30.10.2026, 22:14 ✶
Jak długo mogliby grać w tę grę?
Był nawet ciekaw.
– W uroku osobistym. Bez wątpienia, jesteś jedną z najbardziej czarujących osób, jakie znam – gładko wywinął wszystkie sprośności, które chodziły Jonathanowi po głowie, nie kryjąc jednak uśmiechu. Kiedyś krygował się, irytował, kiedyś gdy Selwyn balansował zwinnie na granicy dobrego smaku i wulgarności, podtekstu i dosłowności, potrafił doprowadzać go tym do białej, milczącej furii. Nie było to zgorszenie, zbyt blisko byli, za dobrze się znali, a i Anthony w swoich relacjach był biegunowo odległy od życia w celibacie. Była to raczej konieczność zduszania w sobie pasji, pragnień, których nie mógł czuć, a z których teraz czerpał garściami, ba! topił się w nich gdy tylko była po temu okazja, zachłyśnięty swobodą z jaką mógł to robić. Nagle te sugestie, te dwuznaczności, zawieszenie głosu w odpowiedniej chwili… Nagle wiedział jak reagować, co czuć, wszystko w końcu wskoczyło na właściwe miejsce. Każda prowokacja mogła spotkać się z odpowiedzią i słodką, najsłodsza karą.
Swobodny uśmiech przeszedł w o wiele szerszy, rozleniwiony, uśmiech mężczyzny który budził się rano po bardzo nieprzespanej nocy i myślał tylko i aż, że wstał na tyle wcześnie, by skorzystać z poranka nim przyjdzie czas na śniadanie. Gdyby miał wybrać część ciała, którą lubi w Jonathanie najbardziej nie byłby w stanie udzielić jakiejkolwiek sensownej odpowiedzi. Kochał w nim wszystko.
Tymczasem rozmawiali nagle i nieoczekiwanie o awansach i przyjmowaniu pewnych społecznych ról. Jakkolwiek już epitet "grzecznego" kawalera przykuł jego uwagę a "nieśmiałość" tak biegunowo odległa od postawy szarmanckiego dyplomaty uniosła brew Shafiq'owi, to sugestia, że działania Anthony'ego mogłyby narazić Selwynowską cnotę wydobyły z jego gardła prychnięcie pełne niedowierzania. Zaraz jednak zmiarkował się, odchrząknął i przybrał Bardzo Poważną Minę.
– Ach tak mój miły oczywiście, nie godzi się, aby tak szlachetny kawaler z dobrego domu, o niezliczonych zaletach i nieposzlakowanej opinii, narażony był przez moje zwlekanie na… dyskomfort, bez względu na jego naturę. – Na moment uciekł spojrzeniem od towarzysza, ku rezydencji Morpheusa majaczącej gdzieś między drzewami. Chciał w sumie spytać o to przyjaciela, o zdanie, ale też z Longbottomem rozmawiał tak wiele, by niemal słyszeć jego głos we własnych uszach, był w stanie wyobrazić sobie wygięte w łuk usta i ciemne oczy patrzące na niego jak na idiotę.
Bo po prawdzie był idiotą. Przecież było to oczywiste.
– Właściwie, zabawne… zabawne, że mówiłeś o tych szmaragdach – podjął nieco nieobecnym głosem, czując nieoczekiwany przypływ tremy. Ten las, był niczym atrakcyjnym dla nich. Te patyki. Nadchodzące święto. Strach. Wojna. Krzyki unoszace się nad płonącym stosem. Nie było na to dobrego czasu. Ich świat - taki jaki znali - kończył się. Każda chwila przybliżała ich do tego. Każda chwila, która mogła być ich ostatnią.
Odwrócił się do Jonathana, może nieco zbyt gwałtownie, i złapał go za rękę, nawet jeśli ta była brudna od ziemi. Nie ważne. Z ziemią czy bez, była przecież doskonała w trzymaniu, tak jak cały jej właściciel. Oczy Anthony'ego zeszkliły się lekko, rozmażony uśmiech błąkał po twarzy, gdy oczyma wodził po zdezorientowanej zapewne twarzy ukochanego. Oczy, usta, nos. Mógł całe życie patrzeć na tą twarz i milknąć w zachwycie. Taki z resztą miał plan, choć może bez tej części z milczeniem, bo potrzebne były słowa. Tak jakieś słowa. Po angielsku najlepiej.
– Wiedziałeś że heliodor, to znaczy dar słońca i tak jak szmaragdy wywodzi się ten szlachetny kamień… od Berylu bodajże. I on… on wspiera energią, pomaga w kryzysie zachować jasność umysłu i przeć, i być, szlachetnym i silnym. Ja… – zawahał się tylko na moment, na moment zgubił błękitną nitkę słów, gdy drugą rękę ukrył w kieszeni szaty. – Pomyślałem, że może chciałbyś mieć pamiątkę, po… po tej nocy, gdy wyznaliśmy sobie miłość, żebyś mógł widzieć jakie gwiazdy nam życzyły dobrze w tamtej chwili wtedy w… w tym odseparowanym od świata schronisku. I w sumie… czemu nie Jonathanie, mam nadzieję, że jako grzeczny kawaler nie będziesz miał mi za złe, że nie pojechałem do Wenecji prosić o błogosławieństwo Twoich rodziców, ale… – Już pal licho ten las, te podgnite liście i suche patyki. Anthony nie czekał dużo dłużej i po prostu uklęknął, wciąż wpatrzony w Jonathana jak w słońce. – Czy chciałbyś może zostać moim mężem? Może nie dziś. Może nie jutro, ale kiedyś, kiedy znajdziemy sposób, aby było to możliwe? – to mówiąc wyciągnął malutkie puzderko w którym leżał złożony złocisty sygnet. Wspomniany szlachetny kamień był rzeczywiście słońcem, osadzonym z brzegu po lewej stronie, dającego miejsca tak diamentowemu księżycowi, ale i rojowi gwiazd, które po tylu latach wskazały im w końcu drogę. – Chciałbym się z Toba zestarzeć. O niczym nie marzę bardziej Jonathanie, niż o Twojej w tym pomyśle wzajemności. – dodał o wiele, wiele ciszej, trwając w oczekiwaniu odpowiedzi.
Był nawet ciekaw.
– W uroku osobistym. Bez wątpienia, jesteś jedną z najbardziej czarujących osób, jakie znam – gładko wywinął wszystkie sprośności, które chodziły Jonathanowi po głowie, nie kryjąc jednak uśmiechu. Kiedyś krygował się, irytował, kiedyś gdy Selwyn balansował zwinnie na granicy dobrego smaku i wulgarności, podtekstu i dosłowności, potrafił doprowadzać go tym do białej, milczącej furii. Nie było to zgorszenie, zbyt blisko byli, za dobrze się znali, a i Anthony w swoich relacjach był biegunowo odległy od życia w celibacie. Była to raczej konieczność zduszania w sobie pasji, pragnień, których nie mógł czuć, a z których teraz czerpał garściami, ba! topił się w nich gdy tylko była po temu okazja, zachłyśnięty swobodą z jaką mógł to robić. Nagle te sugestie, te dwuznaczności, zawieszenie głosu w odpowiedniej chwili… Nagle wiedział jak reagować, co czuć, wszystko w końcu wskoczyło na właściwe miejsce. Każda prowokacja mogła spotkać się z odpowiedzią i słodką, najsłodsza karą.
Swobodny uśmiech przeszedł w o wiele szerszy, rozleniwiony, uśmiech mężczyzny który budził się rano po bardzo nieprzespanej nocy i myślał tylko i aż, że wstał na tyle wcześnie, by skorzystać z poranka nim przyjdzie czas na śniadanie. Gdyby miał wybrać część ciała, którą lubi w Jonathanie najbardziej nie byłby w stanie udzielić jakiejkolwiek sensownej odpowiedzi. Kochał w nim wszystko.
Tymczasem rozmawiali nagle i nieoczekiwanie o awansach i przyjmowaniu pewnych społecznych ról. Jakkolwiek już epitet "grzecznego" kawalera przykuł jego uwagę a "nieśmiałość" tak biegunowo odległa od postawy szarmanckiego dyplomaty uniosła brew Shafiq'owi, to sugestia, że działania Anthony'ego mogłyby narazić Selwynowską cnotę wydobyły z jego gardła prychnięcie pełne niedowierzania. Zaraz jednak zmiarkował się, odchrząknął i przybrał Bardzo Poważną Minę.
– Ach tak mój miły oczywiście, nie godzi się, aby tak szlachetny kawaler z dobrego domu, o niezliczonych zaletach i nieposzlakowanej opinii, narażony był przez moje zwlekanie na… dyskomfort, bez względu na jego naturę. – Na moment uciekł spojrzeniem od towarzysza, ku rezydencji Morpheusa majaczącej gdzieś między drzewami. Chciał w sumie spytać o to przyjaciela, o zdanie, ale też z Longbottomem rozmawiał tak wiele, by niemal słyszeć jego głos we własnych uszach, był w stanie wyobrazić sobie wygięte w łuk usta i ciemne oczy patrzące na niego jak na idiotę.
Bo po prawdzie był idiotą. Przecież było to oczywiste.
– Właściwie, zabawne… zabawne, że mówiłeś o tych szmaragdach – podjął nieco nieobecnym głosem, czując nieoczekiwany przypływ tremy. Ten las, był niczym atrakcyjnym dla nich. Te patyki. Nadchodzące święto. Strach. Wojna. Krzyki unoszace się nad płonącym stosem. Nie było na to dobrego czasu. Ich świat - taki jaki znali - kończył się. Każda chwila przybliżała ich do tego. Każda chwila, która mogła być ich ostatnią.
Odwrócił się do Jonathana, może nieco zbyt gwałtownie, i złapał go za rękę, nawet jeśli ta była brudna od ziemi. Nie ważne. Z ziemią czy bez, była przecież doskonała w trzymaniu, tak jak cały jej właściciel. Oczy Anthony'ego zeszkliły się lekko, rozmażony uśmiech błąkał po twarzy, gdy oczyma wodził po zdezorientowanej zapewne twarzy ukochanego. Oczy, usta, nos. Mógł całe życie patrzeć na tą twarz i milknąć w zachwycie. Taki z resztą miał plan, choć może bez tej części z milczeniem, bo potrzebne były słowa. Tak jakieś słowa. Po angielsku najlepiej.
– Wiedziałeś że heliodor, to znaczy dar słońca i tak jak szmaragdy wywodzi się ten szlachetny kamień… od Berylu bodajże. I on… on wspiera energią, pomaga w kryzysie zachować jasność umysłu i przeć, i być, szlachetnym i silnym. Ja… – zawahał się tylko na moment, na moment zgubił błękitną nitkę słów, gdy drugą rękę ukrył w kieszeni szaty. – Pomyślałem, że może chciałbyś mieć pamiątkę, po… po tej nocy, gdy wyznaliśmy sobie miłość, żebyś mógł widzieć jakie gwiazdy nam życzyły dobrze w tamtej chwili wtedy w… w tym odseparowanym od świata schronisku. I w sumie… czemu nie Jonathanie, mam nadzieję, że jako grzeczny kawaler nie będziesz miał mi za złe, że nie pojechałem do Wenecji prosić o błogosławieństwo Twoich rodziców, ale… – Już pal licho ten las, te podgnite liście i suche patyki. Anthony nie czekał dużo dłużej i po prostu uklęknął, wciąż wpatrzony w Jonathana jak w słońce. – Czy chciałbyś może zostać moim mężem? Może nie dziś. Może nie jutro, ale kiedyś, kiedy znajdziemy sposób, aby było to możliwe? – to mówiąc wyciągnął malutkie puzderko w którym leżał złożony złocisty sygnet. Wspomniany szlachetny kamień był rzeczywiście słońcem, osadzonym z brzegu po lewej stronie, dającego miejsca tak diamentowemu księżycowi, ale i rojowi gwiazd, które po tylu latach wskazały im w końcu drogę. – Chciałbym się z Toba zestarzeć. O niczym nie marzę bardziej Jonathanie, niż o Twojej w tym pomyśle wzajemności. – dodał o wiele, wiele ciszej, trwając w oczekiwaniu odpowiedzi.