Wczoraj, 20:28 ✶
Z wysłaniem sowy do wieży Ravenclawu wiązało się trochę więcej zachodu niż z posłaniem zaczarowanego skrawka pergaminu przez pół klasy, o czym przekonałem się dość szybko, kiedy ptaszysko wreszcie odleciało z wiadomością przywiązaną do nóżki, zostawiając mnie z poczuciem, że właściwie wykonałem dopiero połowę roboty - musiałem poczekać, aż dotrze na miejsce, znajdzie Prue, dostarczy jej list, a potem jeszcze wróci z odpowiedzią, co oznaczało, że przez dłuższy czas nie miałem żadnego wpływu na tempo naszej korespondencji. Podczas lekcji wszystko odbywało się znacznie sprawniej, wystarczyło machnięcie różdżką, odrobina nieuwagi profesora i już mogłem czytać, co miała mi do powiedzenia, tymczasem teraz pozostawało mi zajmować się własnymi sprawami i udawać, że wcale co kilka minut nie sprawdzałem, czy sowa przypadkiem nie wróciła. Nie zrobiła tego przez jakiś czas, wystarczająco długo, żebym zdążył przejść od przekonania, że przyjaciółka pewnie akurat była zajęta, do podejrzenia, że może powinienem był napisać coś mniej głupiego, po czym przypomniałem sobie, że przecież nie miałem pojęcia, co mogłoby być mniej głupie w moim wykonaniu. Kiedy wreszcie usłyszałem trzepot skrzydeł, odłożyłem wszystko, czym akurat próbowałem się zająć i podszedłem do okna. Sowa usiadła na parapecie, wyraźnie niezainteresowana moim pośpiechem, więc musiałem najpierw odwiązać wiadomość, zanim mogłem ją rozwinąć, bo sama nie zrzuciła papieru z nóżki. Przeczytałem pierwsze zdanie i uśmiechnąłem się pod nosem, chociaż dalej było już tylko gorzej, przynajmniej dla mojej godności, ponieważ Pruey najwyraźniej postanowiła wykorzystać odzyskaną możliwość oceniania mnie dość bezwzględnie, bez wątpienia zachowała jeszcze kilka asów w rękawie i potrafiła być straszna, kiedy tylko miała na to ochotę. Ta informacja powinna była mnie chyba zaniepokoić, jednak fragment o forach, które dostawałem dzięki temu, że mnie lubiła, skutecznie odebrał jej grozę. Parsknąłem śmiechem, czytając dalej, przy wzmiance o moim meczu poczułem się zobowiązany do natychmiastowego zaprotestowania przeciwko nazywaniu mojego pytania głupim - przecież nie mogłem wiedzieć, czy będzie chciała przyjść, zwłaszcza po ostatnich dniach, podczas których skutecznie utrudniałem jej nawet zwykłe spotkanie ze mną - całe szczęście udało nam się odzyskać chociaż część normalności, a skoro oferowała mi eliksiry na przeziębienie, najwyraźniej nadal zamierzała pilnować, żebym nie zrobił sobie krzywdy, co przyjąłem z zadowoleniem, choć nie zamierzałem przyznawać, że taka perspektywa była całkiem przyjemna.
Miałem plan, chociaż jego powodzenie zależało od tego, czy uda mi się dostarczyć Prue wiadomość jeszcze tego samego wieczoru, najlepiej w taki sposób, żeby nie musiała czekać na kolejną sowę - usiadłem więc przy biurku, rozłożyłem pergamin i zabrałem się do pisania, zaskakująco zawzięty w wysiłkach, żeby zmieścić w nim wszystko, co chciałem jej przekazać. Zwykle moje listy były krótsze, bo szybko traciłem cierpliwość do siedzenia nad piórem, ale tym razem co chwilę dopisywałem kolejne zdanie, skreślałem fragment, który brzmiał zbyt poważnie, po czym wracałem do niego, bo jednak chciałem, żeby wiedziała, że mówiłem serio. Ostatecznie wyszła z tego całkiem długa wiadomość, przepisana dwukrotnie, przy której spędziłem więcej czasu, niż planowałem, ale przynajmniej udało mi się skończyć przed kolacją. Złożyłem pergamin na kilka części, wsunąłem go do kieszeni szaty i ruszyłem w stronę Wielkiej Sali, po drodze doganiając znajomych, którzy chwilę wcześniej oznajmili mi, że nie zamierzali czekać na mnie w nieskończoność. Zatrzymałem się jednak na moment przed wejściem, kiedy dostrzegłem Prue zajętą rozmową z kimś z domu. Moi koledzy poszli dalej, nie zwracając na to szczególnej uwagi, ja zaś uznałem, że nadarzyła się doskonała okazja, żeby zrealizować to, co sobie założyłem. Zamiast pójść za nimi, skręciłem w przeciwną stronę i przeszedłem w pobliżu Prudence - na tyle spokojnie, na ile potrafiłem, biorąc pod uwagę, że w kieszeni miałem wiadomość, której dostarczenie wymagało odrobiny zręczności - nie zatrzymałem się, nie odezwałem ani słowem, nawet na nią nie spojrzałem dłużej, niż było to konieczne. Nie byłem nawet pewien, czy mnie zauważyła, prawdopodobnie nie, ale wystarczyło, że mijając ją, wsunąłem złożony pergamin do kieszeni jej szaty, korzystając z tego, że całą uwagę poświęcała rozmówcy.
„Udało mi się. Naprawdę mi się udało”, triumfując w środku, odszedłem kilka kroków, zanim pozwoliłem sobie na zadowolony uśmieszek, po czym przyspieszyłem, żeby dogonić kolegów, którzy zdążyli już zająć miejsca przy stole. Usiadłem obok nich i sięgnąłem po półmisek z jedzeniem, starając się zachowywać zupełnie zwyczajnie, nawet jeśli myślami byłem jeszcze przy pergaminie ukrytym w kieszeni Prue - miałem nadzieję, że znajdzie go szybko, i że spodoba jej się niespodzianka, bo byłem całkiem zadowolony z własnej pomysłowości i zamierzałem cieszyć się tym sukcesem przynajmniej do chwili, w której postanowiłaby skomentować moje starania.
Odkryj wiadomość pozafabularną
Miałem plan, chociaż jego powodzenie zależało od tego, czy uda mi się dostarczyć Prue wiadomość jeszcze tego samego wieczoru, najlepiej w taki sposób, żeby nie musiała czekać na kolejną sowę - usiadłem więc przy biurku, rozłożyłem pergamin i zabrałem się do pisania, zaskakująco zawzięty w wysiłkach, żeby zmieścić w nim wszystko, co chciałem jej przekazać. Zwykle moje listy były krótsze, bo szybko traciłem cierpliwość do siedzenia nad piórem, ale tym razem co chwilę dopisywałem kolejne zdanie, skreślałem fragment, który brzmiał zbyt poważnie, po czym wracałem do niego, bo jednak chciałem, żeby wiedziała, że mówiłem serio. Ostatecznie wyszła z tego całkiem długa wiadomość, przepisana dwukrotnie, przy której spędziłem więcej czasu, niż planowałem, ale przynajmniej udało mi się skończyć przed kolacją. Złożyłem pergamin na kilka części, wsunąłem go do kieszeni szaty i ruszyłem w stronę Wielkiej Sali, po drodze doganiając znajomych, którzy chwilę wcześniej oznajmili mi, że nie zamierzali czekać na mnie w nieskończoność. Zatrzymałem się jednak na moment przed wejściem, kiedy dostrzegłem Prue zajętą rozmową z kimś z domu. Moi koledzy poszli dalej, nie zwracając na to szczególnej uwagi, ja zaś uznałem, że nadarzyła się doskonała okazja, żeby zrealizować to, co sobie założyłem. Zamiast pójść za nimi, skręciłem w przeciwną stronę i przeszedłem w pobliżu Prudence - na tyle spokojnie, na ile potrafiłem, biorąc pod uwagę, że w kieszeni miałem wiadomość, której dostarczenie wymagało odrobiny zręczności - nie zatrzymałem się, nie odezwałem ani słowem, nawet na nią nie spojrzałem dłużej, niż było to konieczne. Nie byłem nawet pewien, czy mnie zauważyła, prawdopodobnie nie, ale wystarczyło, że mijając ją, wsunąłem złożony pergamin do kieszeni jej szaty, korzystając z tego, że całą uwagę poświęcała rozmówcy.
„Udało mi się. Naprawdę mi się udało”, triumfując w środku, odszedłem kilka kroków, zanim pozwoliłem sobie na zadowolony uśmieszek, po czym przyspieszyłem, żeby dogonić kolegów, którzy zdążyli już zająć miejsca przy stole. Usiadłem obok nich i sięgnąłem po półmisek z jedzeniem, starając się zachowywać zupełnie zwyczajnie, nawet jeśli myślami byłem jeszcze przy pergaminie ukrytym w kieszeni Prue - miałem nadzieję, że znajdzie go szybko, i że spodoba jej się niespodzianka, bo byłem całkiem zadowolony z własnej pomysłowości i zamierzałem cieszyć się tym sukcesem przynajmniej do chwili, w której postanowiłaby skomentować moje starania.
ᚹᛁᛖᛊᛉ ᛉᛖ ᛏᚱᛟᚲᚺᛖ ᛗᚾᛁᛖ ᛗᚨᚱᛏᚹᛁ ᛃᚨᚲ ᛊᛉᛁᛒᚲᛟ ᛈᚱᛉᛁᛉᚹᛁᚲᛉᚨᛁᛚᚨᛊ ᛊᛁᛖ ᛞᛟ ᛗᛁᛊᛚᛁ ᛉᛖ ᛗᛟᛉᛖᛊᛉ ᛗᚾᛁᛖ ᛒᛖᛉᚲᚨᚱᚾᛁᛖ ᛊᛈᚱᛟᚹᚨᛞᛉᚨᚲ ᚾᚨ ᛉᛁᛖᛗᛁᛖ ᛚᚢᛒᛁᛖ ᛒᛁᚲ ᚹ ᚷᛟᚱᛉᛖ ᛉᚾᚨᛊᛉ ᛗᚾᛁᛖ ᚨᛚᛖ ᛞᛟᛒᚱᚨ ᛈᚱᛉᛁᛃᛗᚢᛃᛖ ᛞᛟ ᚹᛟᛞᛟᛗᛟᛊᚲᛁ ᛉᛖ ᛃᛖᛊᛏᛖᛗ ᛊᚲᚨᛉᚨᚾᛁ ᚾᚨ ᛏᛟ ᛊᛈᛟᛃᚱᛉᛖᚾᛁᛖ ᚾᛁᛖ ᛉᚷᚨᛞᛉᚨᛗ ᛊᛁᛖ ᚨᛚᛖ ᚱᛟᛉᚢᛗᛁᛖᛗ ᛉᛖ ᛗᛟᛃᛖ ᛉᛞᚨᚾᛁᛖ ᚾᛁᛖ ᛗᚨ ᛏᚢᛏᚨᛃ ᛈᚱᚨᚲᛏᛁᚲᛉᚾᛁᛖ ᛉᚨᛞᚾᛖᚷᛟ ᛉᚾᚨᚲᛉᛖᚾᛟ ᛉᚨᛊᛚᚢᛉᛁᛚᛖᛗ ᛊᛉᚲᛉᛖᚱᛉᛖ ᛗᛟᚹᛟᚲ ᛒᛁᛚᛟᛒᛁ ᛗᛁ ᚾᚨᚹᛖᛏ ᛏᚱᛟᚲᚺᛖ ᛈᚱᛉᛁᚲᚱᛟ ᚷᛞᛁᛒᛁᛊ ᚾᚨᚷᛚᛖ ᛉᚨᚲᛉᛖᛚᚨ ᛊᛁᛖ ᛉᛖ ᛗᚾᚨ ᚹᛖ ᚹᛊᛉᛁᛊᛏᚲᛁᛗ ᛉᚷᚨᛞᛉᚨᚲ ᚾᛁᛖ ᛉᛗᛁᛖᚾᛟ ᛏᛟ ᚠᚨᚲᛏᚢ ᛉᛖ ᚲᛉᚨᛊᚨᛗᛁ ᛗᚨᛗ ᚹᚱᚨᛉᛖᚾᛁᛖ ᛉᛖ ᚲᛉᛖᚱᛈᛁᛖᛊᛉ ᛉᛖ ᛊᚹᛟᛃᛖᚷᛟ ᛊᛏᚨᚾᛟᚹᛁᛊᚲᚨ ᛉᛞᛖᚲᛁᛞᛟᚹᚨᚾᛁᛖ ᛉᚨ ᛞᚢᛉᛟ ᛈᚱᛉᛁᛃᛖᛗᚾᛟᛊᚲᛁ ᚾᛁᛖ ᛈᚱᛉᛁᛉᚹᛁᚲᛉᚨᛃᚨᛃ ᛊᛁᛖ ᛃᛖᛞᚾᚨᚲ ᛞᛟ ᛏᛖᚷᛟ ᛉᛖ ᛒᛖᛞᛖ ᛏᚨᚲ ᛚᚨᛏᚹᛟ ᛈᚱᛉᛁᛉᚾᚨᚹᚨᛚ ᚲᛁ ᚱᚨᚲᛃᛖ ᛒᛟ ᛏᛟ ᛗᛟᛉᛖ ᛒᛁᚲ ᛃᛖᛞᚾᛟᚱᚨᛉᛟᚹᚨ ᛊᛁᛏᚢᚨᚲᛃᚨ ᛁ ᚾᛁᛖ ᚲᚺᚲᛟᛚᛒᛁᛗ ᛉᛖᛒᛁᛊ ᛉᚨᚲᛉᛖᛚᚨ ᛗᛁᛖᚲ ᚹᛟᛒᛖᚲ ᛗᚾᛁᛖ ᛃᚨᚲᛁᛖᛊ ᚾᛁᛖᚱᛖᛚᛁᛊᛏᛁᚲᛉᚾᛖ ᛟᚲᛉᛖᚲᛁᚹᚨᚾᛟ
ᚹ ᚲᚨᛉᛞᛁᛗ ᚱᚨᛉᛁᛖ ᚾᛁᛖ ᛒᛖᛞᛖ ᛊᛁᛖ ᛗᚨᛉᚨᛚ ᛗᚨᛗ ᚾᚨᛞᛉᛁᛖᛃᛖ ᛉᛖ ᛈᚨᛗᛁᛖᛏᚨᛊᛉ ᛁᛉ ᛏᚨᛗᛏᛖᚾ ᚲᚺᛚᛟᛈᚨᚲ ᛉ ᛞᚱᚢᚷᛁᛖᚷᛟ ᚱᛟᚲᚢ ᛒᛁᛚ ᚹᛁᛃᚨᛏᚲᛟᚹᛟ ᛈᛟᛞᚨᛏᚾᛁ ᚾᚨ ᛈᚱᛖᛊᛃᛖ
ᚨ ᛃᛖᛊᛚᛁ ᚲᚺᛟᛞᛉᛁ ᛟ ᛗᛖᚲᛉ ᛏᛟ ᚾᛁᛖ ᛒᛁᛚᛟ ᚷᛚᚢᛈᛁᛖ ᛈᛁᛏᚨᚾᛁᛖ ᛏᛁᛚᚲᛟ ᛈᚱᛟᛒᚨ ᚢᛈᛖᚹᚾᛁᛖᚾᛟ ᛊᛁᛖ ᛉᛖ ᛒᛖᛞᛖ ᛗᛟᛚ ᛞᛟ ᚲᛟᚷᛟ ᛈᛟᛗᚨᚲᚺᚨᚲ ᚲᛁᛖᛞᛁ ᛈᚱᛉᛖᛗᚲᚾᛖ ᛟᛒᛟᚲ ᛏᚱᛁᛒᚢᚾ ᛉ ᛈᚱᛖᛞᚲᛟᛊᚲᛟ ᚲᛏᛟᚱᛖᛃ ᛊᛖᛞᛉᛟ ᚾᛁᛖ ᛉᛞᚨᛉᛁ ᚾᚨᚹᛖᛏ ᛉᚨᚲᚹᛖᛊᛏᛟᚾᛟᚹᚨᚲ ᛒᛟ ᛒᛖᛞᛉᛁᛖ ᛉᛒᛁᛏ ᛉᚨᛃᛖᛏᛁ ᚹᛁᚲᛁᛖᚱᚨᚾᛁᛖᛗ ᚲᚱᛟᛈᛚᛁ ᛉ ᛟᚲᛉᚢ ᛗᛟᛉᛖ ᛈᛟᚹᛁᚾᛁᛖᚾᛖᛗ ᛈᛟᛈᚱᛟᛊᛁᚲ ᛉᛖᛒᛁ ᛉᚨᛗᛟᛊᛏ ᛈᛁᛚᛖᚲ ᛈᚱᛉᛁᚷᛟᛏᛟᚹᚨᛚ ᚾᚨᛗ ᚲᛁᛚᚲᚨ ᚲᛟᛚ ᚱᚨᛏᚢᚾᚲᛟᚹᛁᚲᚺ
ᛖᛚᛁᚲᛊᛁᚱᛁ ᛟᛞ ᛏᚹᛟᛃᛖᛃ ᛗᚨᛗᛁ ᛗᛟᚷᚨ ᛊᛁᛖ ᛈᚱᛉᛁᛞᚨᚲ ᚨᛚᛖ ᚹᛟᛚᚨᛚᛒᛁᛗ ᛃᛖᛞᚾᚨᚲ ᚾᛁᛖ ᛏᛖᛊᛏᛟᚹᚨᚲ ᛁᚲᚺ ᛊᚲᚢᛏᛖᚲᛉᚾᛟᛊᚲᛁ ᛉᚨᚲᛉᛁᚾᚨᛗ ᛈᛟᛞᛖᛃᚱᛉᛖᚹᚨᚲ ᛉᛖ ᛒᚨᚱᛞᛉᛁᛖᛃ ᛗᚨᚱᛏᚹᛁᛊᛉ ᛊᛁᛖ ᛟ ᛗᛟᛃᛖ ᛉᛞᚱᛟᚹᛁᛖ ᚾᛁᛉ ᛟ ᚹᛁᚾᛁᚲ ᛗᛖᚲᛉᚢ ᚲᛟ ᛃᛖᛊᛏ ᛒᚨᚱᛞᛉᛟ ᛗᛁᛚᛖ ᛏᛁᛚᚲᛟ ᛏᚱᛟᚲᚺᛖ ᛟᛒᚱᚨᛉᛚᛁᚹᛖ ᛞᛚᚨ ᛗᛟᛁᚲᚺ ᚢᛗᛁᛖᛃᛖᛏᚾᛟᛊᚲᛁ ᛊᛈᛟᚱᛏᛟᚹᛁᚲᚺ ᚹ ᚲᚨᛉᛞᛁᛗ ᚱᚨᛉᛁᛖ ᚲᛉᚢᛃᛖ ᛊᛁᛖ ᛉᛟᛒᛟᚹᛟᛉᚨᚾᛁ ᛞᛟ ᛉᚨᚷᚱᚨᚾᛟ ᚾᚨ ᛏᛁᛚᛖ ᛞᛟᛒᚱᛉᛖ ᛉᛖᛒᛁᛊ ᚾᛁᛖ ᛉᚨᛚᛟᚹᚨᛚᚨ ᛊᛈᛖᛞᛉᛖᚾᛟ ᚲᛁᛚᚲᚢ ᚷᛟᛞᛉᛁᚾ ᚹ ᛞᛖᛊᛉᚲᛉᚢ ᛊᚨᛗᚨ ᛏᛖᛉ ᚢᚹᚨᛉᚨᛃ ᛞᛟᛒᚱᛉᛖ ᛈᛟᛊᛏᚨᚱᚨᛃ ᛊᛁᛖ ᚢᛊᛟᛊᚲ ᚷᛞᛉᛁᛖᛊ ᚷᛞᛉᛁᛖ ᚾᛁᛖ ᛒᛖᛞᛉᛁᛖ ᚾᚨ ᚲᛁᛖᛒᛁᛖ ᛚᚨᛚᛟ ᛒᛖᛉᛈᛟᛊᚱᛖᛞᚾᛟ ᛃᚨ ᛗᚨᛗ ᛗᛟᛏᛚᛖ ᛁ ᛈᚱᛉᛁᚾᚨᛃᛗᚾᛁᛖᛃ ᛒᛖᛞᛖ ᛗᛟᚷᛚ ᚢᚲᛁᛖᚲᚨᚲ ᛈᚱᛉᛖᛞ ᛞᛖᛊᛉᚲᛉᛖᛗ ᛏᛁ ᛒᛖᛞᛉᛁᛖᛊᛉ ᛊᚲᚨᛉᚨᚾᚨ ᚾᚨ ᛊᛁᛖᛞᛉᛖᚾᛁᛖ ᚹ ᛃᛖᛞᚾᛁᛗ ᛗᛁᛖᛃᛊᚲᚢ ᚹᛁᛖᛗ ᛉᛖ ᚾᛁᛖ ᛟᛞᛈᚢᛊᚲᛁᛊᛉ ᛗᛖᚲᛉᚢ ᚨᛚᛖ ᚾᛁᛖ ᛗᚢᛊᛁᛊᛉ ᛈᚱᛉᛁ ᛏᛁᛗ ᚢᛞᛟᚹᚨᛞᚾᛟᚲ ᛉᛖ ᛃᛖᛊᛏᛖᛊ ᛟᛞᛈᛟᚱᚾᚨ ᚾᚨ ᚹᛊᛉᛁᛊᛏᚲᛟ ᛉᚹᛁᚲᛚᛖ ᛗᛟᚷᛚᛒᛁᛗ ᚲᛁᛖ ᛈᛟᛉᚾᛁᛖᛃ ᛟᚷᚱᛉᚨᚲ ᚨᛚᛖ ᛏᛁᛗ ᚱᚨᛉᛖᛗ ᛒᛖᛞᛖ ᛗᚢᛊᛟᛚ ᛉᚨᚹᛁᛖᚱᛉᛁᚲ ᛏᚹᛟᛃᛖᛗᚢ ᛈᛚᚨᛊᛉᚲᛉᛟᚹᛁ ᛒᛟ ᛈᛟ ᚹᛁᚷᚱᚨᚾᛁᛗ ᛗᛖᚲᛉᚢ ᚾᛁᛖ ᛈᛚᚨᚾᚢᛃᛖᛗᛁ ᛟᛞ ᚱᚨᛉᚢ ᚹᚱᚨᚲᚨᚲ ᛞᛟ ᛉᚨᛗᚲᚢ ᚨ ᚾᛁᛖ ᛃᛖᛊᛏᛖᛗ ᛈᛖᚹᛁᛖᚾ ᚲᛉᛁ ᛗᚢ ᚢᚠᚨᛗ ᚲᚺᛁᛒᚨ ᛉᛖ ᚹᛁᛗᛁᛊᛚᛖ ᛃᚨᚲᛁᛊ ᛊᛈᛟᛊᛟᛒ ᚨᛚᛖ ᚾᛁᛖ ᚲᚺᚲᛖ ᛃᛖᛊᛉᚲᛉᛖ ᛟᛒᛁᛖᚲᛁᚹᚨᚲ ᚲᚢᛞᛟᚹ
ᛁ ᚾᛁᛖ ᛊᛗᛁᛖᛃ ᛊᛁᛖ ᛃᛖᛊᛚᛁ ᛈᛟ ᛗᛖᚲᛉᚢ ᛒᛖᛞᛖ ᚹᛁᚷᛚᚨᛞᚨᛚ ᛃᚨᚲ ᚢᛏᛟᛈᛟᚾᛁ ᛊᛉᚲᛉᚢᚱ ᛟᚲᛖᛃ ᛃᛖᛊᛏᛖᛗ ᛚᚹᛖᛗ ᚲᚨᛚᚲᛁᛖᛗ ᛈᛟᛏᛖᛉᚾᛁᛗ ᛖᚹᛖᚾᛏᚢᚨᛚᚾᛁᛖ ᛈᚱᛉᛁᚲᛉᚨᛃᛟᚾᚨ ᛈᚨᚾᛏᛖᚱᚨ
ᚹ ᚲᚨᛉᛞᛁᛗ ᚱᚨᛉᛁᛖ ᚾᛁᛖ ᛒᛖᛞᛖ ᛊᛁᛖ ᛗᚨᛉᚨᛚ ᛗᚨᛗ ᚾᚨᛞᛉᛁᛖᛃᛖ ᛉᛖ ᛈᚨᛗᛁᛖᛏᚨᛊᛉ ᛁᛉ ᛏᚨᛗᛏᛖᚾ ᚲᚺᛚᛟᛈᚨᚲ ᛉ ᛞᚱᚢᚷᛁᛖᚷᛟ ᚱᛟᚲᚢ ᛒᛁᛚ ᚹᛁᛃᚨᛏᚲᛟᚹᛟ ᛈᛟᛞᚨᛏᚾᛁ ᚾᚨ ᛈᚱᛖᛊᛃᛖ
ᚨ ᛃᛖᛊᛚᛁ ᚲᚺᛟᛞᛉᛁ ᛟ ᛗᛖᚲᛉ ᛏᛟ ᚾᛁᛖ ᛒᛁᛚᛟ ᚷᛚᚢᛈᛁᛖ ᛈᛁᛏᚨᚾᛁᛖ ᛏᛁᛚᚲᛟ ᛈᚱᛟᛒᚨ ᚢᛈᛖᚹᚾᛁᛖᚾᛟ ᛊᛁᛖ ᛉᛖ ᛒᛖᛞᛖ ᛗᛟᛚ ᛞᛟ ᚲᛟᚷᛟ ᛈᛟᛗᚨᚲᚺᚨᚲ ᚲᛁᛖᛞᛁ ᛈᚱᛉᛖᛗᚲᚾᛖ ᛟᛒᛟᚲ ᛏᚱᛁᛒᚢᚾ ᛉ ᛈᚱᛖᛞᚲᛟᛊᚲᛟ ᚲᛏᛟᚱᛖᛃ ᛊᛖᛞᛉᛟ ᚾᛁᛖ ᛉᛞᚨᛉᛁ ᚾᚨᚹᛖᛏ ᛉᚨᚲᚹᛖᛊᛏᛟᚾᛟᚹᚨᚲ ᛒᛟ ᛒᛖᛞᛉᛁᛖ ᛉᛒᛁᛏ ᛉᚨᛃᛖᛏᛁ ᚹᛁᚲᛁᛖᚱᚨᚾᛁᛖᛗ ᚲᚱᛟᛈᛚᛁ ᛉ ᛟᚲᛉᚢ ᛗᛟᛉᛖ ᛈᛟᚹᛁᚾᛁᛖᚾᛖᛗ ᛈᛟᛈᚱᛟᛊᛁᚲ ᛉᛖᛒᛁ ᛉᚨᛗᛟᛊᛏ ᛈᛁᛚᛖᚲ ᛈᚱᛉᛁᚷᛟᛏᛟᚹᚨᛚ ᚾᚨᛗ ᚲᛁᛚᚲᚨ ᚲᛟᛚ ᚱᚨᛏᚢᚾᚲᛟᚹᛁᚲᚺ
ᛖᛚᛁᚲᛊᛁᚱᛁ ᛟᛞ ᛏᚹᛟᛃᛖᛃ ᛗᚨᛗᛁ ᛗᛟᚷᚨ ᛊᛁᛖ ᛈᚱᛉᛁᛞᚨᚲ ᚨᛚᛖ ᚹᛟᛚᚨᛚᛒᛁᛗ ᛃᛖᛞᚾᚨᚲ ᚾᛁᛖ ᛏᛖᛊᛏᛟᚹᚨᚲ ᛁᚲᚺ ᛊᚲᚢᛏᛖᚲᛉᚾᛟᛊᚲᛁ ᛉᚨᚲᛉᛁᚾᚨᛗ ᛈᛟᛞᛖᛃᚱᛉᛖᚹᚨᚲ ᛉᛖ ᛒᚨᚱᛞᛉᛁᛖᛃ ᛗᚨᚱᛏᚹᛁᛊᛉ ᛊᛁᛖ ᛟ ᛗᛟᛃᛖ ᛉᛞᚱᛟᚹᛁᛖ ᚾᛁᛉ ᛟ ᚹᛁᚾᛁᚲ ᛗᛖᚲᛉᚢ ᚲᛟ ᛃᛖᛊᛏ ᛒᚨᚱᛞᛉᛟ ᛗᛁᛚᛖ ᛏᛁᛚᚲᛟ ᛏᚱᛟᚲᚺᛖ ᛟᛒᚱᚨᛉᛚᛁᚹᛖ ᛞᛚᚨ ᛗᛟᛁᚲᚺ ᚢᛗᛁᛖᛃᛖᛏᚾᛟᛊᚲᛁ ᛊᛈᛟᚱᛏᛟᚹᛁᚲᚺ ᚹ ᚲᚨᛉᛞᛁᛗ ᚱᚨᛉᛁᛖ ᚲᛉᚢᛃᛖ ᛊᛁᛖ ᛉᛟᛒᛟᚹᛟᛉᚨᚾᛁ ᛞᛟ ᛉᚨᚷᚱᚨᚾᛟ ᚾᚨ ᛏᛁᛚᛖ ᛞᛟᛒᚱᛉᛖ ᛉᛖᛒᛁᛊ ᚾᛁᛖ ᛉᚨᛚᛟᚹᚨᛚᚨ ᛊᛈᛖᛞᛉᛖᚾᛟ ᚲᛁᛚᚲᚢ ᚷᛟᛞᛉᛁᚾ ᚹ ᛞᛖᛊᛉᚲᛉᚢ ᛊᚨᛗᚨ ᛏᛖᛉ ᚢᚹᚨᛉᚨᛃ ᛞᛟᛒᚱᛉᛖ ᛈᛟᛊᛏᚨᚱᚨᛃ ᛊᛁᛖ ᚢᛊᛟᛊᚲ ᚷᛞᛉᛁᛖᛊ ᚷᛞᛉᛁᛖ ᚾᛁᛖ ᛒᛖᛞᛉᛁᛖ ᚾᚨ ᚲᛁᛖᛒᛁᛖ ᛚᚨᛚᛟ ᛒᛖᛉᛈᛟᛊᚱᛖᛞᚾᛟ ᛃᚨ ᛗᚨᛗ ᛗᛟᛏᛚᛖ ᛁ ᛈᚱᛉᛁᚾᚨᛃᛗᚾᛁᛖᛃ ᛒᛖᛞᛖ ᛗᛟᚷᛚ ᚢᚲᛁᛖᚲᚨᚲ ᛈᚱᛉᛖᛞ ᛞᛖᛊᛉᚲᛉᛖᛗ ᛏᛁ ᛒᛖᛞᛉᛁᛖᛊᛉ ᛊᚲᚨᛉᚨᚾᚨ ᚾᚨ ᛊᛁᛖᛞᛉᛖᚾᛁᛖ ᚹ ᛃᛖᛞᚾᛁᛗ ᛗᛁᛖᛃᛊᚲᚢ ᚹᛁᛖᛗ ᛉᛖ ᚾᛁᛖ ᛟᛞᛈᚢᛊᚲᛁᛊᛉ ᛗᛖᚲᛉᚢ ᚨᛚᛖ ᚾᛁᛖ ᛗᚢᛊᛁᛊᛉ ᛈᚱᛉᛁ ᛏᛁᛗ ᚢᛞᛟᚹᚨᛞᚾᛟᚲ ᛉᛖ ᛃᛖᛊᛏᛖᛊ ᛟᛞᛈᛟᚱᚾᚨ ᚾᚨ ᚹᛊᛉᛁᛊᛏᚲᛟ ᛉᚹᛁᚲᛚᛖ ᛗᛟᚷᛚᛒᛁᛗ ᚲᛁᛖ ᛈᛟᛉᚾᛁᛖᛃ ᛟᚷᚱᛉᚨᚲ ᚨᛚᛖ ᛏᛁᛗ ᚱᚨᛉᛖᛗ ᛒᛖᛞᛖ ᛗᚢᛊᛟᛚ ᛉᚨᚹᛁᛖᚱᛉᛁᚲ ᛏᚹᛟᛃᛖᛗᚢ ᛈᛚᚨᛊᛉᚲᛉᛟᚹᛁ ᛒᛟ ᛈᛟ ᚹᛁᚷᚱᚨᚾᛁᛗ ᛗᛖᚲᛉᚢ ᚾᛁᛖ ᛈᛚᚨᚾᚢᛃᛖᛗᛁ ᛟᛞ ᚱᚨᛉᚢ ᚹᚱᚨᚲᚨᚲ ᛞᛟ ᛉᚨᛗᚲᚢ ᚨ ᚾᛁᛖ ᛃᛖᛊᛏᛖᛗ ᛈᛖᚹᛁᛖᚾ ᚲᛉᛁ ᛗᚢ ᚢᚠᚨᛗ ᚲᚺᛁᛒᚨ ᛉᛖ ᚹᛁᛗᛁᛊᛚᛖ ᛃᚨᚲᛁᛊ ᛊᛈᛟᛊᛟᛒ ᚨᛚᛖ ᚾᛁᛖ ᚲᚺᚲᛖ ᛃᛖᛊᛉᚲᛉᛖ ᛟᛒᛁᛖᚲᛁᚹᚨᚲ ᚲᚢᛞᛟᚹ
ᛁ ᚾᛁᛖ ᛊᛗᛁᛖᛃ ᛊᛁᛖ ᛃᛖᛊᛚᛁ ᛈᛟ ᛗᛖᚲᛉᚢ ᛒᛖᛞᛖ ᚹᛁᚷᛚᚨᛞᚨᛚ ᛃᚨᚲ ᚢᛏᛟᛈᛟᚾᛁ ᛊᛉᚲᛉᚢᚱ ᛟᚲᛖᛃ ᛃᛖᛊᛏᛖᛗ ᛚᚹᛖᛗ ᚲᚨᛚᚲᛁᛖᛗ ᛈᛟᛏᛖᛉᚾᛁᛗ ᛖᚹᛖᚾᛏᚢᚨᛚᚾᛁᛖ ᛈᚱᛉᛁᚲᛉᚨᛃᛟᚾᚨ ᛈᚨᚾᛏᛖᚱᚨ
Wiesz, że trochę mnie martwi, jak szybko przyzwyczaiłaś się do myśli, że możesz mnie bezkarnie sprowadzać na ziemię? Lubię być w górze. Znasz mnie. Ale dobra, przyjmuję do wiadomości, że jestem skazany na TO spojrzenie. Nie zgadzam się, ale rozumiem, że moje zdanie nie ma tutaj praktycznie żadnego znaczenia, zasłużyłem. Szczerze mówiąc, byłoby mi nawet trochę przykro, gdybyś nagle zaczęła się ze mną we wszystkim zgadzać, nie zmienia to faktu, że czasami mam wrażenie, że czerpiesz ze swojego stanowiska zdecydowanie za dużo przyjemności. Nie przyzwyczajaj się jednak do tego, że będę tak łatwo przyznawał ci rację, bo to może być jednorazowa sytuacja i nie chciałbym, żebyś zaczęła mieć wobec mnie jakieś nierealistyczne oczekiwania.
W każdym razie nie będę się mazał. Mam nadzieję, że pamiętasz, iż tamten chłopak z drugiego roku był wyjątkowo podatny na presję.
A jeśli chodzi o mecz, to nie było głupie pytanie, tylko próba upewnienia się, że będę miał do kogo pomachać, kiedy przemknę obok trybun z prędkością, której sędzia nie zdąży nawet zakwestionować, bo będzie zbyt zajęty wycieraniem kropli z oczu. Może powinienem poprosić, żeby zamiast piłek przygotował nam kilka kół ratunkowych?
Eliksiry od twojej mamy mogą się przydać, ale wolałbym jednak nie testować ich skuteczności. Zaczynam podejrzewać, że bardziej martwisz się o moje zdrowie niż o wynik meczu, co jest bardzo miłe, tylko trochę obraźliwe dla moich umiejętności sportowych. W każdym razie czuję się zobowiązany do zagrania na tyle dobrze, żebyś nie żałowała spędzenia kilku godzin w deszczu. Sama też uważaj, dobrze? Postaraj się usiąść gdzieś, gdzie nie będzie na ciebie lało bezpośrednio. Ja mam miotłę i przynajmniej będę mógł uciekać przed deszczem, ty będziesz skazana na siedzenie w jednym miejscu. Wiem, że nie odpuścisz meczu, ale nie musisz przy tym udowadniać, że jesteś odporna na wszystko. Zwykle mógłbym cię później ogrzać, ale tym razem będę musiał zawierzyć twojemu płaszczowi, bo po wygranym meczu nie planujemy od razu wracać do zamku. A nie jestem pewien, czy mu ufam. Chyba że wymyślę jakiś sposób, ale nie chcę jeszcze obiecywać cudów.
I nie śmiej się, jeśli po meczu będę wyglądał jak utopiony szczur. Okej? Jestem lwem, całkiem potężnym. Ewentualnie przyczajoną panterą.
W każdym razie nie będę się mazał. Mam nadzieję, że pamiętasz, iż tamten chłopak z drugiego roku był wyjątkowo podatny na presję.
A jeśli chodzi o mecz, to nie było głupie pytanie, tylko próba upewnienia się, że będę miał do kogo pomachać, kiedy przemknę obok trybun z prędkością, której sędzia nie zdąży nawet zakwestionować, bo będzie zbyt zajęty wycieraniem kropli z oczu. Może powinienem poprosić, żeby zamiast piłek przygotował nam kilka kół ratunkowych?
Eliksiry od twojej mamy mogą się przydać, ale wolałbym jednak nie testować ich skuteczności. Zaczynam podejrzewać, że bardziej martwisz się o moje zdrowie niż o wynik meczu, co jest bardzo miłe, tylko trochę obraźliwe dla moich umiejętności sportowych. W każdym razie czuję się zobowiązany do zagrania na tyle dobrze, żebyś nie żałowała spędzenia kilku godzin w deszczu. Sama też uważaj, dobrze? Postaraj się usiąść gdzieś, gdzie nie będzie na ciebie lało bezpośrednio. Ja mam miotłę i przynajmniej będę mógł uciekać przed deszczem, ty będziesz skazana na siedzenie w jednym miejscu. Wiem, że nie odpuścisz meczu, ale nie musisz przy tym udowadniać, że jesteś odporna na wszystko. Zwykle mógłbym cię później ogrzać, ale tym razem będę musiał zawierzyć twojemu płaszczowi, bo po wygranym meczu nie planujemy od razu wracać do zamku. A nie jestem pewien, czy mu ufam. Chyba że wymyślę jakiś sposób, ale nie chcę jeszcze obiecywać cudów.
I nie śmiej się, jeśli po meczu będę wyglądał jak utopiony szczur. Okej? Jestem lwem, całkiem potężnym. Ewentualnie przyczajoną panterą.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)