9 godzin(y) temu ✶
Nie zamierzałem się z nią spierać w kwestii przewagi genetyki nad doświadczeniem ani innych takich, szczególnie że Prudence miała niestety tę wrodzoną zdolność dostrzegania rzeczy, które sam wolałbym pozostawić bez komentarza, posiadła całkiem spory zasób wiedzy popartej faktami gromadzonymi w archiwum w swojej głowie, zwłaszcza kiedy chodziło o moje zamiłowanie do sprawdzania, gdzie kończyła się granica prawa, bezpieczeństwa, zdrowego rozsądku albo zwykłej przyzwoitości, bo to zdecydowanie wcale nie zmieniło się przez lata, jakie spędziliśmy z osobna. Niektóre z nich przekraczałem z premedytacją, inne odkrywałem dopiero wtedy, gdy coś zaczynało na mnie warczeć, wybuchać albo próbowało odgryźć mi rękę lub mnie opętać i doprowadzić do mojej rychłej zguby - kondycja rzeczywiście mogła być jednym z ubocznych skutków takiego trybu życia, trudno było przez lata pakować się w kłopoty, wychodzić z nich o własnych siłach i nie nabrać przy okazji pewnej wprawy w bieganiu. Zdarzało mi się też walczyć, wspinać, przedzierać przez miejsca, w których nawet porządnie utrzymana szutrowa ścieżka stanowiła luksus, więc miałem nad nią pewną przewagę, nie zamierzałem jednak robić z tego powodu wykładu o zaletach aktywności fizycznej, tym bardziej że sam nie należałem do osób, które zaczynały dzień od rozgrzewki oraz szklanki wody z pieprzem cayenne i cytryną. Poza tym niektóre z moich osiągnięć wymagały naprawdę niewielkiego wysiłku, wystarczyło znaleźć się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze, reszta zwykle robiła się sama - zazwyczaj los prędzej czy później sam znajdował sposób, żeby zmusić mnie do ruchu, tak jak choćby dzisiaj.
Ostatecznie oboje skończyliśmy na ucieczce przed owocami, które miały zdecydowanie zbyt wiele do powiedzenia w sprawie własnej nietykalności, toteż deklaracja, że wolałaby nie uczyć się podobnych zachowań, spotkała się z moim zupełnie nieskrywanym rozbawieniem. Znałem ją wystarczająco długo, żeby wiedzieć, jak niewiele trzeba było, by rozsądna Prudence Madison Fenwick née Bletchley zaczęła rozważać pomysł, który jeszcze chwilę wcześniej uznałaby za niedopuszczalny - nie musiałem jej specjalnie namawiać, wystarczyło czasem rzucić uwagę, spojrzeć na nią w odpowiednim momencie albo samemu zrobić coś, co uruchamiało w niej tę część osobowości, którą na co dzień trzymała pod bardzo staranną kontrolą.
- Oczywiście. Nie chciałbym pszeciesz demolalizowaś własnej sony. To byłoby wyjątkowo nieodpowiedzialne s mojej stlony, zwłaszcza sze najwylaśniej doskonale lasi sobie s tym sama. - Przechyliłem lekko głowę, przyglądając się jej z udawaną oceną. - Mogę za to obiecaś, sze będę pilnował, szebyś nie lobiła niczego, czego sam wcześniej nie splawdziłem. W mialę mosliwości. No. Nie chciałbym składaś obietnic, któlych nie będę w stanie dotszymaś. - Jasne było, że nie zamierzałem namawiać mojej żony do podobnych treningów odbywanych na co dzień, skoro sama nie miała na to ochoty, lecz nie mogłem zaprzeczyć, że jej spontaniczne pomysły należały do moich ulubionych niespodzianek. Przez większość czasu sprawiała bowiem wrażenie osoby, która miała wszystko dokładnie przemyślane, potrafiła przewidzieć kilka możliwych następstw jednej decyzji i jeszcze znaleźć powód, żeby odrzucić te najmniej rozsądne, wystarczyło jednak, że znaleźliśmy się razem we właściwym miejscu i czasie, żeby cała ta starannie wypracowana ostrożność zaczynała mieć pewne wyjątki od reguły. Nie uważałem się za szczególnie dobry wpływ, zresztą nigdy nie miałem powodu, żeby się za takiego podawać, zawsze jednak podobało mi się, że potrafiła od czasu do czasu zapomnieć o wszystkich zasadach, które sama sobie narzucała, nawet jeśli później musieliśmy wspólnie mierzyć się z konsekwencjami.
Zatrzymałem na niej spojrzenie, pozwalając sobie na chwilę namysłu, chociaż odpowiedź miałem właściwie gotową, ponieważ ambicja Prudence Bletchley była jedną z tych cech, które swego czasu potrafiłem podziwiać i przeklinać zależnie od okoliczności, szczególnie kiedy zaczynała traktować własne niedoskonałości jak osobisty projekt do natychmiastowej poprawy. Nie zamierzałem odbierać Prue satysfakcji z samodzielnego wyciągania wniosków, ale w tym przypadku chyba należało nieco skorygować obrany przez nią kierunek - była w tym konsekwentna, potrafiła być wobec siebie wymagająca do granic absurdu, szczególnie gdy coś nie wychodziło jej tak dobrze, jak sobie zaplanowała, musiałem jej to przyznać, ale akurat teraz jej logika prowadziła ją w stronę dość niefortunnych porównań - porównywała długość naszych nóg, wydolność i zdolność do pokonywania większych odległości, podczas gdy ja miałem w pamięci całkiem sporo innych okoliczności, w których jej możliwości prezentowały się wyjątkowo przekonująco, znacznie bardziej niż moje do przebiegnięcia kilkunastu dodatkowych metrów. Niektóre z nich oglądałem z bardzo bliska, inne wymagały ode mnie znacznie większego zaangażowania niż zwykły spacer po sadzie i wciąż potrafiłem wymienić kilka powodów, dla których nie miałbym nic przeciwko powtórce. Miałem wystarczająco dużo wspomnień, by wiedzieć, że nie potrzebowała mojej aprobaty po każdym przebiegniętym kawałku drogi, ale mogłem jej przypomnieć, że nie wszystkie jej atuty dało się zmierzyć czasem i oddechem.
- Słoneczko, nie doceniasz swoich pledysposysji. - Przesunąłem spojrzeniem po jej sylwetce, nie próbując nawet udawać, że chodziło mi wyłącznie o kwestie sportowe. - Mógłbym ci pszypomnieś, sze widziałem cię w stanie, w któlym sama mogłabyś mieś ploblem s losposnaniem siebie i zapewniam, sze wyglądałaś wtedy doskonale, ale nie o to mi chodzi. - Mogłem jej nawet przyznać rację, gdybyśmy rozmawiali o przygotowaniu do maratonu albo o regularnych ćwiczeniach, ale nie taki był mój zamysł. - Bieganie jest zlesztą dość nudnym klytelium. Masz jeszcze inne mosliwości. I nie mówię o umiejętności wyplowadzania mnie s lównowagi, choś tę opanowałaś niemal do pelfeksji. - Spojrzałem na nią wymownie, ale nie zdradziłem niczego więcej, nawet jeśli miałem na ten temat całkiem konkretne zdanie.
- Nie wiem, czy zasługuję na asz tyle pochwał, ale skolo nalegasz… - Wypuściłem powietrze nosem, nie miałem zamiaru udawać skromności, bo takowa nigdy nie należała do moich najmocniejszych stron, szczególnie w naszej relacji. - Małszeństwo ze mną to właściwie niekończący się ciąg koszyści. Czasami sam się zastanawiam, jakim cudem udało mi się zglomadziś tyle posządanych cech w jednym śmieltelnym ciele. - Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, powstrzymując uśmiech, który z każdą sekundą coraz trudniej było mi ukrywać. Wiedziałem, że bezczelnie się ze mnie nabijała, ale nie przeszkadzało mi to - nie uważałem się za szczególnie uzdolnionego, po prostu nie lubiłem być zależny od cudzej pomocy, zwłaszcza kiedy mogłem coś zrobić własnymi rękami - naprawianie, szycie ran, majsterkowanie, gotowanie, rozpoznawanie podejrzanych przedmiotów i rozbrajanie czegoś, co z pozoru wyglądało na nieszkodliwy bibelot, należały do tej samej kategorii umiejętności, które zdobywało się z czystej praktyki, zazwyczaj niestety przy okazji zyskania kilku niepotrzebnych obrażeń. Niektóre umiejętności przychodziły z czasem, inne z potrzeby uniknięcia kolejnego wydatku albo konieczności tłumaczenia komuś, dlaczego znowu coś zepsułem. W moim przypadku ta kwestia przybierała dość osobliwą postać, bo potrafiłem przez pół dnia naprawiać coś, co można było załatwić jednym zaklęciem, wyłącznie dlatego, że uznałem, iż powinienem móc zrobić to sam. Przez długi czas nie miałem nikogo, kto mógłby przejąć ode mnie choćby część obowiązków, więc albo radziłem sobie sam, albo zostawałem z problemem na głowie, i nawet jeśli teraz to się zmieniło, trudno było mi całkiem wyplenić pewne przyzwyczajenie do niezależności. Nie zamierzałem obiecywać jej, że odtąd wszystko miało być proste - znała mnie zresztą wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że byłaby to obietnica bez pokrycia - nadal miałem swoje przyzwyczajenia, pracę, która potrafiła zaprowadzić mnie w miejsca, do których rozsądniej byłoby się nie zbliżać, a także skłonność do pakowania się w kłopoty, kiedy tylko pojawiała się okazja. Wiedziałem jednak, że nie musiałem już podejmować każdej decyzji w pojedynkę, ani zakładać, że milczenie rozwiąże problem, mogłem jej powiedzieć, co się działo, pozwolić jej ocenić sytuację i wysłuchać tego, co miała do powiedzenia, nawet jeśli nie zawsze miała ochotę przytakiwać moim pomysłom.
Nie miałem jednak zamiaru opowiadać jej teraz całej historii swojego rzekomego samodoskonalenia, skoro znacznie ciekawszy temat pojawił się praktycznie sam, w momencie, gdy zaczęliśmy rozważać możliwość zdobycia próbki zaczarowanego owocu. Zatrzymałem na niej spojrzenie, a potem przeniosłem je na drogę przed nami i potarłem kciukiem dolną wargę. Oczywiście żartowałem, choć tylko częściowo, Prue miała rację kolejny raz dzisiaj.
- Moglibyśmy wylewitowaś małą jabłonkę. Taką w doniczce czy wolku ploduksyjnym. Bes dotykania. - Powiedziałem to z taką swobodą, jakbym proponował zakup kilku doniczek do ogrodu, bo właściwie całkiem podobał mi się ten pomysł. Wystarczyłaby młoda sadzonka, najlepiej taka, która jeszcze nie zdążyła wykształcić owoców, zarzucilibyśmy na nią worek i przewieźlibyśmy ją do domu, gdzie posadzilibyśmy ją gdzieś za warsztatem i moglibyśmy obserwować, co się wydarzy.
Nie miałem pojęcia, czy drzewa Abbottów były zabezpieczone w ten sam sposób, co ich owoce, ale podejrzewałem, że mogli poświęcać podobną uwagę całemu gospodarstwu, ich nazwisko nie wzięło się przecież znikąd, a rodzinne uprawy od dawna stanowiły część ich reputacji. Jeśli ktoś wkładał tyle pracy w utrzymanie sadu, musiał też zadbać o to, żeby nikt niepowołany nie wynosił z niego plonów, sadzonek ani czegokolwiek, co mogło posłużyć do odtworzenia ich metod. Z drugiej strony, im więcej zabezpieczeń, tym ciekawsze stawało się ustalenie, jak właściwie działały, nie zamierzałem jednak ponownie ryzykować wrzasków dobiegających z każdej strony, przynajmniej nie tego samego wieczoru.
- Masz lasję, pewnie dbają o wszystkie lośliny. Co oznacza, sze jeśli udałoby nam się zdobyś sadzonkę, mielibyśmy okazję splawdziś, czy zaklęcia przechodzą na nią jusz na wczesnym etapie wzlostu… - Dorzuciłem, tak naprawdę niespecjalnie się nad tym zamyślając, bo wtedy do moich uszu dotarł wyjątkowo trafny komentarz.
Zerknąłem na nią ponownie, kiedy określiła mnie mianem kutasa - nie mogłem nawet zaprzeczyć, choć przez wzgląd na własną reputację zapewne powinienem był przynajmniej spróbować - w przeszłości zdecydowanie zbyt często zdarzało mi się zachowywać w sposób, który nie pozostawiał zbyt wiele miejsca na łagodniejsze określenia. Nie miałem zamiaru udawać, że nasza przeszłość składała się wyłącznie z uroczych sprzeczek oraz niewinnych żartów. Zdarzało mi się mówić rzeczy, których później żałowałem, choć - oczywiście - nie zawsze potrafiłem przyznać się do tego w odpowiednim momencie, Prue również nie należała do osób, które zamierzały ustępować tylko po to, żeby zachować święty spokój. Czasami wystarczało jedno zdanie, żebyśmy oboje zapomnieli, od czego zaczęła się kłótnia i skupili się wyłącznie na tym, kto zdoła dotkliwiej odpowiedzieć drugiemu.
- Ach, czyszby? - Parsknąłem śmiechem, bo trudno było mi znaleźć argument, który mógłby skutecznie podważyć tę ocenę, zwłaszcza że sam wielokrotnie dochodziłem do podobnych wniosków. Miałem swoje powody, miałem też wystarczająco dużo okazji, żeby zachować się lepiej, niż zachowywałem się w przeszłości, nie zawsze z nich korzystałem. Byłem uparty, niecierpliwy, czasami zbyt pewny siebie i niepotrzebnie okrutny, potrafiłem też powiedzieć coś, czego później nie dało się cofnąć, nawet jeśli dopiero po czasie docierało do mnie, jak mocno mogłem ją tym zranić. Zdarzało mi się też zachowywać tak, jakby wszystko można było załatwić żartem, zuchwałością albo kolejną próbą odwrócenia uwagi od sprawy, której nie chciałem poruszać. Prudence znała te wszystkie sztuczki, znała również mnie, co w pewnych okresach naszego życia musiało być dla niej wyjątkowo niewdzięcznym doświadczeniem.
- „Bywały”? - Powiedziałem, „dobre sobie”, mogłem się z nią spierać dla samej przyjemności prowadzenia kolejnej słownej przepychanki, ale akurat w tym przypadku trudno byłoby mi znaleźć argumenty na swoją korzyść. - Doceniam dyplomację. Znam kilka osób, któle uszyłyby w tym miejscu znacznie mniej eleganckiego okleślenia. - Nie było w tym przesadnej pokory, nie uważałem się również za osobę, która powinna teraz nagle udawać, że wszystko robiła dobrze - wiedziałem, ile razy utrudniałem jej życie, ile razy zostawiałem ją z pytaniami, na które powinienem odpowiedzieć wcześniej, i jak często własnym uporem doprowadzałem sprawy do punktu zapalnego, „bo byłem kutasem”.
- Domyślam się. Czasami miałem wlaszenie, sze niezalesznie od tego, co powiem albo zlobię, i tak nie znajdę właściwego sposobu, szeby do ciebie dotsześ. - Wzruszyłem lekko ramionami. - Nie byłem szczególnie dobly w takich splawach. Fakt. Właściwie nadal nie jestem, ale pszynajmniej telas mogę legalnie cię pocałowaś, zamiast zastanawiaś się pszes tszy dni, czy powinienem napisaś list s pszeplosinami, czy mosze jednak pójść w pasywno-aglesywną poezję. - Uśmiechnąłem się krzywo, bo jej pytanie przypomniało mi, jak wiele rzeczy potrafiliśmy sobie wzajemnie utrudnić, nawet kiedy intencje mieliśmy całkiem dobre.
- Kuszące, ale nie. Za to akulat nie muszę ci dziękowaś, bo lobisz to intelesownie i s imponującą legulalnością. - Zauważyłem. - Widzisz, właśnie dlatego nie powinnaś mi pszelywaś, kiedy plóbuję powiedzieś coś konstluktywnego. Od lasu szukasz sposobu, szeby oblóciś to pszeciwko mnie. - Oczywiście, że mógłbym jej podziękować za doprowadzanie mnie do szału, ale obawiałem się, że wówczas musiałbym również przyznać, iż przez lata całkiem dobrze radziła sobie z tym zadaniem, niekiedy nawet bez większego wysiłku, a tego nie zamierzałem obecnie robić, bo pierwotnie naprawdę chciałem docenić coś, co było dla mnie ważne. Nie byłem szczególnie skłonny do podobnych wyznań, przynajmniej nie bez okazji, ale czasami dobrze było powiedzieć coś wprost, zamiast kolejny raz obracać wszystko w żart, tyle tylko, że teraz już po prostu musiałem to zrobić. - Popsułaś naszą podniosłą chwilę. Telas nic ci jusz nie powiem. - Oznajmiłem, postarawszy się przybrać dokładnie ten ton, jakiego mogłaby się spodziewać przy podobnych słowach jeszcze kilkanaście lat wcześniej opuszczających moje usta, nawet jeśli już od dawna oboje nie byliśmy tamtymi niemożliwymi ludźmi.
Ostatecznie oboje skończyliśmy na ucieczce przed owocami, które miały zdecydowanie zbyt wiele do powiedzenia w sprawie własnej nietykalności, toteż deklaracja, że wolałaby nie uczyć się podobnych zachowań, spotkała się z moim zupełnie nieskrywanym rozbawieniem. Znałem ją wystarczająco długo, żeby wiedzieć, jak niewiele trzeba było, by rozsądna Prudence Madison Fenwick née Bletchley zaczęła rozważać pomysł, który jeszcze chwilę wcześniej uznałaby za niedopuszczalny - nie musiałem jej specjalnie namawiać, wystarczyło czasem rzucić uwagę, spojrzeć na nią w odpowiednim momencie albo samemu zrobić coś, co uruchamiało w niej tę część osobowości, którą na co dzień trzymała pod bardzo staranną kontrolą.
- Oczywiście. Nie chciałbym pszeciesz demolalizowaś własnej sony. To byłoby wyjątkowo nieodpowiedzialne s mojej stlony, zwłaszcza sze najwylaśniej doskonale lasi sobie s tym sama. - Przechyliłem lekko głowę, przyglądając się jej z udawaną oceną. - Mogę za to obiecaś, sze będę pilnował, szebyś nie lobiła niczego, czego sam wcześniej nie splawdziłem. W mialę mosliwości. No. Nie chciałbym składaś obietnic, któlych nie będę w stanie dotszymaś. - Jasne było, że nie zamierzałem namawiać mojej żony do podobnych treningów odbywanych na co dzień, skoro sama nie miała na to ochoty, lecz nie mogłem zaprzeczyć, że jej spontaniczne pomysły należały do moich ulubionych niespodzianek. Przez większość czasu sprawiała bowiem wrażenie osoby, która miała wszystko dokładnie przemyślane, potrafiła przewidzieć kilka możliwych następstw jednej decyzji i jeszcze znaleźć powód, żeby odrzucić te najmniej rozsądne, wystarczyło jednak, że znaleźliśmy się razem we właściwym miejscu i czasie, żeby cała ta starannie wypracowana ostrożność zaczynała mieć pewne wyjątki od reguły. Nie uważałem się za szczególnie dobry wpływ, zresztą nigdy nie miałem powodu, żeby się za takiego podawać, zawsze jednak podobało mi się, że potrafiła od czasu do czasu zapomnieć o wszystkich zasadach, które sama sobie narzucała, nawet jeśli później musieliśmy wspólnie mierzyć się z konsekwencjami.
Zatrzymałem na niej spojrzenie, pozwalając sobie na chwilę namysłu, chociaż odpowiedź miałem właściwie gotową, ponieważ ambicja Prudence Bletchley była jedną z tych cech, które swego czasu potrafiłem podziwiać i przeklinać zależnie od okoliczności, szczególnie kiedy zaczynała traktować własne niedoskonałości jak osobisty projekt do natychmiastowej poprawy. Nie zamierzałem odbierać Prue satysfakcji z samodzielnego wyciągania wniosków, ale w tym przypadku chyba należało nieco skorygować obrany przez nią kierunek - była w tym konsekwentna, potrafiła być wobec siebie wymagająca do granic absurdu, szczególnie gdy coś nie wychodziło jej tak dobrze, jak sobie zaplanowała, musiałem jej to przyznać, ale akurat teraz jej logika prowadziła ją w stronę dość niefortunnych porównań - porównywała długość naszych nóg, wydolność i zdolność do pokonywania większych odległości, podczas gdy ja miałem w pamięci całkiem sporo innych okoliczności, w których jej możliwości prezentowały się wyjątkowo przekonująco, znacznie bardziej niż moje do przebiegnięcia kilkunastu dodatkowych metrów. Niektóre z nich oglądałem z bardzo bliska, inne wymagały ode mnie znacznie większego zaangażowania niż zwykły spacer po sadzie i wciąż potrafiłem wymienić kilka powodów, dla których nie miałbym nic przeciwko powtórce. Miałem wystarczająco dużo wspomnień, by wiedzieć, że nie potrzebowała mojej aprobaty po każdym przebiegniętym kawałku drogi, ale mogłem jej przypomnieć, że nie wszystkie jej atuty dało się zmierzyć czasem i oddechem.
- Słoneczko, nie doceniasz swoich pledysposysji. - Przesunąłem spojrzeniem po jej sylwetce, nie próbując nawet udawać, że chodziło mi wyłącznie o kwestie sportowe. - Mógłbym ci pszypomnieś, sze widziałem cię w stanie, w któlym sama mogłabyś mieś ploblem s losposnaniem siebie i zapewniam, sze wyglądałaś wtedy doskonale, ale nie o to mi chodzi. - Mogłem jej nawet przyznać rację, gdybyśmy rozmawiali o przygotowaniu do maratonu albo o regularnych ćwiczeniach, ale nie taki był mój zamysł. - Bieganie jest zlesztą dość nudnym klytelium. Masz jeszcze inne mosliwości. I nie mówię o umiejętności wyplowadzania mnie s lównowagi, choś tę opanowałaś niemal do pelfeksji. - Spojrzałem na nią wymownie, ale nie zdradziłem niczego więcej, nawet jeśli miałem na ten temat całkiem konkretne zdanie.
- Nie wiem, czy zasługuję na asz tyle pochwał, ale skolo nalegasz… - Wypuściłem powietrze nosem, nie miałem zamiaru udawać skromności, bo takowa nigdy nie należała do moich najmocniejszych stron, szczególnie w naszej relacji. - Małszeństwo ze mną to właściwie niekończący się ciąg koszyści. Czasami sam się zastanawiam, jakim cudem udało mi się zglomadziś tyle posządanych cech w jednym śmieltelnym ciele. - Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, powstrzymując uśmiech, który z każdą sekundą coraz trudniej było mi ukrywać. Wiedziałem, że bezczelnie się ze mnie nabijała, ale nie przeszkadzało mi to - nie uważałem się za szczególnie uzdolnionego, po prostu nie lubiłem być zależny od cudzej pomocy, zwłaszcza kiedy mogłem coś zrobić własnymi rękami - naprawianie, szycie ran, majsterkowanie, gotowanie, rozpoznawanie podejrzanych przedmiotów i rozbrajanie czegoś, co z pozoru wyglądało na nieszkodliwy bibelot, należały do tej samej kategorii umiejętności, które zdobywało się z czystej praktyki, zazwyczaj niestety przy okazji zyskania kilku niepotrzebnych obrażeń. Niektóre umiejętności przychodziły z czasem, inne z potrzeby uniknięcia kolejnego wydatku albo konieczności tłumaczenia komuś, dlaczego znowu coś zepsułem. W moim przypadku ta kwestia przybierała dość osobliwą postać, bo potrafiłem przez pół dnia naprawiać coś, co można było załatwić jednym zaklęciem, wyłącznie dlatego, że uznałem, iż powinienem móc zrobić to sam. Przez długi czas nie miałem nikogo, kto mógłby przejąć ode mnie choćby część obowiązków, więc albo radziłem sobie sam, albo zostawałem z problemem na głowie, i nawet jeśli teraz to się zmieniło, trudno było mi całkiem wyplenić pewne przyzwyczajenie do niezależności. Nie zamierzałem obiecywać jej, że odtąd wszystko miało być proste - znała mnie zresztą wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że byłaby to obietnica bez pokrycia - nadal miałem swoje przyzwyczajenia, pracę, która potrafiła zaprowadzić mnie w miejsca, do których rozsądniej byłoby się nie zbliżać, a także skłonność do pakowania się w kłopoty, kiedy tylko pojawiała się okazja. Wiedziałem jednak, że nie musiałem już podejmować każdej decyzji w pojedynkę, ani zakładać, że milczenie rozwiąże problem, mogłem jej powiedzieć, co się działo, pozwolić jej ocenić sytuację i wysłuchać tego, co miała do powiedzenia, nawet jeśli nie zawsze miała ochotę przytakiwać moim pomysłom.
Nie miałem jednak zamiaru opowiadać jej teraz całej historii swojego rzekomego samodoskonalenia, skoro znacznie ciekawszy temat pojawił się praktycznie sam, w momencie, gdy zaczęliśmy rozważać możliwość zdobycia próbki zaczarowanego owocu. Zatrzymałem na niej spojrzenie, a potem przeniosłem je na drogę przed nami i potarłem kciukiem dolną wargę. Oczywiście żartowałem, choć tylko częściowo, Prue miała rację kolejny raz dzisiaj.
- Moglibyśmy wylewitowaś małą jabłonkę. Taką w doniczce czy wolku ploduksyjnym. Bes dotykania. - Powiedziałem to z taką swobodą, jakbym proponował zakup kilku doniczek do ogrodu, bo właściwie całkiem podobał mi się ten pomysł. Wystarczyłaby młoda sadzonka, najlepiej taka, która jeszcze nie zdążyła wykształcić owoców, zarzucilibyśmy na nią worek i przewieźlibyśmy ją do domu, gdzie posadzilibyśmy ją gdzieś za warsztatem i moglibyśmy obserwować, co się wydarzy.
Nie miałem pojęcia, czy drzewa Abbottów były zabezpieczone w ten sam sposób, co ich owoce, ale podejrzewałem, że mogli poświęcać podobną uwagę całemu gospodarstwu, ich nazwisko nie wzięło się przecież znikąd, a rodzinne uprawy od dawna stanowiły część ich reputacji. Jeśli ktoś wkładał tyle pracy w utrzymanie sadu, musiał też zadbać o to, żeby nikt niepowołany nie wynosił z niego plonów, sadzonek ani czegokolwiek, co mogło posłużyć do odtworzenia ich metod. Z drugiej strony, im więcej zabezpieczeń, tym ciekawsze stawało się ustalenie, jak właściwie działały, nie zamierzałem jednak ponownie ryzykować wrzasków dobiegających z każdej strony, przynajmniej nie tego samego wieczoru.
- Masz lasję, pewnie dbają o wszystkie lośliny. Co oznacza, sze jeśli udałoby nam się zdobyś sadzonkę, mielibyśmy okazję splawdziś, czy zaklęcia przechodzą na nią jusz na wczesnym etapie wzlostu… - Dorzuciłem, tak naprawdę niespecjalnie się nad tym zamyślając, bo wtedy do moich uszu dotarł wyjątkowo trafny komentarz.
Zerknąłem na nią ponownie, kiedy określiła mnie mianem kutasa - nie mogłem nawet zaprzeczyć, choć przez wzgląd na własną reputację zapewne powinienem był przynajmniej spróbować - w przeszłości zdecydowanie zbyt często zdarzało mi się zachowywać w sposób, który nie pozostawiał zbyt wiele miejsca na łagodniejsze określenia. Nie miałem zamiaru udawać, że nasza przeszłość składała się wyłącznie z uroczych sprzeczek oraz niewinnych żartów. Zdarzało mi się mówić rzeczy, których później żałowałem, choć - oczywiście - nie zawsze potrafiłem przyznać się do tego w odpowiednim momencie, Prue również nie należała do osób, które zamierzały ustępować tylko po to, żeby zachować święty spokój. Czasami wystarczało jedno zdanie, żebyśmy oboje zapomnieli, od czego zaczęła się kłótnia i skupili się wyłącznie na tym, kto zdoła dotkliwiej odpowiedzieć drugiemu.
- Ach, czyszby? - Parsknąłem śmiechem, bo trudno było mi znaleźć argument, który mógłby skutecznie podważyć tę ocenę, zwłaszcza że sam wielokrotnie dochodziłem do podobnych wniosków. Miałem swoje powody, miałem też wystarczająco dużo okazji, żeby zachować się lepiej, niż zachowywałem się w przeszłości, nie zawsze z nich korzystałem. Byłem uparty, niecierpliwy, czasami zbyt pewny siebie i niepotrzebnie okrutny, potrafiłem też powiedzieć coś, czego później nie dało się cofnąć, nawet jeśli dopiero po czasie docierało do mnie, jak mocno mogłem ją tym zranić. Zdarzało mi się też zachowywać tak, jakby wszystko można było załatwić żartem, zuchwałością albo kolejną próbą odwrócenia uwagi od sprawy, której nie chciałem poruszać. Prudence znała te wszystkie sztuczki, znała również mnie, co w pewnych okresach naszego życia musiało być dla niej wyjątkowo niewdzięcznym doświadczeniem.
- „Bywały”? - Powiedziałem, „dobre sobie”, mogłem się z nią spierać dla samej przyjemności prowadzenia kolejnej słownej przepychanki, ale akurat w tym przypadku trudno byłoby mi znaleźć argumenty na swoją korzyść. - Doceniam dyplomację. Znam kilka osób, któle uszyłyby w tym miejscu znacznie mniej eleganckiego okleślenia. - Nie było w tym przesadnej pokory, nie uważałem się również za osobę, która powinna teraz nagle udawać, że wszystko robiła dobrze - wiedziałem, ile razy utrudniałem jej życie, ile razy zostawiałem ją z pytaniami, na które powinienem odpowiedzieć wcześniej, i jak często własnym uporem doprowadzałem sprawy do punktu zapalnego, „bo byłem kutasem”.
- Domyślam się. Czasami miałem wlaszenie, sze niezalesznie od tego, co powiem albo zlobię, i tak nie znajdę właściwego sposobu, szeby do ciebie dotsześ. - Wzruszyłem lekko ramionami. - Nie byłem szczególnie dobly w takich splawach. Fakt. Właściwie nadal nie jestem, ale pszynajmniej telas mogę legalnie cię pocałowaś, zamiast zastanawiaś się pszes tszy dni, czy powinienem napisaś list s pszeplosinami, czy mosze jednak pójść w pasywno-aglesywną poezję. - Uśmiechnąłem się krzywo, bo jej pytanie przypomniało mi, jak wiele rzeczy potrafiliśmy sobie wzajemnie utrudnić, nawet kiedy intencje mieliśmy całkiem dobre.
- Kuszące, ale nie. Za to akulat nie muszę ci dziękowaś, bo lobisz to intelesownie i s imponującą legulalnością. - Zauważyłem. - Widzisz, właśnie dlatego nie powinnaś mi pszelywaś, kiedy plóbuję powiedzieś coś konstluktywnego. Od lasu szukasz sposobu, szeby oblóciś to pszeciwko mnie. - Oczywiście, że mógłbym jej podziękować za doprowadzanie mnie do szału, ale obawiałem się, że wówczas musiałbym również przyznać, iż przez lata całkiem dobrze radziła sobie z tym zadaniem, niekiedy nawet bez większego wysiłku, a tego nie zamierzałem obecnie robić, bo pierwotnie naprawdę chciałem docenić coś, co było dla mnie ważne. Nie byłem szczególnie skłonny do podobnych wyznań, przynajmniej nie bez okazji, ale czasami dobrze było powiedzieć coś wprost, zamiast kolejny raz obracać wszystko w żart, tyle tylko, że teraz już po prostu musiałem to zrobić. - Popsułaś naszą podniosłą chwilę. Telas nic ci jusz nie powiem. - Oznajmiłem, postarawszy się przybrać dokładnie ten ton, jakiego mogłaby się spodziewać przy podobnych słowach jeszcze kilkanaście lat wcześniej opuszczających moje usta, nawet jeśli już od dawna oboje nie byliśmy tamtymi niemożliwymi ludźmi.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)