31.10.2026, 21:33 ✶
Było to dziwne. Septima była wspaniałą rzemieślniczką, a samo przebywanie w tym samym warsztacie co ona sprawiało, że Samuel uczył się ogromu wszystkiego. Przez ten czas jego nauczyciele kierowali się intuicją, przekzywanymi ustnie normami i prawidłami, ale opierającymi się na tym co tradycyjne i łatwe do pozyskania. Jej wiedza była rozległa, dotykała dziedzin, o których Samuelowi się przed laty nie śniło. Specyfiki, oleje, rozpuszczalniki i lakiery nie miały przed nią tajemnic. Samo przebywanie w jej towarzystwie, samo przypatrywanie się jej pracy, a już słuchanie o jej pracy…
Samuel uczył się tak wiele i w każdej chwili spędzonej w warsztacie u Ollivanderów utwierdzał się w przekonaniu, że dobrze zrobił, że nie przekreślił Londynu, choć przeciez tak bardzo chciał to zrobić, gdy ten spłonął.
Było tu tak wiele wiedzy, fach w dłoni, który dałby mu możliwość odbudowy marzeń o warsztacie w Dolinie, sycił jego myśl, że córka, którą ledwie poznał, byłaby z niego dumna, mogłaby się nim chwalić przed innymi i - a może przede wszystkim - miałaby różdżkę, która wyszła spod jego rąk.
Przy Septimie zawsze starał się być człowiekiem, rzemieślnikiem, osobą, która dążyła do czegoś.
A nie bestią.
Nie gnaną instynktem istotą, która umierała każdego dnia tęskniąc za lasem, do którego odmawiano mu wstępu. Nie przygarbionym stworzeniem tęskniącym za swym gniazdem, w którym czuł się bezpiecznie, w którym mógł się ukryć, mógł udawać martwego, mógł nie myśleć o tonie biurokracji i zasad, o sposobie zachowań dopuszczalnych i niedopuszczalnych w towarzystwie, o słowach o skojarzeniach, które w najlepszym wypadku wzbudzały uśmiech politowania. Że nie wiedział, że nie rozumiał, że nie wystarczał, że nie nadążał za tymi, których umysły wykształciły się zupełnie inaczej. Taki był wieczorami, gdy przekraczał próg chatki Helloise, gdy chwytał za dłuto, za żlobak i się nie zastanawiał. Czuł drewno, nie musiał go rozumieć, aby to poddawało się obróbce i nie traciło swojej magii. Czuł i był czuciem, próbując siebie też układać i rzeźbić, aby móc klinem powrócić do siebie. Powrócić do Kniei. Poddać się marzeniu obrośniętemu bluszczem.
Dwa światy, teraz zderzone ze sobą, gdy gnał w niedźwiedziej formie przez las, zapominając trochę, że na plecach dźwiga kruchą istotę, drogą jego patronowi, droga też jemu, ważną, znajdującą swoje miejsce w dramatycznych samuelowych próbach uproszczenia zbyt skomlikowanego świata. Gnał przed siebie i nie pamiętał o tym, ciesząc się rozchodzącym po ciele zmęczeniem, świadomością głodu, który lada moment go ogarnie. Jeszcze nie myśliał o tym, że pewnie zje cały ich zapasy na wyprawę. Nie… nie mieli zapasów. Nie było to ważne. Odpychał wytrwale ziemię, szorował pazurami po korzeniach i omszałych kamieniach aż w końcu, aż wreszcie…
Składowisko. Przewalone drzewa, uschnięte już dawno, jakimś magicznym tornadem, zapewne głupim psikusem nie mającym szacunku do lasu. W przytomności umysłu animaga, zmusił ciało do stopniowego wytracenia tempa, aniżeli gwałtownego hamowania, tylko po to by płynnie zmienić się znów w człowieka. Bardzo zakłopotanego człowieka. Przykucnął przy tym, aby ciężarowi, który był na jego plecach łatwiej było się z nich zsunąć. Ostatnio tak nosił na nich swoją córkę. Wcześniej jej matkę. Tą, która nie chciała mieć z nim już nic wspólnego.
Próował się uśmiechnąć, ale nie byłoby to szczere z jego emocjami, zbyt intensywnymi, jak na chęć zapewnienia Septimie bezpieczeństwa.
– Wybacz, dawno nie biegałem ja… – nagle przerwało mu straszliwe burczenie w brzuchu. Zaczerwienił się obficie, co było widoczne mimo postępującego zmierzchu, wieczoru już bardziej jesiennego, zimnego i ciemnego. Chwycił różdżkę, kasztanowego niedźwiadka, kopie Garrickowej różdżki i wyczarował kulę ciepłego, prywatnego słońca lewitującego półtora metra od nich. – To się nada. Chyba. Co myślisz?
Samuel uczył się tak wiele i w każdej chwili spędzonej w warsztacie u Ollivanderów utwierdzał się w przekonaniu, że dobrze zrobił, że nie przekreślił Londynu, choć przeciez tak bardzo chciał to zrobić, gdy ten spłonął.
Było tu tak wiele wiedzy, fach w dłoni, który dałby mu możliwość odbudowy marzeń o warsztacie w Dolinie, sycił jego myśl, że córka, którą ledwie poznał, byłaby z niego dumna, mogłaby się nim chwalić przed innymi i - a może przede wszystkim - miałaby różdżkę, która wyszła spod jego rąk.
Przy Septimie zawsze starał się być człowiekiem, rzemieślnikiem, osobą, która dążyła do czegoś.
A nie bestią.
Nie gnaną instynktem istotą, która umierała każdego dnia tęskniąc za lasem, do którego odmawiano mu wstępu. Nie przygarbionym stworzeniem tęskniącym za swym gniazdem, w którym czuł się bezpiecznie, w którym mógł się ukryć, mógł udawać martwego, mógł nie myśleć o tonie biurokracji i zasad, o sposobie zachowań dopuszczalnych i niedopuszczalnych w towarzystwie, o słowach o skojarzeniach, które w najlepszym wypadku wzbudzały uśmiech politowania. Że nie wiedział, że nie rozumiał, że nie wystarczał, że nie nadążał za tymi, których umysły wykształciły się zupełnie inaczej. Taki był wieczorami, gdy przekraczał próg chatki Helloise, gdy chwytał za dłuto, za żlobak i się nie zastanawiał. Czuł drewno, nie musiał go rozumieć, aby to poddawało się obróbce i nie traciło swojej magii. Czuł i był czuciem, próbując siebie też układać i rzeźbić, aby móc klinem powrócić do siebie. Powrócić do Kniei. Poddać się marzeniu obrośniętemu bluszczem.
Dwa światy, teraz zderzone ze sobą, gdy gnał w niedźwiedziej formie przez las, zapominając trochę, że na plecach dźwiga kruchą istotę, drogą jego patronowi, droga też jemu, ważną, znajdującą swoje miejsce w dramatycznych samuelowych próbach uproszczenia zbyt skomlikowanego świata. Gnał przed siebie i nie pamiętał o tym, ciesząc się rozchodzącym po ciele zmęczeniem, świadomością głodu, który lada moment go ogarnie. Jeszcze nie myśliał o tym, że pewnie zje cały ich zapasy na wyprawę. Nie… nie mieli zapasów. Nie było to ważne. Odpychał wytrwale ziemię, szorował pazurami po korzeniach i omszałych kamieniach aż w końcu, aż wreszcie…
Składowisko. Przewalone drzewa, uschnięte już dawno, jakimś magicznym tornadem, zapewne głupim psikusem nie mającym szacunku do lasu. W przytomności umysłu animaga, zmusił ciało do stopniowego wytracenia tempa, aniżeli gwałtownego hamowania, tylko po to by płynnie zmienić się znów w człowieka. Bardzo zakłopotanego człowieka. Przykucnął przy tym, aby ciężarowi, który był na jego plecach łatwiej było się z nich zsunąć. Ostatnio tak nosił na nich swoją córkę. Wcześniej jej matkę. Tą, która nie chciała mieć z nim już nic wspólnego.
Próował się uśmiechnąć, ale nie byłoby to szczere z jego emocjami, zbyt intensywnymi, jak na chęć zapewnienia Septimie bezpieczeństwa.
– Wybacz, dawno nie biegałem ja… – nagle przerwało mu straszliwe burczenie w brzuchu. Zaczerwienił się obficie, co było widoczne mimo postępującego zmierzchu, wieczoru już bardziej jesiennego, zimnego i ciemnego. Chwycił różdżkę, kasztanowego niedźwiadka, kopie Garrickowej różdżki i wyczarował kulę ciepłego, prywatnego słońca lewitującego półtora metra od nich. – To się nada. Chyba. Co myślisz?