Westchnięcie zamarło na jej ustach zaczarowane, wiedzione niewiadomą nutą ckliwości i zawoalowanej tęsknoty – nie tęskniła rzecz jasna za pompatyczną osobą Notta; słuszniejsze byłoby stwierdzenie, iż miriady myśli wiodły ją ku czasom sielskim i młodzieńczym, gdy napiętnowała ją raptem dwudziesta pierwsza wiosna, a wszystko rozgorało iskrami ognia we wnętrzu. To, iż osoba Philipa była nieodzownym elementem tamtejszej rzewności, stanowiło przypadek – mógł to być jakikolwiek młodzieniec, do którego lotna dusza zapałałaby uczuciem.
Wcisnęła mu więc wianek z agresją, nieomal kiereszując barwny bukiet kwiat zerkający główkami kwiatów ku podszyciu ziemskiemu, na którym rozgorały pierwsze migotliwe gwiazdy. Zrezygnowana przymknęła oczy na jego słowa.
– Chciałam życzyć powodzenia, ale zamiast tego: spadnij na ten głupi ryj – rzekła nieelegancko – taką Lestrange widzieli nieliczni, gdyż jedna z masek pogody ducha, które przybierała na co dzień opadła, ukazując brzydkie wnętrze.
Obserwowała jak Nott wspina się na sam szczyt słupa – nie był jednym z pierwszym, jednak nie obchodziło ją to za bardzo; w duchu zaklęła jedynie, iż nie połamał sobie kręgosłupa.
– Słuchaj – zaczęła, gdy do niej podszedł. – Wiem, że jesteś bożyszczem nastolatek, jednak nie masz na co liczyć.
Chwilę się wahała, jednak po surowym momencie oczekiwania pocałowała siebie w wewnętrzną stronę dłoni i tę właśnie dłoń po tym przyłożyła do jego warg.
– Substytut pocałunku – rzuciła lekko.
Jej wzrok prześlizgnął się na blondwłosą Flintównę, której usta spoczęły na policzku jej brata – złudnie blisko kącika ust. Posłała jej spojrzenie pełne dezaprobaty, nie podchodząc jednak do dwójki – wielokroć milsze było obrażanie Notta.