Nie chciał, żeby się martwiła. Nie musiała obawiać się, że coś zagraża jego zdrowiu czy życiu. On sam nie zaprzątał sobie tym głowy. Śmierć nie była już dla niego czymś co wzbudzało trwogę. Nie należała mu się ani ta ostateczna zguba, ani taka, którą otrzymać mógł z łaski cudzej magii. Przyjął już, że jego istnienie nie będzie przypominało życia innych ludzi, i nauczył się nie pytać, jak długo jeszcze będzie musiał je znosić. Były rzeczy znacznie bardziej przerażające od perspektywy kolejnego końca. Najbardziej bał się zawieść ojca. Myśl ta, paraliżująca i przygnębiająca, rosła w nim od chwili, gdy dostrzegł nadpalone karty. Niewiele rzeczy pozostało mu w pośmiertnym życiu, które mógłby jeszcze nazwać własnymi, ale utraty twarzy w oczach Mykewa obawiał się chyba najbardziej. Nie chodziło nawet o gniew czy reprymendę. Znacznie nieprzyjemniejsza do wyobrażenia była chwila, w której ojciec spojrzałby na niego z rozczarowaniem, jak na kogoś, komu powierzono coś cennego, a kto nie potrafił okazać się tego godnym. Savaš znał wartość jego uznania. Wiedział też, jak wiele wysiłku kosztowało go niekiedy zasłużenie na choćby niewielki przejaw aprobaty. Podziwiał Mykewa nie tylko dlatego, że był jego ojcem. Widział w nim mistrza rzemiosła, człowieka o niezwykłej dyscyplinie umysłu i wybitnego badacza. Pioniera, który nie zadowalał się odpowiedziami pozostawionymi przez poprzedników, lecz sięgał po wiedzę, od której inni odwracali wzrok. Tam, gdzie większość dostrzegała granicę, on widział zaledwie początek kolejnego zagadnienia. Savaš dorastał w cieniu tej niezwykłej ambicji, ucząc się, że kunszt wymaga cierpliwości, a wiedza odwagi. Chciał być kiedyś choć w niewielkim stopniu podobny do niego. Nie umiał nawet wyobrazić sobie, jak miałby znieść świadomość, że zamiast dorównać jego oczekiwaniom, stał się dla niego kolejnym rozczarowaniem.
Doprowadził mechanizm kominkowego zegara do stanu niemal całkowitego rozczłonkowania. Rozkręcał go z obłędem na twarzy. Skrupulatnie rozbierając na coraz mniejsze elementy, aż poszczególne części przestały przypominać całość, z której pochodziły. Było ich tak wiele, że szybko zabrakło miejsca na stole. Sprężyny, zębatki, maleńkie blaszki, osie i śrubki zajęły więc niemal każdą płaską powierzchnię salonu. Na komodzie, na regałach przy książkach, długim parapecie pod oknem, nawet na krzesłach wokół stołu. Rozstawił je w idealnym porządku, zachowując równe odstępy między elementami. Każda sprężyna miała swoje miejsce, każda blaszka własną pozycję. Wszystko zostało podpisane i ponumerowane na niedbale urwanych skrawkach pergaminu. Sam siedział przy ostatnim wolnym fragmencie stołu, pochylony nad oliwną lampą. Narzędzia leżały w zasięgu dłoni. Jego palce poruszały się niemal bezwiednie, wybierając kolejne szczypce, pęsety i niewielkie śrubokręty. Savaš pracował z desperacją, która znalazła sobie jedyną rzecz zdolną utrzymać go na powierzchni. Nie mógł patrzeć na zegar. Nie mógł patrzeć na wskazówki, które nieubłaganie przesuwały się po tarczy, odmierzając czas pozostały do świtu. Poranek miał przynieść powrót ojca, a wraz z nim konieczność zmierzenia się z tym, czego nie potrafił naprawić. Sekundy zdawały się jednak upływać w nienaturalnym pośpiechu. Niemożliwe, żeby trwały tak krótko. Przecież jeszcze przed chwilą było znacznie wcześniej. Musiał coś zrobić. Musiał zatrzymać ten przeklęty mechanizm, odnaleźć przyczynę jego rzekomej usterki, rozebrać go do ostatniej śrubki i złożyć ponownie. Może wtedy czas odzyskałby właściwy rytm. Może poranek przestałby zbliżać się do domu. A może zegar wcale nie chodził za szybko.
Po drugiej stronie stołu, niedbale oparte o krzesło, spoczywało wielkie płótno w ciężkiej, ciemnej ramie. Przedstawiało jednego z pradziadów Gregorovitchów, którego zaczarowany wizerunek od pokoleń zdobił rodzinny salon. Savaš nie potrafił znieść samotności do tego stopnia, że nawet jego obecność, zwykle naznaczona ruskim narzekaniem, uszczypliwościami i nieustannymi wyrazami dezaprobaty, była lepsza od pustki. Wolał słuchać przygan starego przodka, jego tyrad o upadku obyczajów, niż pozostawać sam na sam z ciszą. Było jednak tak późno, że nawet portretowy dziadek nie miał już siły na swoje zwyczajowe połajanki. Zapadł w sen, ubrany w długą, nocną koszulę ze skośnym, haftowanym kołnierzem, z tradycyjną mormułką naciągniętą niemal na same oczy.
Nie od razu odpowiedział na jej głos. Przez moment pozostał nieruchomy, z palcami zaciśniętymi na krawędzi stołu, jakby dopiero teraz docierało do niego, że Septima rzeczywiście znalazła się w domu Gregorovitchów. Podniósł głowę, a w jego oczach, zaczerwienionych od łzawych godzin, pojawiło się coś pomiędzy niedowierzaniem a ulgą. Nie spodziewał się, że przyjdzie. A przynajmniej przez większą część nocy próbował wmówić sobie, że nie powinien na to liczyć. Na jej widok poczuł jednak, jak coś w nim nieznacznie odpuszcza. Zaraz potem zawstydzenie kazało mu opuścić wzrok. Spojrzenie miał rozmyte, nieprzytomnie błądzące gdzieś pomiędzy jej twarzą a blatem przed nim. Wyglądał, jakby od wielu godzin trwał w tym transie, z którego nie potrafił się wybudzić. Włosy opadały mu na czoło, policzki były zapadnięte, a palce nie przestawały obracać maleńkiej sprężyny. Jego wargi poruszały się jeszcze przez chwilę, zanim zdołał wydobyć z siebie kilka nieskładnych słów. - Nie… nie, tutaj. Tutaj coś jest źle. Widzisz? Ta sprężyna… nie, to nie ona. Musiała być inna. Miałem ją, przecież miałem… gdzieś tutaj. Sprawdzałem. Dwa razy, może trzy. Wskazówka, Septimo… ona nie powinna tak… tak szybko. Sekundy nie mogą… nie mogą być takie krótkie. Przesunął dłonią po blacie, potrącając kilka drobnych elementów. Jeden z nich potoczył się pod lampę. Savaš natychmiast pochylił się, próbując go odnaleźć, choć jego palce kilkakrotnie przesunęły się tuż obok. W końcu zsunął się z krzesła i niemal uklęknął przy stole. Przez moment słychać było tylko szelest jego ubrania i ciche brzęknięcie przesuwanych narzędzi. Kiedy znów się wyprostował, trzymał w dłoni niewielką część mechanizmu, zaciśniętą tak mocno, jakby ktoś mógł mu ją zaraz odebrać. Spojrzał na Septimę. Tym razem chyba naprawdę ją widział. W jego twarzy nie było już jednak skupienia, które pozwalało mu przez ostatnie godziny udawać, że panuje nad sytuacją. - Pomóż mi, proszę - wyszeptał, a głos załamał mu się na ostatnim słowie. - Tak mi ciężko… Nie wyjaśnił, czego właściwie od niej oczekuje, nie potrafił. Być może sam już tego nie wiedział. Prośba wyrwała się z niego z miejsca znacznie głębszego niż ten nocny lęk przed powrotem ojca i fantomową usterką mechanizmu. Jakby przez wszystkie godziny chorego epizodu próbował nie dopuścić do głosu właśnie tych kilku słów. Teraz, kiedy wreszcie je wypowiedział, wyglądał na jeszcze bardziej zagubionego.