Prawdę powiedziawszy, to Victoria była całkiem zmęczona po tym dniu – nie fizycznie, a bardziej właśnie psychicznie. Kwestia tej niefortunnej plotki, w której jedynym ziarnem prawdy było to, że wraz z Atreusem byli w łowienie i odwiedzili Arcykapłana, jakoś wydrenowała z niej siły, tak jak i wszelkie reperkusje z tym związane. Perspektywa zwieńczenia dnia w miły sposób, jakoś poprawiała humor Victorii, tym bardziej, że Christopher nie działał jej na nerwy tak, jak potrafił to robić Atreus, i po prostu wiedziała, że nawet jeśli tylko miałaby słuchać tego, co mówi, to po prostu przy nim odpocznie. Zwróciła uwagę na policzek Chrisa, czy siniak mu zniknął, czy jakoś go zakamuflował, na pewno jednak, tak ogólnie, Rosier prezentował się znacznie lepiej, niż rano. Pewnie wypoczął, kac musiał mu już dawno przejść. Victoria jakoś mimowolnie się na tę myśl usmiechała.
– Robią sobie teraz reklamę na wspomnieniach lata? – tiramisu mimo wszystko kojarzyło się z Włochami, a one z wakacjami, stąd jej skojarzenie, nawet jeśli w jej pamięci miało to pozostać już po prostu wspomnieniem ich randki-niespodzianki z październikowego wieczoru, trochę jednak mniej ponurego niż dzisiejszy. – W listopadzie? Właściwie to tak, przydałby mi się w końcu jakiś urlop – zwłaszcza po tym szaleństwie, które zapanowało w Anglii po Spalonej Nocy. Victoria pracowała wtedy bardzo dużo, przeciągnęło się to również na październik, przez moment zdawało się, że w końcu zrobiło się trochę luźniej w połowie miesiąca, a teraz znowu miala pełne ręce roboty przez zbliżające się Samhain… ale odmówiła pracy jutrzejszego dnia. Nawet ona potrzebowała odpocząć, żeby być sprawna podczas sabatu, skoro spodziewali się ataku… ataku, o którym nie powiedziała Chrisowi, a ten nie miał pojęcia, jak niebezpiecznie będzie za dwa dni… starała się o tym jednak dzisiaj nie myśleć. I go, przynajmniej teraz, nie martwić. – Przydałaby się odskocznia od ciągłych mgieł i deszczu – przyznała mu i uśmiechnęła się delikatnie. – A ty byś chciał? – nie wiedziała, czy pytał ją, bo po prostu chciał poznać jej zdanie i punkt widzenia, czy dlatego, że badał teren, bo sam chciał się gdzieś wybrać i to oznaczało, że mogliby się wybrać razem?
Byli już tak blisko, że Victoria widziała już wejście do restauracji, to tylko kilkanaście… może troszkę więcej kroków, ale to prawie tak, jakby już byli w Zorzy, gdy wtedy usłyszeli ten śmiech.
I czarnowłosa już łapała Chrisa za ramię, by pociągnąć go za sobą, już miała im narzucić bieg, byleby tylko dopadli do drzwi, ale nie zdążyli. Tak naprawdę, to Victoria zdołała jedynie złapać blondyna za ramię, w wtedy właśnie poltergeist ich dopadł. Rozrechotał się jak nigdy, blysnęło, trzasnęło, śmieszny człowieczek wywinął salto w powietrzu i zaraz zaczął odlatywać, zanosząc się śmiechem, że odwinął taki wyborny żart.
Ale to trzaśnięcie… Victoria była przekonana, że dobiegło nie z powietrza, a gdzieś od ich strony. Od jej strony.
Nie, to wcale nie trzaskały szwy jej sukienki, prawda? Dlaczego ten płaszcz wydawał się taki ciasny? I buty…? Zakręciło jej się w głowie, puściła Christophera i zachwiała się, nie umiejąc znaleźć środka ciężkości swojego ciała i po chwili wylądowała na kolanach na bruku, podpierając się dłońmi zimnego kamienia.