• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Little Hangleton v
1 2 3 4 Dalej »
[27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór

[27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór
Technically Alive
Pod dłutem nie umiera,
tylko zmienia imię.
wiek
20
sława
IV
krew
czysta
genetyka
ghoul
zawód
rzemieślnik
Wygląda jak ktoś, kto zapomniał, że kiedyś żył. Jego skóra ma barwę chłodnego popiołu, a rude włosy, splątane i matowe, płoną w świetle świec jak zgaszona miedź. Twarz szczupła, o ostrych rysach, przypomina bardziej wyrzeźbione drewno niż ludzką tkankę, a duży, wyrazisty nos nadaje jej uporu i charakteru. Oczy ma jasne, blade jak poranny dym, patrzą uważnie, lecz jakby z innego miejsca niż reszta jego ciała. Ruchy są ostrożne, ciche, niemal bezgłośne, jakby bał się, że każdy dźwięk mógłby coś obudzić. Dłonie ma chude, z drobnymi nacięciami, zawsze pachną drewnem, woskiem i kurzem. Ubrany skromnie, w ciemne tkaniny przesiąknięte zapachem warsztatu, wygląda jak cień rzemieślnika, który nigdy nie odszedł z miejsca pracy. W jego postawie jest pokora, ale i ciężar. Nawet w bezruchu widać w nim napięcie, które nie zna ukojenia. Kiedy zaś podnosi wzrok, ma się wrażenie, że widzi więcej, niż ktokolwiek chciałby, by zobaczył.

Savaš Gregorovitch
#5
04.11.2026, 19:17  ✶  

Nie zaprotestował, kiedy Septima ujęła go za nadgarstki. Nie próbował wyrwać dłoni ani upomnieć się o maleńki element mechanizmu, który wyjęła z jego palców i odłożyła na blat, burząc tym samym starannie wyznaczony porządek. Przez moment jego palce zacisnęły się jeszcze odruchowo, jakby wciąż próbował zatrzymać to, co właśnie mu odbierano. Z jego ust wydobyło się kilka niewyraźnych, niemal bezsilnych słów. - Ale jeszcze… Ja muszę… Nie dokończył. Nie było w tym zresztą prawdziwego sprzeciwu, a jedynie nikły odruch wrzuconego w pracoholiczny trans rzemieślnika. Savaš nie umiał stawiać oporu. Nie potrafiłby postawić się nikomu z rodziny, nikomu, kogo darzył zaufaniem lub choćby odrobiną przywiązania. Zbyt łatwo ustępował cudzym gestom i decyzjom, jakby każda próba sprzeciwu niosła ze sobą ryzyko utraty czyjejś przychylności. Przy Septimie nie musiał jednak nawet długo się wahać. Choć jego spojrzenie na moment powędrowało za odłożoną częścią, ostatecznie pozwolił jej robić wszystko, co uznała za słuszne. Nie rozumiał jeszcze, co zamierza, ale instynktownie czuł, że nie chce mu odebrać niczego, czego naprawdę potrzebował. Czuł bardziej, niż wiedział, że chciała dla niego jak najlepiej. A on był już zbyt zmęczony, by dłużej udawać, że sam potrafi o siebie zadbać. Właściwie w całym natłoku emocji zdążył już zapomnieć o własnych rękach. O skrzywdzonej skórze, bolesnych pęcherzach i tym, co sam sobie uczynił na potrzeby przeklętej maty z tarniny. Wszystko to zdawało się należeć do jakiejś odległej części nocy, do wydarzeń, które przeminęły tak dawno, że nie potrafił już nawet przywołać, wiedział jedynie że istniały. Domyślał się jednak, że Septima musiała zauważyć. Trudno było przecież cokolwiek przed nią ukryć, skoro nawet nie przyszło mu do głowy, by spróbować zatrzeć ślady jeszcze przed napisaniem do niej listu. Księga wciąż leżała na stole, mata nie została uprzątnięta, a w powietrzu nadal unosił się ciężki zapach spalenizny. Nie miał już siły przejmować się tym, co mogła sobie pomyśleć. Nie miał siły na wstyd, na wyjaśnienia, na kolejne próby uporządkowania czegoś, co dawno wymknęło mu się spod kontroli. Zresztą sam list wydawał mu się teraz czymś niewiarygodnie odległym. Miał wrażenie, jakby napisał go w zeszłym stuleciu, w zupełnie innym życiu, zanim zdążył przeżyć tę nieznośnie długą noc. Czas stał się dla niego czymś nieuchwytnym i niezwykle okrutnym. Dłużył się niemiłosiernie, rozciągając każdą chwilę do granic wytrzymałości, a jednocześnie przeciekał przez palce jak piasek, którego nie sposób zatrzymać nawet w najmocniej zaciśniętej dłoni. Nie potrafił już określić, ile godzin minęło, ile razy przeliczył te same elementy ani jak długo siedział pochylony nad lampą. Wszystko zlewało się w jedno, ciężkie, duszne wspomnienie, w którym kolejne wydarzenia nakładały się na siebie, odbierając mu poczucie jakiejkolwiek chronologii. I właśnie dlatego, kiedy poczuł na sobie dotyk Septimy, pomyślał z nagłą, niemal bolesną wdzięcznością o Savašu sprzed zaledwie paru godzin. Teraz ta wyczerpana i przerażona kukiełka była wdzięczna tamtemu chłopakowi, który wbrew rozsądkowi uległ tęsknocie i poprosił o pomoc kiedy miał jeszcze na to ostanie okruchy odwagi pod opuszkami.

Dopiero jej dotyk wyrwał go z odrętwienia. Ciepło skóry Septimy, tak odmienne od chłodu, do którego zdążył przywyknąć, dotarło do niego z opóźnieniem, jakby jego ciało potrzebowało chwili, by przypomnieć sobie, czym właściwie jest bliskość drugiego człowieka. Początkowo zesztywniał. Ramiona napięły mu się odruchowo, a palce zastygły w bezruchu. Nie rozumiał do końca, co się wydarzyło. Jego ciało, od dawna pozbawione zwyczajnej wrażliwości, nie potrafiło od razu rozpoznać tej czułości. Przez krótką chwilę zdawało się wręcz przygotowywać do wycofania, do odsunięcia się od czegoś, czego nie znało już dostatecznie dobrze, by przyjąć bez lęku. Ten bezwarunkowy odruch szybko jednak ustąpił. Nie było w Septimie niczego, przed czym musiałby się bronić. Jej dłonie nie żądały od niego żadnego wyjaśnienia, nie próbowały zmusić go do porzucenia strachu ani przywrócić go do porządku brutalnym gestem. Po prostu przy nim były. Powoli rozluźniły się więc napięte mięśnie jego karku i ramion, dotąd gotowe do dalszej, niemal chałupniczej pracy. Opuścił głowę, pozwalając, by objęła go nie tylko jej obecność, ale i ciepło, którego sam nie potrafił już oddać. Po raz pierwszy od wielu godzin nie próbował też z nim walczyć, przyjmował je nieporadnie, z cichym niedowierzaniem.

Rozum powracał do niego powoli, niemal niepostrzeżenie. Paraliżujący strach nie zniknął całkiem, nie rozproszył się nagle pod wpływem kilku czułych gestów, ale po raz pierwszy od wielu godzin przestał wypełniać całe jego serce. Dobroć Septimy, jej dłonie obejmujące go z taką ostrożnością i usta znajdujące się tuż przy jego głowie, stały się czymś w rodzaju granicy, której wcześniej nie potrafił dostrzec. Nie był nawet świadom, jak bardzo tego potrzebował. Jak bardzo pragnął, by ktoś na moment odsunął od niego ciężar wszystkich myśli, nie żądając w zamian niczego. Lęk wciąż w nim tkwił, głęboko zakorzeniony, gotowy ponownie zacisnąć się wokół gardła, kiedy tylko przypomni sobie o nadchodzącym poranku. Teraz jednak potrafił dostrzec jego kres. Zrozumiał, że nawet strach ma swoje granice, jeśli tylko zestawić go z dobrocią tak bezinteresowną i czystą. W niemym, niemal nabożnym geście odnalazł jedną z dłoni swojej wybawicielki i ostrożnie sprowadził ją niżej, ku własnej twarzy. Przycisnął jej wierzch do ust, przymykając powieki. Nie potrafił znaleźć słów, które mogłyby pomieścić wdzięczność, jaką odczuwał. Pozostało mu więc to nieporadne muśnięcie wargami jej skóry, delikatne i pełne czułości, jakby bał się, że nawet taki gest mógłby okazać się zbyt śmiały. Wtedy coś w nim pękło. Fala żalu przetoczyła się przez jego ciało, a niespokojne drgania mięśni, dotąd szarpane i nieprzewidywalne, zaczęły powoli układać się w równomierne fale. Łapał oddech pomiędzy kolejnymi sekwencjami łez, z trudem nabierając powietrza. Nie próbował już powstrzymywać łez, spływały po jego policzkach. Minęła dłuższa chwila, zanim gorycz ustąpiła na tyle, by odzyskał głos. Wciąż drżał, choć teraz nieco spokojniej, a kiedy w końcu się odezwał, jego słowa wydobywały się z gardła z wysiłkiem, przerywane nierównym oddechem. - Nad ranem wróci ojciec… Zobaczy, co zrobiłem. Zawiesił głos. Nie musiał dodawać niczego więcej, by ciężar tych słów stał się zrozumiały. Spojrzenie na moment powędrowało ku starej księdze, której sczerniałe brzegi wciąż majaczyły gdzieś na skraju jego pola widzenia. Potem znów opadło, jakby nie miał odwagi dłużej na nią patrzeć. - Dlaczego ja wiecznie muszę się tak czuć? - zapytał cicho, a w jego głosie pojawiło się coś znacznie boleśniejszego niż wcześniejszy strach. - Nie chcę już być więźniem nienawiści… Nie we własnym domu… Ostatnie słowa wypowiedział niemal szeptem. Nie było w nich oskarżenia skierowanego w jedną stronę, ani nawet próby wyjaśnienia tego, co działo się w murach rodzinnego domu. Wciąż trzymał jej dłoń przy ustach, jakby obawiał się, że gdyby ją wypuścił, wszystko, co właśnie udało mu się odzyskać, znów mogłoby bezpowrotnie zniknąć.

Choć słowa Septimy o nieistnieniu czasu były nader słodkie, niemal kojące w swojej prostocie, Savaš nie potrafił w pełni się z nimi zgodzić. Nie potrafił jednak. Czas istniał. Był obecny w każdym przemijającym dniu, w każdej twarzy, która znikała z jego życia, w każdej zmianie, której nie mógł powstrzymać. I z biegiem lat stał się demonem znacznie potężniejszym, niż kiedykolwiek potrafił sobie wyobrazić. Okrutnym, cierpliwym i bezlitosnym, odbierającym mu wszystko, co kiedykolwiek miało dla niego znaczenie. Wszystkich, których kochał, których potrzebował, których obecność nadawała jego istnieniu jakikolwiek kształt. A jego samego, paradoksalnie, miał nigdy nie tknąć. Zostawił go na uboczu naturalnego porządku, skazując na patrzenie, jak świat nieustannie posuwa się naprzód, podczas gdy on pozostaje w miejscu, którego nie potrafił już nazwać życiem. - Czasami łapię się na tym, że przepraszam, chociaż nikogo nie ma w pokoju. Chciał jej coś powiedzieć. Czuł niemal fizyczną potrzebę wyrzucenia z siebie tego, co od dawna zalegało mu pod żebrami, nazwania choćby części ciężaru, który przygniatał go pod tym dachem. Nie potrafił jednak znaleźć odpowiednich słów. Przez moment zdawało się, że zamierza powiedzieć coś jeszcze o domu, o tych wszystkich niewypowiedzianych tajemnicach Gregorovitchów. Słowa jednak ugrzęzły mu w gardle. Nie potrafił dłużej utrzymywać uwagi na czymś, co tak łatwo mogłoby sprowadzić rozmowę na niebezpieczny grunt. Zamiast tego spuścił wzrok, a jego palce niepewnie przesunęły się po materiale ubrania Septimy, jakby szukał w nim odwagi do wyznania czegoś zupełnie innego. - Znowu zrobiłem coś złego, Septimo… - urwał, zaciskając lekko usta. - I boję się, że mi nie wybaczysz, kiedy zrozumiesz. Nie patrzył jej w oczy. Wstyd mieszał się w nim z lękiem, a pod nimi kryło się jeszcze coś znacznie trudniejszego do zniesienia. Potrzeba, by mimo wszystko pozostała przy nim, nawet jeśli prawda, którą nosił w sobie, okazałaby się dla niej nie do przyjęcia.


« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Savaš Gregorovitch (3371), Septima Ollivander (2994)




Wiadomości w tym wątku
[27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór - przez Savaš Gregorovitch - 20.09.2026, 18:53
RE: [27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór - przez Septima Ollivander - 05.10.2026, 21:02
RE: [27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór - przez Savaš Gregorovitch - 02.11.2026, 17:52
RE: [27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór - przez Septima Ollivander - 02.11.2026, 22:17
RE: [27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór - przez Septima Ollivander - Wczoraj, 23:33
RE: [27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór - przez Savaš Gregorovitch - 04.11.2026, 19:17

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa