– Na Merlina, nie krzycz tak – mruknęła pod nosem, w kontraście do głośności pytania Atreusa. Zerknęła przy tym, czy nie przeszkodziło to w hipnozie Edith, czy mugole się nie rozproszyli i tak dalej. A potem wywróciła oczami. – Mówię prawdę i tylko prawdę, Bulstrode – podkówka nie robiła na niej wrażenia. Miała za dużo do czynienia z rozpieszczonymi Lestrange’ami, kuzynostwem i siostrami, właściwie jedyna osoba, przy której Victoria miękła, to była jej najmłodsza siostra, dwunastoletnia Olivia, będąca teraz w Hogwarcie. I całe szczęście, że tam była – tak sobie myślała Victoria – bo przynajmniej była tam bezpieczniejsza niż wszędzie indziej.
– Nie sądzę. Strzelam, że podczas transportu musiały wypaść, może przesyłają je sowami, a jedna musiała sobie odpocząć po drodze i jej wypadły czy coś – Victoria wzruszyła ramionami, bo akurat miała pojęcie o gatunkach inwazyjnych, a to póki co na to nie wyglądało. – Wolisz, żeby twoja mała sówka była bardziej przywiązana do twojego skrzata niż do ciebie? Pisklak może widzieć w nim swojego rodzica i woleć potem jego… – oczywiście, że go podpuszczała. Spojrzała przy tym kątem oczu w bok, żeby uchwycić, czy miało to odpowiednią reakcję.