02.11.2026, 20:18 ✶
Musiałem przyznać, że sam nie spodziewałem się aż takiego przedstawienia, owszem, początkowo żartobliwie uprzedzałem Prudence, że sad Abbottów mógł kryć kilka nieprzyjemnych niespodzianek, opowiadałem o pewnych rzekomych osobliwościach tego miejsca, ale nawet ja nie zakładałem, że skończymy chórnie owrzeszczeni od złodziejów jabłek. Nie zamierzaliśmy przecież prowadzić rabunku na szeroką skalę, dwa owoce, może trzy, gdyby wyjątkowo nam poszczęściło, tylko tyle i już wracalibyśmy do domu z łupem, którego wartość rynkowa zdecydowanie nie uzasadniała całego tego zamieszania. Spojrzałem jeszcze raz w stronę sadu, po czym wzruszyłem ramionami, miałem za sobą kilka naprawdę paskudnych wypraw, podczas których musiałem uciekać przed rzeczami zdecydowanie mniej przyjemnymi od rozkrzyczanych owoców, więc być może zwyczajnie wyrobiłem sobie odporność na sytuacje, w których należało szybko zabierać tyłek z miejsca zdarzenia, coś w tym raczej było.
- Niektószy po plostu mają wlodzone pledyspozycje do uciekania pszed konsekwencjami własnych decyzji. - Odparłem, wyraźnie zadowolony z własnej teorii. Przywykłem do wysiłku, długich marszów, biegania w terenie i sytuacji, w których brak odpowiedniej kondycji potrafił kosztować znacznie więcej niż zadyszkę, Prue miała natomiast pełne prawo narzekać, zwłaszcza że jej codzienność rzadko wymagała podobnych wyczynów, ale czy uważałem to za niesprawiedliwe - niekoniecznie, tym bardziej, że zdążyła udowodnić mi, iż w odpowiednich okolicznościach potrafiła całkiem sprawnie wykorzystać swoje nogi. - Wybacz, Sunny, następnym lasem postalam się wyglądaś na balsiej umęczonego. Mogę nawet pszysiąść na jakimś kamieniu i pszes kilka minut udawaś, sze potszebuję pomocy usdlowisiela. Nie chciałbym pszeciesz, szebyś poczuła się pokszywdzona pszes własnego męsza i jego nieznośnie długie nogi. - Zerknąłem na jej stopy, pochyliwszy głowę niemal identycznym gestem, co ona chwilę wcześniej, po czym wróciłem wzrokiem do twarzy żony. Nie próbowałem zaprzeczać, warunki fizyczne trochę mi pomagały, choć w naszym przypadku różnica długości kroku była chyba najmniejszym problemem, jaki mieliśmy podczas dzisiejszej wyprawy. - Mogę ci zolganizowaś kilka dodatkowych demonstlasji w lamach instluktaszu, jeśli chcesz, chociasz nie lęszę, sze wszystkie będą odbywały się w walunkach, któle pszypadną ci do gustu. - Nie miałem zamiaru ponownie wspominać, że jej kondycja wcale nie była taka zła, szczególnie biorąc pod uwagę, ile wysiłku kosztowało nas oboje ostatnie kilkaset metrów, zresztą, gdyby naprawdę nie dawała sobie rady, pewnie już dawno musiałbym ją podtrzymywać, zamiast wysłuchiwać teatralnych pretensji o niesprawiedliwy podział naszych możliwości fizycznych.
Pomysł był głupi, rzeczywiście, ale teraz, kiedy znajdowaliśmy się już poza zasięgiem jabłonek, mogłem spokojnie docenić jego rozrywkowy potencjał, szkoda tylko, że nie udało nam się nawet spróbować tych zaklętych owoców, bo wyglądały naprawdę zachęcająco, co zresztą było powodem, dla którego znaleźliśmy się w tej sytuacji. „Finezja” była chyba ostatnim określeniem, którego użyłbym w odniesieniu do ich zabezpieczeń, ale musiałem przyznać, że ktoś włożył w nie sporo pracy.
- Nie mosna im odmówiś pomysłowości. Ciekawe, czy mają osobne zaklęcie na śliwki, czy te zachowują się pszyzwoiciej. - Skwitowałem. - Mose ich gluszki lesytują ciekawsze akty oskalszenia? - Przechyliłem głowę, spoglądając jeszcze w kierunku drzew.
Lubiłem takie akcje, szczególnie kiedy pojawiała się okazja, żeby zrobić coś zupełnie niepotrzebnego, trochę głupiego i potencjalnie kłopotliwego, lecz zwykle starałem się przynajmniej zachować pozory, że wszystko zostało wcześniej przemyślane. W tym wypadku również uważałem, że cała ta wyprawa powinna była przynieść nam nieco więcej korzyści, szczególnie że ryzykowaliśmy już wystarczająco dużo, żeby zasłużyć przynajmniej na jeden porządny owoc do podziału, ale powrót i powtórka z rozrywki niespecjalnie mnie kusiły, nawet jeśli aż tak bardzo się nie zmęczyłem i byłem ciekaw, jak dokładnie działały tamte zabezpieczenia. Nie wiedziałem, czy wszystkie owoce zostały objęte podobnymi zaklęciami, czy trafiliśmy akurat na wyjątkowo paskudną odmianę, ale musiałem przyznać, że pomysł był całkiem skuteczny. Ostatecznie jednak ciekawość nie była wystarczającym powodem, żeby wracać pod drzewa i przeprowadzać dodatkowe oględziny.
- Pewnie, sze mógłbym. Tylko po co miałbym to lobiś? - Zapytałem, unosząc lekko brwi i wsuwając dłonie do kieszeni. Lubiłem ją straszyć, czasami nawet zdecydowanie za bardzo, zwłaszcza wtedy, gdy w odpowiedzi zaczynała kwestionować opowiadane przeze mnie historie, ale miałem swoje granice i całkiem dobrze wiedziałem, gdzie przebiegała różnica między dostarczeniem żonie odrobiny adrenaliny a wystawieniem jej na niebezpieczeństwo. - Jeśli dobsze pamiętam, nigdy nie miałaś szczególnych opolów pszed dotszymywaniem mi kloku. - Uśmiechnąłem się krzywo, bo oboje doskonale wiedzieliśmy, że w podobnych sytuacjach nie miałem zamiaru zostawiać jej samej, niezależnie od tego, jak bardzo kłopotliwy okazywałby się obrany przez nią kierunek. Nie istniał scenariusz, w którym miałbym po prostu pobiec przed siebie, zostawiając ją na pastwę martwego sadownika, tak samo nie zostawiłem jej przecież na pastwę upiora grabarza, choć tamta historia dostarczyła mi wystarczająco dużo powodów, żebym mógł kolejny raz poważnie zastanawiać się nad istnieniem jakiejś leżącej na nas klątwy.
- Najwyszej wziąłbym cię pod pachę. - Puściłem jej oko, po czym ruszyłem powoli przed siebie, wyraźnie zadowolony, chociaż podejrzewałem, że miałbym wtedy znacznie większe problemy z jej niezadowoleniem niż z samym pościgiem.
- Niektószy po plostu mają wlodzone pledyspozycje do uciekania pszed konsekwencjami własnych decyzji. - Odparłem, wyraźnie zadowolony z własnej teorii. Przywykłem do wysiłku, długich marszów, biegania w terenie i sytuacji, w których brak odpowiedniej kondycji potrafił kosztować znacznie więcej niż zadyszkę, Prue miała natomiast pełne prawo narzekać, zwłaszcza że jej codzienność rzadko wymagała podobnych wyczynów, ale czy uważałem to za niesprawiedliwe - niekoniecznie, tym bardziej, że zdążyła udowodnić mi, iż w odpowiednich okolicznościach potrafiła całkiem sprawnie wykorzystać swoje nogi. - Wybacz, Sunny, następnym lasem postalam się wyglądaś na balsiej umęczonego. Mogę nawet pszysiąść na jakimś kamieniu i pszes kilka minut udawaś, sze potszebuję pomocy usdlowisiela. Nie chciałbym pszeciesz, szebyś poczuła się pokszywdzona pszes własnego męsza i jego nieznośnie długie nogi. - Zerknąłem na jej stopy, pochyliwszy głowę niemal identycznym gestem, co ona chwilę wcześniej, po czym wróciłem wzrokiem do twarzy żony. Nie próbowałem zaprzeczać, warunki fizyczne trochę mi pomagały, choć w naszym przypadku różnica długości kroku była chyba najmniejszym problemem, jaki mieliśmy podczas dzisiejszej wyprawy. - Mogę ci zolganizowaś kilka dodatkowych demonstlasji w lamach instluktaszu, jeśli chcesz, chociasz nie lęszę, sze wszystkie będą odbywały się w walunkach, któle pszypadną ci do gustu. - Nie miałem zamiaru ponownie wspominać, że jej kondycja wcale nie była taka zła, szczególnie biorąc pod uwagę, ile wysiłku kosztowało nas oboje ostatnie kilkaset metrów, zresztą, gdyby naprawdę nie dawała sobie rady, pewnie już dawno musiałbym ją podtrzymywać, zamiast wysłuchiwać teatralnych pretensji o niesprawiedliwy podział naszych możliwości fizycznych.
Pomysł był głupi, rzeczywiście, ale teraz, kiedy znajdowaliśmy się już poza zasięgiem jabłonek, mogłem spokojnie docenić jego rozrywkowy potencjał, szkoda tylko, że nie udało nam się nawet spróbować tych zaklętych owoców, bo wyglądały naprawdę zachęcająco, co zresztą było powodem, dla którego znaleźliśmy się w tej sytuacji. „Finezja” była chyba ostatnim określeniem, którego użyłbym w odniesieniu do ich zabezpieczeń, ale musiałem przyznać, że ktoś włożył w nie sporo pracy.
- Nie mosna im odmówiś pomysłowości. Ciekawe, czy mają osobne zaklęcie na śliwki, czy te zachowują się pszyzwoiciej. - Skwitowałem. - Mose ich gluszki lesytują ciekawsze akty oskalszenia? - Przechyliłem głowę, spoglądając jeszcze w kierunku drzew.
Lubiłem takie akcje, szczególnie kiedy pojawiała się okazja, żeby zrobić coś zupełnie niepotrzebnego, trochę głupiego i potencjalnie kłopotliwego, lecz zwykle starałem się przynajmniej zachować pozory, że wszystko zostało wcześniej przemyślane. W tym wypadku również uważałem, że cała ta wyprawa powinna była przynieść nam nieco więcej korzyści, szczególnie że ryzykowaliśmy już wystarczająco dużo, żeby zasłużyć przynajmniej na jeden porządny owoc do podziału, ale powrót i powtórka z rozrywki niespecjalnie mnie kusiły, nawet jeśli aż tak bardzo się nie zmęczyłem i byłem ciekaw, jak dokładnie działały tamte zabezpieczenia. Nie wiedziałem, czy wszystkie owoce zostały objęte podobnymi zaklęciami, czy trafiliśmy akurat na wyjątkowo paskudną odmianę, ale musiałem przyznać, że pomysł był całkiem skuteczny. Ostatecznie jednak ciekawość nie była wystarczającym powodem, żeby wracać pod drzewa i przeprowadzać dodatkowe oględziny.
- Pewnie, sze mógłbym. Tylko po co miałbym to lobiś? - Zapytałem, unosząc lekko brwi i wsuwając dłonie do kieszeni. Lubiłem ją straszyć, czasami nawet zdecydowanie za bardzo, zwłaszcza wtedy, gdy w odpowiedzi zaczynała kwestionować opowiadane przeze mnie historie, ale miałem swoje granice i całkiem dobrze wiedziałem, gdzie przebiegała różnica między dostarczeniem żonie odrobiny adrenaliny a wystawieniem jej na niebezpieczeństwo. - Jeśli dobsze pamiętam, nigdy nie miałaś szczególnych opolów pszed dotszymywaniem mi kloku. - Uśmiechnąłem się krzywo, bo oboje doskonale wiedzieliśmy, że w podobnych sytuacjach nie miałem zamiaru zostawiać jej samej, niezależnie od tego, jak bardzo kłopotliwy okazywałby się obrany przez nią kierunek. Nie istniał scenariusz, w którym miałbym po prostu pobiec przed siebie, zostawiając ją na pastwę martwego sadownika, tak samo nie zostawiłem jej przecież na pastwę upiora grabarza, choć tamta historia dostarczyła mi wystarczająco dużo powodów, żebym mógł kolejny raz poważnie zastanawiać się nad istnieniem jakiejś leżącej na nas klątwy.
- Najwyszej wziąłbym cię pod pachę. - Puściłem jej oko, po czym ruszyłem powoli przed siebie, wyraźnie zadowolony, chociaż podejrzewałem, że miałbym wtedy znacznie większe problemy z jej niezadowoleniem niż z samym pościgiem.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)