Nieznajoma mogła sobie nie życzyć dotyku czy kontaktu fizycznego, na jej jednak nieszczęście kolanami dotknęła bruku, a był to dla aurorki jasny sygnał, że dzieje się coś niedobrego. W takich chwilach to, czy ktoś sobie czegoś życzył, albo nie, schodziło na dalszy plan, zwłaszcza, że Victoria przeszła kursy i mimo wszystko była funkcjonariuszem… I w teorii interesowali ją jedynie czarnoksiężnicy, to właśnie miała wpisane w profil pracy, jednak była też przyzwoitym człowiekiem, a w obliczu takiej tragedii, jaka się dzisiaj rozgrywała, gdy tak wiele osób wycierpiało, tak wiele potrzebowało pomocy i nie chciała nawet liczyć, ilu mogłoby zginąć, gdyby się jednak nie wmieszała nieco bardziej… Astoria nie była nikim nadzwyczajnym. Nie była nawet pierwszą osobą, którą zaduszał pył, a którą Victoria miała okazję spotkać na swojej drodze. Teraz widziała, że ta oddycha, z trudem co prawda, ale oddycha, że nie jest wcale bliska utraty przytomności i to nie ten przypadek, który wymaga pilnej pomocy medycznej, Lestrange mogła się więc wycofać.
I ona nie rozpoznała Astorii, nie w tym półmroku, nie po zachrypłym głosie i tych pojedynczych słowach, które z trudem wydobywały się z jej gardła. Nie we wszechogarniającym pyle, jaki osiadał na ubraniach, włosach czy twarzach ich obu. Nie, gdy zagrywała usta szmatką. Jej sam głos tłumiony był przez chustę, jaką miała zawiązaną na twarzy, a i to wcale mocno nie pomagało na dłuższą metę. Ten dziwaczny pył i tak znajdywał jakiś sposób, by się dostać do ust, a w konsekwencji do płuc. Nie pomagały czary wytwarzające bąbel czystego powietrza wokół ust i nosa… To znaczy pomagały na chwilę, a potem i tak czuła drapanie w gardle i potrzebę odkaszlenia, odchrząknięcia. Może nie w takim natężeniu jak Astoria, która miała problem złapać oddech, ale to nadal się działo.
Odczekała chwilę, pozwalając kobiecie się wykaszleć, gotowa w razie czego zainterweniować, gdyby była jednak taka potrzeba, na szczęście po chwili udało jej się przerwać i się wyprostować, a na jej słowa Victoria jedynie kiwnęła krótko głową.
– W porządku. Zaklęcie bąblogłowy może pomóc na chwilę – zasugerowała jej jeszcze, nim sama chrząknęła, chcąc oczyścić gardło ze zbierającego się pyłu, dymu, czy cokolwiek to było, i poprawiła swoją chustę, by nie zjechała jej z nosa. – Niech Matka ma nas w swojej opiece – dodała jeszcze, nim zdecydowała się kiwnąć na odchodne Avery głową i wycofać się: najpierw robiąc dwa kroki tyłem, by nadal mieć na nią oko, a następnie ruszyć zdecydowanym krokiem w kierunku wskazanym przez kobietę.
Nie wiedziała wcale, czy uda jej się złapać pościg za Śmierciożercą, czy ten nie zdążył uciec, skryć się gdzieś, a kto wie – może nawet i teleportować (choć podejrzewała, że jeśli nie zrobił tego do tej pory, to być może nie miał ku temu warunków, może był ranny, może nie potrafił się teleportować, a może nie czuł się w tym na tyle pewnie podczas pościgu?), bo jednak straciła chwilę czasu najpierw wcześniej, gdy zniknął jej z oczu, no i teraz, kiedy zatrzymała się przy tej kobiecie, która wyglądała, jakby miała zaraz zemdleć… Na szczęście to chyba tylko wyglądało groźnie, a nie takie było w rzeczywistości. Tym bardziej że ta dawała jej jasne sygnały, że pomocy żadnej nie chce, to kim Victoria Lestrange była, by się aż tak narzucać? Nie wyglądało na to, by ta bredziła bez sensu, bo oberwała w głowę i nie wiedziała tak do końca, co się dzieje, ani nie umiała poprawnie oszacować swoich możliwości.
W końcu jednak puściła się znowu biegiem, ponownie mocno ściskając swoją różdżkę, czujnie rozglądając się na boki, czy gdzieś nie czai się żaden podejrzany kształt (ale w tych warunkach dostrzeżenie takiego nie było w żadnym razie proste…), albo czy ktoś na nią nie wyskoczy. Dobiegła jednak do końca uliczki i… nic.
Śmierciożerca rozpłynął jej się w powietrzu. Musiał jednak uciec, albo się gdzieś skryć, a Victoria przyznać przed samą sobą, że najwyraźniej nic z tego nie będzie i może warto wrócić na moment do Ministerstwa i zorientować się w nowych informacjach.