przyjdzie następny i następny.
Jeszcze nie umarła.
Sen był ledwie młodszym blatem Śmierci.
W końcu zdecydowała się poruszyć, jej ciało zdawało się odrętwiałe, przygniecione zburzonym murem oczekiwań, aspiracji i ambicji. Wszystko cudze. Wszystko kłamliwe. Wszystko nie jej. Próżno było jednak szukać drogowskazu i prawdy. Poruszyła rękami i nogami, poczuła tarcie, ostrość kamienia wbijającego się w skórę.
Poczuła.
Wypluła pył, próbowała potrząsnąć głową i dźwignęła się z większą determinacją.
Jeszcze nie dziś. Jeszcze nie dziś, gdzieś tam na pewno były Gwiazdy, Księżyc, może nawet Słońce. Arkana jedno za drugim tańczyły przed nią szyderczo, niemal czuła poszum wody zza tronów próżnych mądrali. Niemal słyszała opadający miecz rozsądku, raz za razem ścinający jej głowę. Jej każdą z wielu wielu głów.
Wygrzebała się, bezskutecznie próbując wyłuskać spod powiek szary piach, na pustkowiu zmarnowanego życia.
Nienawidziła śnić. Czy to rzeczywiście była jej droga?
BUM...
Kolejne uderzenie. Powinna ruszyć i znaleźć w końcu drogę. Powinna znaleźć źródło dźwięku. Powinna. Iść. Krok za krokiem. Najtrudniejszy był ten pierwszy.
– To raczej nie zadziała, ja bardzo… mam bardzo… – dlaczego powieki były takie ciężkie? Jej serce zdawało się być cztery razy wolniejsze niż zwykle. Jakby wieża już runęła. Jakby pioruny przestały grzmieć. Jakby ona teraz leżała przysypana gruzem. – Ja bardzo kiepsko zasypiam mam z tym problem od… – od śmierci mamy, od czasu, gdy zostałam na tym świecie zupełnie sama, od…
Ciężkie ciało leżało a jej usta wypełniał gruz. Cement. Zaprawa. Śmierć.
To nie była najgorsza karta. Śmierć. Oznaczała nieoczekiwaną i gwałtowną zmianę, ale to mogła być zmiana na lepsze. Och nie, ona wiedziała co było najsroższą kartą wielkich arkanów i była to Wieża. Załamanie wszystkiego, zawalenie się dotychczasowego świata. Znowu i znowu. Karta patronka w dupę jebana. Karta.
Leżała po środku niczego, bo nie było czego zbierać.
Jej życie było żałosną namiastką, egzystencją, ciągiem przypływu i odpływu pozbawionego znaczeń. Było kilka bliskich osób, którym zależało. Czy była w stanie w ogóle to odwzajemnić? Była. Zdawało jej się, że pamiętała, że była.
Gdzieś wysoko nad nią, albo pod nią czuła lepki, soczysty, powolny w niemożliwym do uchwycenia puls. Uderzenie. Wstrząs. Zaraz przyjdzie następny i następny.
Jeszcze nie umarła.
Sen był ledwie młodszym blatem Śmierci.
W końcu zdecydowała się poruszyć, jej ciało zdawało się odrętwiałe, przygniecione zburzonym murem oczekiwań, aspiracji i ambicji. Wszystko cudze. Wszystko kłamliwe. Wszystko nie jej. Próżno było jednak szukać drogowskazu i prawdy. Poruszyła rękami i nogami, poczuła tarcie, ostrość kamienia wbijającego się w skórę.
Poczuła.
Wypluła pył, próbowała potrząsnąć głową i dźwignęła się z większą determinacją.
Jeszcze nie dziś. Jeszcze nie dziś, gdzieś tam na pewno były Gwiazdy, Księżyc, może nawet Słońce. Arkana jedno za drugim tańczyły przed nią szyderczo, niemal czuła poszum wody zza tronów próżnych mądrali. Niemal słyszała opadający miecz rozsądku, raz za razem ścinający jej głowę. Jej każdą z wielu wielu głów.
Wygrzebała się, bezskutecznie próbując wyłuskać spod powiek szary piach, na pustkowiu zmarnowanego życia.
Nienawidziła śnić. Czy to rzeczywiście była jej droga?
BUM...
Kolejne uderzenie. Powinna ruszyć i znaleźć w końcu drogę. Powinna znaleźć źródło dźwięku. Powinna. Iść. Krok za krokiem. Najtrudniejszy był ten pierwszy.