• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[27.10.1972] In my criminal countryside era | Benjy, Prue

[27.10.1972] In my criminal countryside era | Benjy, Prue
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#7
Wczoraj, 00:19  ✶  
Uśmiechnąłem się pod nosem, słuchając jej opinii o nabytych predyspozycjach - właściwie trudno było mi się z nią nie zgodzić, gdy tak to przedstawiała - dobra kondycja rzadko kiedy brała się wyłącznie z genów, nawet jeśli akurat w moim przypadku podejrzewałem, że dostałem od natury całkiem przyzwoity pakiet startowy, który później konsekwentnie wykorzystywałem w sposób mogący budzić zastrzeżenia osób odpowiedzialnych za moje bezpieczeństwo. Faktycznie, trochę rzeczy otrzymałem w spadku po przodkach, nie dało się tego nie zauważyć, ale akurat skłonność do pakowania się w kłopoty mogła być równie dobrze wynikiem wyjątkowo kiepskiego wychowania, reszta natomiast przychodziła z czasem, z nabywanym doświadczeniem i z kilkoma mniej przyjemnymi lekcjami, których raczej nie polecałbym nikomu jako sposobu na poprawianie kondycji. Prudence miała natomiast własne doświadczenia, własną pracę i zupełnie inny zestaw codziennych obowiązków, więc porównywanie nas pod względem sprawności fizycznej wydawało mi się odrobinę nieuczciwe - oczywiście nie zamierzałem jej tego mówić, bo jeszcze gotowa byłaby uznać, że próbowałem ją pocieszać, czego oboje zdecydowanie nie potrzebowaliśmy.
- Zgoda. Chociasz pamiętaj, sze w moim pszypadku tludno ustaliś, gdzie kończy się genetyka, a zaczyna zwyczajny blak instynktu samozachowawczego. - Zerknąłem na nią spod brwi, zupełnie bez żadnych ceregieli przyznając się do tego faktu, wyraźnie za to rozbawiony. Rzeczywiście, sporo zawdzięczałem praktyce, choć nie zamierzałem wdawać się w szczegóły dotyczące wszystkich sytuacji, w których musiałem nauczyć się szybko biegać albo znikać. - Mogę cię jednak pocieszyś, sze pakowanie się w kłopoty tesz da się wyćwiczyś. Jak na moje, masz jusz całkiem niezłe podstawy, wystalszy tlochę plaktyki. - To mówiąc, spojrzałem na najbliższy fragment pobocza, jakbym rzeczywiście rozważał znalezienie odpowiednio wygodnego miejsca do odegrania sceny wielkiego wyczerpania, po czym pokręciłem głową. Nie wspominałem już nawet o wszystkich okazjach, kiedy musiałem ratować własną skórę, bo uznałem, że miała wystarczająco dużo materiału do wyciągania ze mnie informacji na temat moich wątpliwych przygód.
- Bzdula. Skąd w ogóle ten pomysł? - Nie mogłem się z nią zgodzić, choćby tylko dlatego, że pamięć podsuwała mi zupełnie inne argumenty odnośnie tego, w jaki sposób prezentowała się, gdy była zmęczona.
Nie uszło mojej uwadze, że wspomniała o tym, iż wolałaby wybierać sobie rodzaj aktywności fizycznej, byłem całkiem gotów przyjąć tę propozycję, szczególnie że miałem kilka pomysłów, które nie wymagały ani specjalistycznego sprzętu, ani opuszczania domu.
- Jestem elastycznym instluktolem, Sunny. Potlafię dostosowaś ploglam do indywidualnych potszeb. Nawet tych balso szczególnych. - Spojrzałem na nią z odpowiednio niewinnym zainteresowaniem, choć drżący kącik ust zdradzał, że doskonale wiedziałem, dokąd zmierzały te słowa.
Zerknąłem jeszcze raz w stronę sadów owocowych, kiedy wspomniała o dumie Abbottów, trudno było mi zaprzeczyć, że ich jabłka zasługiwały na szczególną uwagę, nawet jeżeli po dzisiejszym spotkaniu miałem wobec nich kilka zastrzeżeń.
- Wiesz, jak się namyślisz, mosemy kiedyś splóbowaś ustaliś, co dokładnie im zlobili. - Zaproponowałem, bo wciąż nie dawało mi spokoju, w jaki sposób zabezpieczono owoce i czy rzeczywiście wszystkie reagowały na dotyk obcych, Prue najwyraźniej również zaczęła się nad tym zastanawiać, co dostrzegłem po jej krótkim zamyśleniu, nawet jeśli nie zadeklarowała chęci sprawdzania wszystkiego drugi raz na własną rękę. - Bez macania, szesz jasna. Nie zamieszam ponownie wysłuchiwaś oskaszeń o kladziesz s ust Blamleya, szczególnie sze jego słownictwo pozostawiało spolo do szyczenia. - Wzruszyłem ramionami. - Pszysnam jednak, sze jeśli o mnie chodzi, telas jestem ciekaw, czy śliwki tesz mają coś do powiedzenia. Nie skleślałbym tak łatwo tej mosliwości. - Uśmiechnąłem się, poprawiając rękaw kurtki.
Uśmiech przygasł mi odrobinę, kiedy usłyszałem uwagę o tym, jak trudno było jej kiedyś dotrzymywać mi kroku - wiedziałem, że nie mówiła tego bez powodu - Prue nigdy nie należała do osób, które chętnie przyznawały się do trudności, szczególnie przede mną, znałem tę skłonność do zaciskania zębów i udawania, że wszystko przychodziło jej z łatwością, bo sam przez lata postępowałem dokładnie tak samo. Od zawsze miała talent do trafiania w te miejsca, których wolałem nie odsłaniać przed innymi, potrafiła być uparta, złośliwa i irytująco spostrzegawcza, szczególnie wtedy, kiedy próbowałem coś przed nią ukryć. Nie raz zdarzało mi się wychodzić ze spotkania z nią z przekonaniem, że następnym razem zachowam się rozsądniej - oczywiście nigdy mi się to nie udawało - bywało, że nie wiedziałem, dokąd zmierzała ani czego właściwie ode mnie oczekiwała, ale mimo wszystko ruszałem za nią, bo jakoś nigdy nie przychodziło mi do głowy, żeby pozwolić jej odejść samej. Przez długi czas przyjmowałem jej obecność za coś oczywistego, nawet wtedy, kiedy nasze drogi prowadziły w zupełnie różne strony, kiedy każde z nas miało własne powody do dumy, żalu i uporu. Nasza znajomość miała przecież swoje zakręty, czasami tak ostre i zawiłe, że trudno było później ustalić, w którym miejscu właściwie zgubiliśmy drogę. Do pewnego momentu nic nigdy nie przychodziło nam szczególnie łatwo, nawet wtedy, kiedy oboje bardzo się staraliśmy. Bywały między nami okresy, kiedy zwyczajność przychodziła nam z trudem, kiedy potrafiliśmy znaleźć się w jednym pomieszczeniu i nie wiedzieć, co właściwie zrobić z tym, co nas łączyło. Nie brakowało nam okazji do kłótni, nieporozumień ani podejmowania decyzji, których konsekwencje ciągnęły się za nami znacznie dłużej, niż którekolwiek z nas zakładało. Zerknąłem na nią z ukosa, przypominając sobie co najmniej kilka sytuacji, w których jej decyzje kompletnie wytrąciły mnie z równowagi
- Nie zawsze byłem szczególnie łatwym towaszystwem, plawda, Audacia? - Delikatnie trąciłem ją ramieniem. - Nie chciałbym, szebyś odniosła wlaszenie, sze plóbuję zszuciś na ciebie odpowiedzialność za wszystkie moje niefoltunne decyzje, ale odkąd cię poznałem, moje szycie zdecydowanie pszestało byś pszewidywalne. Tak tylko nadmieniam. - Niektóre rzeczy zmieniały się z wiekiem, inne pozostawały dokładnie takie same, miałem na koncie wystarczająco dużo głupich decyzji, żeby nie próbować udawać, że wszystkie nasze problemy brały się wyłącznie z jej uporu, ale nie mogłem sobie darować tego komentarza. Z perspektywy czasu potrafiłem dostrzec, jak wiele rzeczy wtedy przemilczeliśmy, ile niepotrzebnych założeń poczyniliśmy i jak szybko potrafiliśmy zepsuć coś, co przez moment wydawało się całkiem proste.
Przez moment szedłem w milczeniu, myśląc o tym, ile razy w przeszłości byliśmy o krok od porozumienia, tylko po to, żeby za chwilę znowu znaleźć się po przeciwnych stronach. Nie wszystko potrafiłem lub chciałem wtedy naprawić, niektórych rzeczy nie umiałem nawet odpowiednio nazwać.
- Właściwie to powinienem ci podziękowaś. - Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, przypominając sobie tamten konkretny wieczór, którego temat zdążyliśmy już dzisiaj poruszyć. Pomyślałem o Little Hangleton, o kilku godzinach, podczas których wszystko układało się zaskakująco dobrze, zanim zdążyliśmy ponownie skomplikować sobie życie - pamiętałem, jak łatwo przyszło mi wtedy śmiać się z nią i jak bardzo później brakowało mi tej swobody. Nie zamierzałem psuć sobie dzisiejszego popołudnia rozpamiętywaniem tego, co już się wydarzyło, ale nie mogłem też udawać, że tamten wieczór zupełnie nic dla mnie nie znaczył.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (4997), Prudence Fenwick (2250)




Wiadomości w tym wątku
[27.10.1972] In my criminal countryside era | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 30.10.2026, 23:26
RE: [27.10.1972] In my criminal countryside era | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 02.11.2026, 13:45
RE: [27.10.1972] In my criminal countryside era | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 02.11.2026, 14:42
RE: [27.10.1972] In my criminal countryside era | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 02.11.2026, 15:07
RE: [27.10.1972] In my criminal countryside era | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 02.11.2026, 20:18
RE: [27.10.1972] In my criminal countryside era | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 02.11.2026, 20:46
RE: [27.10.1972] In my criminal countryside era | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - Wczoraj, 00:19
RE: [27.10.1972] In my criminal countryside era | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - Wczoraj, 18:07
RE: [27.10.1972] In my criminal countryside era | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 9 godzin(y) temu

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa