31.10.2026, 23:04 ✶
Przekrzywił głowę, po raz pierwszy być może przypatrując się tej dziwnej osobie. Słodziak? To nie było słowo, które uznałby za właściwe do jego osoby, w pierwszej chwili nawet myślał, że się przesłyszał. Z drugiej strony zdecydowanie wolał taką reakcję na jego niedźwiedzią formę niż krzyki i omdlenia - a to też przecież się zdarzało i to nie raz w sumie mógł ją uprzedzić o przemianie, prawda?
Teraz gdy chłód nie był aż takim problemem, a ognisko powoli nabierało na sile (choć wciąż niespiesznie, brakowało mu substancji, na szczęście miał pudełko po zapałkach wypełnione kilkoma transmutowanymi ususzonymi pieńkami), zauważył, że nowopoznana Vi zdaje się być bardzo rada z ich spotkania i rozluźniona przygotowaniem wieczerzy. Pozwolił sobie również na bardzo krótką refleksję w temacie urody jego nieoczekiwanej towarzyszki, czarnymi ślepiami ześligując się z jasnych włosów, przez uniesione uśmiechem policzki.
Finalnie uznał, że choć chciał być tego wieczoru sam, to może nie będzie aż tak źle, jeśli jednak ktoś mu będzie towarzyszył. Zauważył już szczęśliwie, że obecność drugiej osoby - bez względu czy w warsztacie, czy poza nim, pomaga ominąć szerokim łukiem myśli, które były zdecydowanie niemile widziane. Tęsknotę, ciężar ostatnich tygodni, nowe role w społeczności, które nie do końca rozumiał, to jak łatwo mogły przyjść i jeszcze łatwiej odejść…
Przemina nastąpiła płynnie w momencie w którym się podnosił. Stojąc i przesłaniając się złapanymi w trakcie transformacji ubraniami wyciągnął z ust kobiety korek
– Myślisz, że będą potrzebne? – Jego zdaniem nie były. Naczynie to naczynie. Ważne, żeby nie rozlewać. Tymczasem pochylając się ku niej odsłonił w tańczącym świetle ogniska obcą fakturę ogorzałej słońcem skóry, która gdzieniegdzie twardniała na wzorzec kory. Niewielkie strzępki mchu zdawały się być już zupełnie wyschnięte, aż dziw, że z pomiędzy zdrewniałych pęknięć nie wychylała główki żadna mrówka. Samuel tymczasem narzucił jej na barki bez większego pytania swoją pachnącą wiórami i żywicą kurtę, odsuwając się po tym geście dwa kroki, żeby mimo wszystko się ubrać. – Zaraz dorzucę… drwa mam w drugiej kieszeni… Vi. – dodał na końcu niepewny brzmienia tego imienia we własnych ustach. Dwa razy mu powiedziała, że może go użyć. Czy to oznacza, że teraz byli przyjaciółmi? – Jestem Sam, tak w ogóle. Hm. – Jak mówili do niego przyjaciele? Czy miał przyjaciół? Jak takich się rozpoznawało? Nie był pewien. Zamiast więc zastanawiać się bardziej, już ubrany postanowił spłukać gorycz tych rozmyślań winem. – W torbie mam też konfitury, jeśli wygrzebywanie chlebem czy palcami Ci przeszkadza, mogę ogarnąć jakąś łyżkę… – zaproponował, wysypując z małego tekturowego pudełeczka zapałki, które po jednym ruchu różdżką okazały się dobrze wysuszonym drewnem na ognisko, które nie miało się skończyć po godzinie, czy dwóch. Dysponował całkiem niezłym zapasem sugerującym śniadanie w tym miejscu.
Teraz gdy chłód nie był aż takim problemem, a ognisko powoli nabierało na sile (choć wciąż niespiesznie, brakowało mu substancji, na szczęście miał pudełko po zapałkach wypełnione kilkoma transmutowanymi ususzonymi pieńkami), zauważył, że nowopoznana Vi zdaje się być bardzo rada z ich spotkania i rozluźniona przygotowaniem wieczerzy. Pozwolił sobie również na bardzo krótką refleksję w temacie urody jego nieoczekiwanej towarzyszki, czarnymi ślepiami ześligując się z jasnych włosów, przez uniesione uśmiechem policzki.
Finalnie uznał, że choć chciał być tego wieczoru sam, to może nie będzie aż tak źle, jeśli jednak ktoś mu będzie towarzyszył. Zauważył już szczęśliwie, że obecność drugiej osoby - bez względu czy w warsztacie, czy poza nim, pomaga ominąć szerokim łukiem myśli, które były zdecydowanie niemile widziane. Tęsknotę, ciężar ostatnich tygodni, nowe role w społeczności, które nie do końca rozumiał, to jak łatwo mogły przyjść i jeszcze łatwiej odejść…
Przemina nastąpiła płynnie w momencie w którym się podnosił. Stojąc i przesłaniając się złapanymi w trakcie transformacji ubraniami wyciągnął z ust kobiety korek
– Myślisz, że będą potrzebne? – Jego zdaniem nie były. Naczynie to naczynie. Ważne, żeby nie rozlewać. Tymczasem pochylając się ku niej odsłonił w tańczącym świetle ogniska obcą fakturę ogorzałej słońcem skóry, która gdzieniegdzie twardniała na wzorzec kory. Niewielkie strzępki mchu zdawały się być już zupełnie wyschnięte, aż dziw, że z pomiędzy zdrewniałych pęknięć nie wychylała główki żadna mrówka. Samuel tymczasem narzucił jej na barki bez większego pytania swoją pachnącą wiórami i żywicą kurtę, odsuwając się po tym geście dwa kroki, żeby mimo wszystko się ubrać. – Zaraz dorzucę… drwa mam w drugiej kieszeni… Vi. – dodał na końcu niepewny brzmienia tego imienia we własnych ustach. Dwa razy mu powiedziała, że może go użyć. Czy to oznacza, że teraz byli przyjaciółmi? – Jestem Sam, tak w ogóle. Hm. – Jak mówili do niego przyjaciele? Czy miał przyjaciół? Jak takich się rozpoznawało? Nie był pewien. Zamiast więc zastanawiać się bardziej, już ubrany postanowił spłukać gorycz tych rozmyślań winem. – W torbie mam też konfitury, jeśli wygrzebywanie chlebem czy palcami Ci przeszkadza, mogę ogarnąć jakąś łyżkę… – zaproponował, wysypując z małego tekturowego pudełeczka zapałki, które po jednym ruchu różdżką okazały się dobrze wysuszonym drewnem na ognisko, które nie miało się skończyć po godzinie, czy dwóch. Dysponował całkiem niezłym zapasem sugerującym śniadanie w tym miejscu.