• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Little Hangleton v
1 2 3 4 Dalej »
[27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór

[27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór
sedulous
Ambition tearing out the heart of you
Carving lines into you
Dripping down the sides of you
wiek
28
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
różdżkarz/snycerz/badacz
Smukła, dość wysoka jak na kobietę (172cm), niewyróżniająca się z tłumu. To co zapamiętasz po kilkusekundowej migawce, to jej ciemne włosy. Włosy, naturalnie przypominające puchową szopę, ujarzmia zaklęciami wygładzającymi. Niewielu wie, że jest pół-człowiekiem pół-pudlem, bo ten rytuał pielęgnacyjny odprawia już od 10 roku życia (dziękuję ci, świętej pamięci mamo!!) W półmroku niekoniecznie brzydka, ale dużo traci w starciu z bezlitosnym słońcem. Ujawni sińce pod oczyma i bladą, nawet trochę szarą cerę. Nie potrafi ubrać się stosownie do okazji, więc jeśli zauważysz, że w miejscu publicznym wygląda zaskakująco dobrze, to znaczy, że palce maczały w tym osoby trzecie. Głos ma raczej niższy, niż wysoki, ale wyjątkowo młody, trochę nawet dziecinny. Zawsze pachnie wiśnią. Prawdziwą czy jakimś syntetykiem magicznym, nikt nie jest w stanie stwierdzić.

Septima Ollivander
#4
02.11.2026, 22:17  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.11.2026, 15:44 przez Septima Ollivander.)  
Szmer, za którym podążała, okazał się w końcu delikatnym brzęknięciem metalu o drewno. To on wyprowadził ją z przesiąkniętego mrokiem korytarza na próg salonu, gdzie oliwna lampa rozlewała po wszystkim swoją gęstą, miodową żółć. Wciąż jeszcze nasiąknięta wilgocią Little Hangleton i chłodem przyniesionym z rozmokłej drogi, przystanęła w masywnej futrynie, barkiem przywierając do twardej framugi.
Pokój wyglądał, jakby ktoś rozpruł małemu mosiężnemu zwierzęciu brzuch i porozkładał jego trzewia do suszenia na każdej płaskiej powierzchni jaką zdołał znaleźć. Elementy rozstawione były na komodzie, na parapecie, między grzbietami książek, na siedziskach krzeseł. A pośrodku tego rozbebeszonego mechanizmu, w ostatnim kręgu światła, siedział on. Skręcone i zbite włosy przywarły mu do czoła, podobne do łyka zdartego z kory i pozostawionego na pastwę deszczu; policzki zapadły się w ostry cień, który lampa tylko pogłębiała, a w oczach, niebezpiecznie zaczerwienionych, gubiło się coś mętnego. Coś, czego nie potrafiła od razu nazwać i to od razu ją zaniepokoiło.
Savaš  nie przypominał Savaša.  Noc musiała obracać go w sobie godzinami niczym gwałtem rzucony w rzekę kamień, mieląc, wypłukując, oddając końcowo tylko obły, wytarty kontur. Pozbawiony swoich rodzimych kantów i nierówności. O rysach, które nadać można było jedynie duchom.
Dłonie zauważyła na samym końcu, choć to na nie spojrzeć powinna była od razu — na te same alabastrowe dłonie, które jeszcze kilka dni temu ostrożnie podawały jej w lesie gałązki do powąchania, czule, spokojnie, jakby wręczały dziewczynie coś, co kiedyś miało matkę.
Zamrugała, wymuszając źrenice do oswojenia się z naciekami niejednolitego światła; skóra na wnętrzach jego dłoni była zaczerwieniona aż po nadgarstki, miejscami zmarszczona w pęcherze, jakby ktoś trzymał nad ogniem pergamin dopóty, dopóki nie zaczął się zwijać. Nagle wiedziała już, skąd wziął się swąd, który owiał ją w progu, i wiedza ta zsunęła się w nią jak zimny kamień połknięty w pośpiechu.
Jej uwadze nie uszła również leżała stara księga leżąca na skraju stołu, przykryta cieniem jak pogrzebowym całunem. Cyrylica na kartach była wyblakła do koloru herbacianych fusów, a brzegi stron skurczyły się i sczerniały, podobne do liścia, którego jesienna gleba obgryzła od krawędzi. Tuż obok, zrolowana do połowy, czerniała wiklinowa mata o równym splocie. Septima znała ten zapach. Mocny, gorzkawy, schowany pod swądem skóry.
Tarnina. Krzew, który słodził owoce dopiero wtedy, gdy mróz pokąsa je do kości. Drewno, któremu nie wystarczy dłoń, bo żąda ofiary, zanim odda się w całości. Ojciec sprzedawał tarninowe różdżki aurorom. Nie każdy jednak aurorem pozostawał na całe życie. Ta myśl zawisła w niej niedokończona, a wzrok, nie mając się czego uchwycić, ześlizgnął się z maty na rzędy ponumerowanych blaszek.
Miała wrażenie, że podobną układankę już kiedyś widziała. Kilkanaście lat temu, w noc po drugim rodzinnym pogrzebie, wysypała z maminego koszyka wszystkie szpilki i układała je zaciekle na parapecie według długości, burząc wściekle rząd przy każdym drgnięciu którejś z nich i zaczynając od nowa, aż szyba posiniała od świtu. Nie pamiętała o tym aż do teraz. Wspomnienie i Savaša łączyło pozornie niewiele, ale w tamtej właśnie chwili uświadomiła sobie, że widziała już tak szaleńczą rozpacz, tylko że oglądała ją z wnętrza własnej czaszki. 
Napatrzyła się dość. Oderwała się od framugi i przeszła przez pokój omijając rzędy sprężyn oraz blaszek. Przystanęła tuż przy jego krześle, rąbkiem rozmokniętego chłodem płaszcza ocierając się o jego kolana. Niedbale ściągnęła z siebie okrycie i ujęła go za nadgarstki, w miejscu ponad oparzeniami, gdzie skóra pozostała gładka i nietknięta. Zamknęła na nich palce ostrożnie, jakby podnosiła z ziemi wystraszone pisklęta wypadłe z matczynego gniazda.
Potem wyłuskała z jego garści maleńką część mechanizmu i odłożyła ją na blat, nie zważając, gdzie, choć pewnie było dla niej przewidziane jakieś miejsce i jakaś cyfra.
— Czas nie istnieje. Ktoś kiedyś pomyślał jak długa ma być sekunda, a potem zaczęliśmy budować czasomierze na jedną modłę — przemówiła cichym, łagodnym głosem, którego zarzewia szukała długo w sobie, najpewniej w strachu co jeszcze tam odnajdzie. Może nie tego od niej wymagał, może nie powinna była się wcale odzywać. Ale kiedy był ostatni raz, gdy ktoś wołał po nią w samym środku nocy? Wołał po jej obecność, którą jak sama sądziła, była większości raczej zbędna w swej niezręcznej naturze. 
Objęła go czule, chłopięcą głowę przyciskając sobie do piersi. Nie oddał jej żadnego ciepła, owiała ją za to znajoma woń ciała, które już kiedyś odeszło. Jeszcze rok temu cofnęłaby się na sam jego nieludzki ślad; teraz oparła rozpalony policzek o jego włosy czując, jak coś topornego w niej mięknie i układa się wygodnie. A potem oddycha z ulgą.
— Jak mam ci pomóc? Powiedz mi — szept, jaki z siebie wydała, ociekał utrapieniem a nuta wesołości, którą usiłowała w nim przemycić, zabrzęczała fałszywie, jak dzwoneczek przyszyty do żałobnej chusty. Wplątała palce w rude pukle, troskliwie wyczesując splątane strąki. Był to piękny kolor, stwierdziła, bo pomimo swojej matowości, przypominał jej korale jarzębiny po pierwszym przymrozku, takie pociemniałe i zmarszczone, a jednak wciąż najczerwieńsze i najżywsze barwą ze wszystkiego, co zostało w krajobrazie wokoło.
Zerknęła z powrotem na podłogową układankę, czując obezwładniającą bezradność wobec mechanizmu, który potrafiłaby złożyć z powrotem po omacku, gdyby tylko wiedziała, że to cokolwiek naprawi.
— Czy ty… — zawahała się, a słowa stanęły jej cierniem w krtani jak uparta drzazga. Czy powinna była się odzywać? A może więcej otuchy dałaby mu cisza?
Tylko, że cisza nie odpowiadała. Cisza nie naprawiała. Wypchnęła zatem zalegające słowa szeptem, prosto w chruśniak jego czupryny — dlaczego chcesz zatrzymać czas?
Dostrzegła w tym gorzki paradoks. W ramionach trzymała młodego człowieka, który wydawał się zyskać lata nieodliczone przez żaden mechanizm, tyle ich, że wystarczyłoby na kilka ludzkich żywotów.
Ktoś mu kiedyś zabrał tę jedną, zwykłą miarę, a w zamian dał nową, bez żadnego dna i to właśnie on siedział teraz nad rozprutym zegarem, próbując przytrzymać wskazówki gołymi, poparzonymi palcami.
— Mam to naprawić?
A ona, z sercem tłukącym się pod niespokojną piersią, chętnie popchnęłaby wskazówki do przodu, byle tylko takie noce jak ta skończyły się wcześniej. Zanim do nich przywyknie, nadając im rodzime imiona.
Nie wypuszczając go z objęcia, zaczęła kołysać ich oboje w przód i w tył, tak miękko, że krzesło pod nim nawet nie skrzypnęło.
Przypominające łuski zeskrobane z ryby, połyskujące blaszki, mrugały do niej złowrogo. Ale Septima nie odwracała od nich wzroku, czujnie obserwując jak strażnik, którego nikt nigdy na nic nie wyznaczył.


Kocham drewno i duże bicepsy.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Savaš Gregorovitch (3371), Septima Ollivander (2994)




Wiadomości w tym wątku
[27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór - przez Savaš Gregorovitch - 20.09.2026, 18:53
RE: [27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór - przez Septima Ollivander - 05.10.2026, 21:02
RE: [27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór - przez Savaš Gregorovitch - 02.11.2026, 17:52
RE: [27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór - przez Septima Ollivander - 02.11.2026, 22:17
RE: [27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór - przez Septima Ollivander - Wczoraj, 23:33
RE: [27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór - przez Savaš Gregorovitch - 04.11.2026, 19:17

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa