Wczoraj, 21:26 ✶
Znała to określenie. A przynajmniej wydawało jej się, że kiedyś natknęła się na nie w jednej z książek poświęconych czarnomagicznym klątwom, być może jeszcze podczas nauki w Hogwarcie. Nie potrafiła jednak przypomnieć sobie ani dokładnej definicji, ani okoliczności, w których je zasłyszała. Maledictus. Brzmiało znajomo, lecz zarazem na tyle obco, że początkowo nie wiedziała, czego właściwie powinna się spodziewać po jego wyjaśnieniach. Zmarszczyła lekko brwi, wsłuchując się w kolejne słowa przyjaciela, a jej wcześniejsze oburzenie stopniowo ustępowało miejsca coraz większemu zdumieniu.
- Co? Kobieta zamieniała się w ropuchę? - upewniła się, unosząc brwi. - Na zawsze? Matko… to straszne.
Nie potrafiła powstrzymać osobliwego dreszczu, który przebiegł jej po plecach. Perspektywa spędzenia reszty życia pod tak mało wdzięczną postacią wydawała jej się wyjątkowo ponura, nie mówiąc już o nieodwracalności tego aspektu.
- Wiadomo skąd się to bierze? - zapytała, marszcząc lekko brwi. Czy klątwa była dziedziczna? Czy ktoś musiał ją rzucić? A może wystarczył nieszczęśliwy zbieg okoliczności, kontakt z niewłaściwym przedmiotem albo stworzeniem?
Zamilkła na moment, przyglądając się czerwonym śladom na jego skórze.
- Nie przeszło na ciebie, prawda? Powinieneś iść do Munga, przebadać się porządnie - jej zamartwianie było czasami absurdalne, ale biorąc pod uwagę jej traumatyczne, mimo młodego wieku, doświadczenia - śmierć Juliana, Xandera, Penelope - miała prawo do odrobiny paranoi. Tym bardziej, że w ostatnim czasie przyszło jej patrzeć na śmierć stałej klientki galerii i sama o mało nie zginęła, dwa razy, jeśli liczyć niefortunnej wyprawy do zapuszczonej posiadłości. A tu przecież chodziło o czarodzieja tak bliskiemu jej sercu, że nie wyobrażała sobie stracić i jego. Sama możliwość wydawała jej się tak nieznośna, że niemal natychmiast odsunęła ją od siebie. Nie chciała obarczać go ciężarem swych lęków, ale tak, bywała nadopiekuńcza i musiał to znosić.
Kiedy jednak otworzył transporter, uwaga Astorii mimowolnie powędrowała ku niewielkiemu stworzeniu. Z początku przyglądała mu się z zainteresowaniem, pochylając nieznacznie głowę, by lepiej dostrzec ciemny pyszczek i drobne łapki. Urok ten prysł jednak równie szybko, jak się pojawił.
- Niuchacz? Fuj - spojrzała na pierścionki zdobiące jej palce i poprawiła bransoletkę na nadgarstku. - Niech się trzyma z dala od mojej biżuterii. Po co go zabrałeś?
Nie zamierzała jednak pozwolić, by niewielki mieszkaniec transportera całkowicie odwrócił jej uwagę od pierwotnego problemu. Gdy Leviathan pokazał jej puzderko, wyciągnęła dłoń, oczekując, że pozwoli jej obejrzeć zawartość.
- Rano? - powtórzyła, podnosząc na niego wzrok. - A ile razy dziennie miałeś jej używać?
Widziała, że nie był obłożnie chory, ale skoro już tu była, mogła dopilnować, by tym razem nie zaniedbał rekonwalescencji.
- Chodź, położysz się. Jesteś głodny? Mogę zawołać skrzata - dotknęła jeszcze jego czoła, żeby sprawdzić temperaturę, choć nawet jeśli jej wiedza medyczna skończyłaby się na informacji "cieplejsze niż moja dłoń" lub "zimniejsze niż moja dłoń".
- Co? Kobieta zamieniała się w ropuchę? - upewniła się, unosząc brwi. - Na zawsze? Matko… to straszne.
Nie potrafiła powstrzymać osobliwego dreszczu, który przebiegł jej po plecach. Perspektywa spędzenia reszty życia pod tak mało wdzięczną postacią wydawała jej się wyjątkowo ponura, nie mówiąc już o nieodwracalności tego aspektu.
- Wiadomo skąd się to bierze? - zapytała, marszcząc lekko brwi. Czy klątwa była dziedziczna? Czy ktoś musiał ją rzucić? A może wystarczył nieszczęśliwy zbieg okoliczności, kontakt z niewłaściwym przedmiotem albo stworzeniem?
Zamilkła na moment, przyglądając się czerwonym śladom na jego skórze.
- Nie przeszło na ciebie, prawda? Powinieneś iść do Munga, przebadać się porządnie - jej zamartwianie było czasami absurdalne, ale biorąc pod uwagę jej traumatyczne, mimo młodego wieku, doświadczenia - śmierć Juliana, Xandera, Penelope - miała prawo do odrobiny paranoi. Tym bardziej, że w ostatnim czasie przyszło jej patrzeć na śmierć stałej klientki galerii i sama o mało nie zginęła, dwa razy, jeśli liczyć niefortunnej wyprawy do zapuszczonej posiadłości. A tu przecież chodziło o czarodzieja tak bliskiemu jej sercu, że nie wyobrażała sobie stracić i jego. Sama możliwość wydawała jej się tak nieznośna, że niemal natychmiast odsunęła ją od siebie. Nie chciała obarczać go ciężarem swych lęków, ale tak, bywała nadopiekuńcza i musiał to znosić.
Kiedy jednak otworzył transporter, uwaga Astorii mimowolnie powędrowała ku niewielkiemu stworzeniu. Z początku przyglądała mu się z zainteresowaniem, pochylając nieznacznie głowę, by lepiej dostrzec ciemny pyszczek i drobne łapki. Urok ten prysł jednak równie szybko, jak się pojawił.
- Niuchacz? Fuj - spojrzała na pierścionki zdobiące jej palce i poprawiła bransoletkę na nadgarstku. - Niech się trzyma z dala od mojej biżuterii. Po co go zabrałeś?
Nie zamierzała jednak pozwolić, by niewielki mieszkaniec transportera całkowicie odwrócił jej uwagę od pierwotnego problemu. Gdy Leviathan pokazał jej puzderko, wyciągnęła dłoń, oczekując, że pozwoli jej obejrzeć zawartość.
- Rano? - powtórzyła, podnosząc na niego wzrok. - A ile razy dziennie miałeś jej używać?
Widziała, że nie był obłożnie chory, ale skoro już tu była, mogła dopilnować, by tym razem nie zaniedbał rekonwalescencji.
- Chodź, położysz się. Jesteś głodny? Mogę zawołać skrzata - dotknęła jeszcze jego czoła, żeby sprawdzić temperaturę, choć nawet jeśli jej wiedza medyczna skończyłaby się na informacji "cieplejsze niż moja dłoń" lub "zimniejsze niż moja dłoń".
learn the rules
then break some
then break some