Sama Stella nie do końca zdawała sobie sprawę dlaczego postępowała właśnie w ten sposób. Powinna być rozsądniejesza, twardo stąpać po ziemi, nie marzyć o tym, co było nieosiągalne.
Tym razem postanowiła jednak podjąć ryzyko. Chciała zobaczyć, spróbować, dać temu wszystkiemu szansę, chociaż wiedziała, że nie będzie to łatwe. Znała swoich rodziców i wiedziała, jakie mają zdanie. W końcu Clare już miała to za sobą, został jej znaleziony odpowiedni kandydat, nie miała nic do gadania, teraz była jej pora. Powinna spróbować się zbuntować, jednak, czy będzie to miało najmniejszy sens? Była skłonna stwierdzić, że nie. Znała zdanie rodziców na temat swojej przyszłości.
Wytłumaczyła Borginowi, jak ona to widzi, a raczej właściwie, jak bardzo tego nie widzi. Musiała być z nim szczera, musiała podzielić się z nim informacją o tym, że to nie będzie łatwe. Zresztą póki co nie powinni nikomu o niczym mówić. Takie było zdanie Avery, ani o niczym mówić, ani pokazywać się publicznie zbyt blisko siebie. Informacje o ich relacji nie powinny dotrzeć do jej rodziców, zdecydowanie.
Nie czekała długo, ledwo skończyła mówić, a Stanley się do niej przytulił. Był to bardzo silny uścisk, chyba bardzo tego potrzebowali. Dobrze jej to zrobiło, poczuła się bezpiecznie, a wszystkie emocje, które się w niej dzisiaj kotłowały zaczęły się uspokajać. Zszedł z niej ten cały stres, kilka łez pojawiło się na jej policzku. Tylko były to łzy szczęścia, czy może żalu?
Avery wiedziała, że nie będzie łatwo, że już na samym początku mają kłody rzucone pod nogi, z drugiej jednak strony może wtedy przyniesie to większą satysfakcję? Ta świadomość, że pomimo wszystkich - walczyli o tą możliwość.
- Przepraszam. - Powiedziała cicho, bo miała wrażenie, że to wszystko to jej wina. - Trochę namieszałam. - W końcu mogła się z nim tak często nie spotykać, postawić granicę, jednak nie chciała i w tym leżał problem. Jej samej zaczęło zależeć na tym, co ich łączyło. - Musimy znaleźć to rozwiązanie, lepiej szybciej niż później. - W końcu nie widziała ile zostało jej czasu na ewentualne ruchy. Po weselu Clare rodzice wezmą się za nią.
Ten dzień okropnie ją zmęczył. Czuła, że opada z sił, że jeszcze chwila i zmiecie ją z nóg, a musiała jeszcze dotrzeć do domu, przeniosła spojrzenie za okno, śnieżyca ustała, wiatru nie było już słychać, czas najwyższy opuścić to miejsce. - Przestało już padać, chodźmy stąd. - Zadecydowała. Ubrała się w swój kożuch, złożyła czapkę, szalik i całą resztę. Poczekała na Borgina, pozwoliła sobie go złapać pod rękę, kiedy zmierzali w kierunku jej domu. Myśl o tym, że on też faktycznie coś do niej czuł trochę ją uspokoiła - nie zostanie odrzucona, przynajmniej nie było to jednostronne, choć to też raczej nie ułatwiało sprawy. Spacer w tej pięknej, zimowej scenerii był naprawdę przyjemny. Udało im się dotrzeć do kamienicy w której mieszkała bez dodatkowych przygód. Pożegnała się z nim, zwyczajowo musnęła przy tym jego policzek i zniknęła za drzwiami.