1 godzinę temu ✶
Nigdy wcześniej nie widział takiej rośliny, słuchał więc wyjaśnienia Helloise z uwagą. Wiele można się było nauczyć, jeżeli słuchało się innych. Właśnie dlatego Jim zwykł mówić, że ludzie są jak przypowieści. Tak samo jak przypowieści, nieśli z sobą pewną naukę. Lubił, gdy Helloise mówiła mu o roślinach. Miał dobrą pamięć, starał się więc zapamiętywać kształty liści, kolor kwiatów, właściwości, jakie posiadały. Nazwy nie były ważnymi. Nie tak, jak zapach. Nie tak, jak dotyk płatków na skórze, pomyślał przysiadły na klęczkach Jim, zdjąwszy dłonie z podołka tylko po to, aby oprzeć je o ziemię. Palce jego zagłębiły się pośród suchą trawę, spaloną słońcem, która miejscami straciła już swoją soczystą żywotność. Doświadczenie stało ponad wszystkim, co dało się ubrać w słowa: podobnie przypowieść nie musiała zachwycać formą, bo tę zazwyczaj cechowała prostota. Liczył się sposób opowiadania, i to, jakie uczucia potrafiła wzbudzić.
Helloise była dziwną istotą, ale lubił z nią być. Zafalowała mu przed oczami niby fatamorgana, wiedział jednak, że to złudzenie jedynie: wpatrywał się więc uparcie w jej twarz, w której jeszcze przez chwilę odbijały się płomienie. W niknący poblask, który czynił rysy dziewczyny surowszymi. Piękniejszymi, zadecydował Jim. Wszystko było piękniejsze, gdy spowite było w ogniu. Ogniu, który w pieszczocie drżącego od skwaru powietrza zbliżył się do Helloise, gdy ta stanęła tuż za płonącym krzewem. Ona też była piękna, choć nie płonęła. Światło padło od dołu na jej twarz, zniekształcając na moment linię szczęki i podbródka. Gdyby oparł dłoń o policzek, wciąż mógłby jednak poczuć go pod palcami. Mógłby poczuć usta, z wypukłością górnej wargi spowitej przez krótką chwilę w cieniu. Z dolną wargą rozświetloną do białości.
Oto była jedyna czułostka na jaką mógł zdobyć się ogień, który nie potrafił dotknąć, nie raniąc przy tym: nie różniła się od gestu chłopaka, który w zamyśleniu przejechał palcami po spierzchniętych ustach, ledwo rozchylił je, aby przemówić. A jednak powstrzymał się, jak gdyby potrzebował chwili do namysłu. Jak gdyby potrzebował poczuć podrażnioną gorącym powietrzem skórę. Wilgoć lata, skraplającą się na ciele po upalnym dniu. Wargi miał suche, ale kilka kropel potu błyszczało ponad łukiem kupidyna. Starł je wiecznie poparzonymi opuszkami palców, nie dbając o pozostałą za paznokciami ziemię, zaraz bowiem z powrotem zagłębił w nią palce. Nie było to wiele, ale tylko tym mógł się podzielić z wypaloną słońcem trawą. Nakreślił delikatnie znak krzyża, błogosławiąc jej niemo, zanim podniósł się na nogi.
Zbliżył się do krzewu, który przestał już płonąć.
— Oleje palą się na powierzchni rośliny, ale nie czynią jej krzywdy — powtórzył cicho, jak gdyby w zadumie. Uśmiech Jima stał się delikatniejszym, jak zawsze, gdy był zamyślonym. Wyciągnął rękę w stronę krzewu, jak gdyby pragnął i siebie samego namaścić tymi olejami, choć nie po to, aby uchronić się przed oparzeniami… Posłyszawszy słowa Helloise opamiętał się jednak.
"Możesz zrobić mu to jeszcze raz."
Było w tej dziewczynie coś pierwotnego, co Jim rozumiał w sposób bardziej intuicyjny niż intelektualny. Jej wiara w potęgę natury oznaczała również wiarę w jej okrucieństwo. W dominację silniejszego nad słabszym, moc doboru naturalnego. W brutalność otaczającego ich świata, o której sam jej przecież opowiadał, przywołując opowieści starotestamentowych proroków.
Nie pogardzał nią z tego powodu. Musiałby wówczas pogardzać sobą.
Możesz, więc zrób to, usłyszał w jej tonie. A jednak Helloise nie użyła tych słów. To Jim sam je sobie dopowiedział, bo przecież wszystko było piękniejsze, gdy stało w płomieniach.
— Oto jest dowód na dzikość świata stworzonego przez Boga. Oto jest dowód, że nie da się tej dzikości okiełznać. — Nachyliwszy się nad krzewem, odgarnął za ucho włosy, z których letnie słońce zdawało się wydobywać rudawe refleksy. A może to ogniste języki wiły się wokół jego głowy niby płomienna aureola. Jim w pełni swego boskiego natchnienia skupiony był jednak na studiowaniu wzorów pokrywających płatki kwiatów dyptamu. — Krzew trawi ogień, pozostawiając po sobie popiół. Popiół użyźnia ziemię, z której na powrót wyrośnie krzew… Wszystko wydaje się z sobą walczyć o przetrwanie. Gdzie w tym dzikim ogrodzie miejsce dla boskiego porządku?
Od dnia, w którym pierwsze płomienie zatańczyły w jego dłoniach, wiedział, że ogień nie przyszedł do niego przypadkiem, że był największym przekleństwem, a zarazem największym błogosławieństwem, jakim mógł obdarzyć go Bóg. Zaklęty żywioł tlił się w nim zawsze, drgał pod opuszkami palców, łaskotał pieszczotliwie skórę, prosząc, aby Jim pozwolił mu wyrwać na wolność. A Jim mu pozwalał.
Bo Jim był przecież tylko człowiekiem.
Powlekał wargi miodną żywicą, w której błyszczały drobinki pyłku ognistych wróżek, baraszkujących pośród drzew porastających prastare knieje, aby ogień mógł poczuć jej słodki smak, gdy zaklinał go w jego własnym języku. Według starych wierzeń irlandzkich druidów, miód wróżek zapewniać miał temu, kto go spożyje, władzę nad ogniem. Ale Jim nie chciał władzy. Jim był ogniem, a ogień był Jimem. Byli przyjaciółmi, byli braćmi, byli jednym duchem w jednym ciele. Zwracał się do ognia tak, jak zwracał się do Boga. Zawsze po imieniu. Zawsze z czułą rewerencją, z łagodnym "przyjdź", po którym następowało zawsze "proszę".
Jakże łatwo było się w tej boskiej unii zapomnieć. Bo Jim był przecież tylko człowiekiem. Ale jeżeli byłby płomieniem, czy musiałby od razu stać się pożarem? Pogrążyć świat w pożodze? Odsunąwszy się ostrożnie od krzewu, wreszcie podniósł oczy na Helloise.
— A jednak Bóg nie krzywdzi stworzenia, które sam stworzył. Nie niszczy go po to tylko, żeby udowodnić, że ma moc, aby to zrobić. — Jim wyciągnął rękę w stronę Helloise. Pokazał jej woreczek, który nosił przytroczony do pasa, wiedząc, że nie musi jej zachęcać, aby zobaczyła, co jest w środku.
W środku był popiół.
— Tyle zostałoby z gorejącego krzewu, gdybym go podpalił. A ja wolałbym pokazać ci, jak tworzę. Po to przyszedłem. Pomyślałem, że chciałabyś zobaczyć. — Niecierpliwie przestąpił z nogi na nogę, zamachawszy butami, które trzymał w wolnej ręce, związane za sznurówki. Oto James z rodu Dawida znowu był tak po prostu Jimem. — Chciałabyś?
Helloise była dziwną istotą, ale lubił z nią być. Zafalowała mu przed oczami niby fatamorgana, wiedział jednak, że to złudzenie jedynie: wpatrywał się więc uparcie w jej twarz, w której jeszcze przez chwilę odbijały się płomienie. W niknący poblask, który czynił rysy dziewczyny surowszymi. Piękniejszymi, zadecydował Jim. Wszystko było piękniejsze, gdy spowite było w ogniu. Ogniu, który w pieszczocie drżącego od skwaru powietrza zbliżył się do Helloise, gdy ta stanęła tuż za płonącym krzewem. Ona też była piękna, choć nie płonęła. Światło padło od dołu na jej twarz, zniekształcając na moment linię szczęki i podbródka. Gdyby oparł dłoń o policzek, wciąż mógłby jednak poczuć go pod palcami. Mógłby poczuć usta, z wypukłością górnej wargi spowitej przez krótką chwilę w cieniu. Z dolną wargą rozświetloną do białości.
Oto była jedyna czułostka na jaką mógł zdobyć się ogień, który nie potrafił dotknąć, nie raniąc przy tym: nie różniła się od gestu chłopaka, który w zamyśleniu przejechał palcami po spierzchniętych ustach, ledwo rozchylił je, aby przemówić. A jednak powstrzymał się, jak gdyby potrzebował chwili do namysłu. Jak gdyby potrzebował poczuć podrażnioną gorącym powietrzem skórę. Wilgoć lata, skraplającą się na ciele po upalnym dniu. Wargi miał suche, ale kilka kropel potu błyszczało ponad łukiem kupidyna. Starł je wiecznie poparzonymi opuszkami palców, nie dbając o pozostałą za paznokciami ziemię, zaraz bowiem z powrotem zagłębił w nią palce. Nie było to wiele, ale tylko tym mógł się podzielić z wypaloną słońcem trawą. Nakreślił delikatnie znak krzyża, błogosławiąc jej niemo, zanim podniósł się na nogi.
Zbliżył się do krzewu, który przestał już płonąć.
— Oleje palą się na powierzchni rośliny, ale nie czynią jej krzywdy — powtórzył cicho, jak gdyby w zadumie. Uśmiech Jima stał się delikatniejszym, jak zawsze, gdy był zamyślonym. Wyciągnął rękę w stronę krzewu, jak gdyby pragnął i siebie samego namaścić tymi olejami, choć nie po to, aby uchronić się przed oparzeniami… Posłyszawszy słowa Helloise opamiętał się jednak.
"Możesz zrobić mu to jeszcze raz."
Było w tej dziewczynie coś pierwotnego, co Jim rozumiał w sposób bardziej intuicyjny niż intelektualny. Jej wiara w potęgę natury oznaczała również wiarę w jej okrucieństwo. W dominację silniejszego nad słabszym, moc doboru naturalnego. W brutalność otaczającego ich świata, o której sam jej przecież opowiadał, przywołując opowieści starotestamentowych proroków.
Nie pogardzał nią z tego powodu. Musiałby wówczas pogardzać sobą.
Możesz, więc zrób to, usłyszał w jej tonie. A jednak Helloise nie użyła tych słów. To Jim sam je sobie dopowiedział, bo przecież wszystko było piękniejsze, gdy stało w płomieniach.
— Oto jest dowód na dzikość świata stworzonego przez Boga. Oto jest dowód, że nie da się tej dzikości okiełznać. — Nachyliwszy się nad krzewem, odgarnął za ucho włosy, z których letnie słońce zdawało się wydobywać rudawe refleksy. A może to ogniste języki wiły się wokół jego głowy niby płomienna aureola. Jim w pełni swego boskiego natchnienia skupiony był jednak na studiowaniu wzorów pokrywających płatki kwiatów dyptamu. — Krzew trawi ogień, pozostawiając po sobie popiół. Popiół użyźnia ziemię, z której na powrót wyrośnie krzew… Wszystko wydaje się z sobą walczyć o przetrwanie. Gdzie w tym dzikim ogrodzie miejsce dla boskiego porządku?
Od dnia, w którym pierwsze płomienie zatańczyły w jego dłoniach, wiedział, że ogień nie przyszedł do niego przypadkiem, że był największym przekleństwem, a zarazem największym błogosławieństwem, jakim mógł obdarzyć go Bóg. Zaklęty żywioł tlił się w nim zawsze, drgał pod opuszkami palców, łaskotał pieszczotliwie skórę, prosząc, aby Jim pozwolił mu wyrwać na wolność. A Jim mu pozwalał.
Bo Jim był przecież tylko człowiekiem.
Powlekał wargi miodną żywicą, w której błyszczały drobinki pyłku ognistych wróżek, baraszkujących pośród drzew porastających prastare knieje, aby ogień mógł poczuć jej słodki smak, gdy zaklinał go w jego własnym języku. Według starych wierzeń irlandzkich druidów, miód wróżek zapewniać miał temu, kto go spożyje, władzę nad ogniem. Ale Jim nie chciał władzy. Jim był ogniem, a ogień był Jimem. Byli przyjaciółmi, byli braćmi, byli jednym duchem w jednym ciele. Zwracał się do ognia tak, jak zwracał się do Boga. Zawsze po imieniu. Zawsze z czułą rewerencją, z łagodnym "przyjdź", po którym następowało zawsze "proszę".
Jakże łatwo było się w tej boskiej unii zapomnieć. Bo Jim był przecież tylko człowiekiem. Ale jeżeli byłby płomieniem, czy musiałby od razu stać się pożarem? Pogrążyć świat w pożodze? Odsunąwszy się ostrożnie od krzewu, wreszcie podniósł oczy na Helloise.
— A jednak Bóg nie krzywdzi stworzenia, które sam stworzył. Nie niszczy go po to tylko, żeby udowodnić, że ma moc, aby to zrobić. — Jim wyciągnął rękę w stronę Helloise. Pokazał jej woreczek, który nosił przytroczony do pasa, wiedząc, że nie musi jej zachęcać, aby zobaczyła, co jest w środku.
W środku był popiół.
— Tyle zostałoby z gorejącego krzewu, gdybym go podpalił. A ja wolałbym pokazać ci, jak tworzę. Po to przyszedłem. Pomyślałem, że chciałabyś zobaczyć. — Niecierpliwie przestąpił z nogi na nogę, zamachawszy butami, które trzymał w wolnej ręce, związane za sznurówki. Oto James z rodu Dawida znowu był tak po prostu Jimem. — Chciałabyś?
gniew mój wybuchnie
jak ogień będzie płonął
i nikt nie zdoła go zgasić
jak ogień będzie płonął
i nikt nie zdoła go zgasić