• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Little Hangleton v
1 2 3 4 Dalej »
[27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór

[27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór
sedulous
Ambition tearing out the heart of you
Carving lines into you
Dripping down the sides of you
wiek
28
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
różdżkarz/snycerz/badacz
Smukła, dość wysoka jak na kobietę (172cm), niewyróżniająca się z tłumu. To co zapamiętasz po kilkusekundowej migawce, to jej ciemne włosy. Włosy, naturalnie przypominające puchową szopę, ujarzmia zaklęciami wygładzającymi. Niewielu wie, że jest pół-człowiekiem pół-pudlem, bo ten rytuał pielęgnacyjny odprawia już od 10 roku życia (dziękuję ci, świętej pamięci mamo!!) W półmroku niekoniecznie brzydka, ale dużo traci w starciu z bezlitosnym słońcem. Ujawni sińce pod oczyma i bladą, nawet trochę szarą cerę. Nie potrafi ubrać się stosownie do okazji, więc jeśli zauważysz, że w miejscu publicznym wygląda zaskakująco dobrze, to znaczy, że palce maczały w tym osoby trzecie. Głos ma raczej niższy, niż wysoki, ale wyjątkowo młody, trochę nawet dziecinny. Zawsze pachnie wiśnią. Prawdziwą czy jakimś syntetykiem magicznym, nikt nie jest w stanie stwierdzić.

Septima Ollivander
#6
Wczoraj, 23:33  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: Dzisiaj, 02:29 przez Septima Ollivander.)  
Było jej jakoś prościej z wizją biernej bliskości, takiej, która nie wymagała od drugiej osoby żadnej wzajemności. Bo jakże łatwiej przychodziło jej dawać i pielęgnować, czule, ale dłonią wyciągniętą z czeluści okratowanego pudła, tak aby nikt czasem nie mógł jej dosięgnąć i chwycić w akcie pieszczotliwego odwetu. Jeszcze kilka dni temu wiernie ofiarowywała mu swoją przyjaźń, jednocześnie enigmatycznie ostrzegając przed nią samą — nie z kaprysu ani z błahej fanaberii, ale ze strachu przed utratą i krzywdą, na którą nigdy nie była gotowa.
Gnębiąca ją samotność ojca sprawiała, że gubiła litery w swoich pracach. Mniej jadła, gdy Flint wyruszał w niebezpieczne morskie podróże. Mniej spała, gdy Leviathan bez słowa oddalał się, mimo łączącej ich niegdyś więzi. Oddawała ludziom skrawki siebie, chętnie i bez rachunku, ale z tymi, które ktoś próbował oddać jej samej, nie wiedziała do końca, co zrobić. Obracała je w palcach jak cudzy, zbyt strojny i drogi prezent, którego nie wypadało w ogóle przyjąć.
Tyle że przy Savašie ta obawa sięgała gdzieś głębiej, tam, gdzie nie docierało nawet światło przenikliwie rażącej lampy. Wargi muskające jej dłoń wypaliły na skórze wstydliwy krater, który wymuszał na mięśniach płochliwe naprężenie. Takie, jakie u każdej innej, normalnej osoby prędzej pojawiało się w oczekiwaniu na fizyczny cios, niż przy geście dżentelmeńskiej wdzięczności. Dlaczego? Nie wiedziała. Drżącej dłoni jednakże nie cofnęła, blademu uśmiechowi zezwalając, aby wkradł się na wargi.
Pozwoliła przyjacielowi płakać w milczeniu. Cisza zaopiekowała się nim przez tych kilka chwil lepiej, niż zdołałoby jakiekolwiek słowo. Dopiero potem przesunęła opuszkami po aksamitnych policzkach, zbierając z nich wilgoć z taką miękkością, z jaką strząsa się rosę z delikatnych płatków maku, które rozsypać by się mogły od nawet najlżejszego podmuchu.

Więzień nienawiści, słowa obracały się w niej uparcie, kiedy błądziła wzrokiem po regałach i komodzie, aż zatrzymała się na kominku, na którym ziało puste miejsce po zegarze.
Jeszcze przy furtce niemal rozczarowało ją to, jak zwyczajnie wyglądał ten dom. Teraz ta zwyczajność wydała jej się wypielęgnowana aż do przesady, wyszorowana jak wytarta deska, z której zbyt długo i obsesyjnie zmywano coś, czego nie dało się zmyć.
Nie mogła nie zadać pytania, które samo sunęło się na usta.
— Czy ktoś cię tu krzywdzi, Savašie? — zapytała cicho — …nie musisz mi teraz odpowiadać. Chcę tylko, żebyś wiedział, że możesz mi powiedzieć.
Cisza, która zapadła po tych słowach, ciążyła jej bardziej niż jakakolwiek odpowiedź. Nie potrafiła wyciągać od niego bolesnej szczerości, nie oferując w zamian własnej. Nie mogła zaglądać mu pod jeszcze świeżo broczące opatrunki, samej trzymając swoje rany szczelnie zawinięte.
Odchyliła więc głowę, wzrok wbijając w sufit. Nikomu nigdy o tym nie mówiła.
— Kilka lat temu kupowałam u pewnej wiedźmy z Nokturnu. Ingrediencje z przemytu, książki, których nie ma w żadnym katalogu. Nie musiałam. Chciałam. Chciałam mieć to, czego nie miał inny rzemieślnik z Pokątnej. Chciałam czytać to, do czego żaden ambitny uczeń nie miał dostępu. Byłam zachłanna. I głupia, tak cholernie głupia. — wypluła z siebie powietrze, jakby miało zgniły posmak. — Wpakowałam się w coś, od czego nie było odwrotu. Myślałam, że w najgorszym wypadku stracę sakiewkę.
Zapauzowała, w bezdennej pustce umysłu poszukując odpowiednich słów.
— Popełniłam tyle błędów… Zadarłam z ludźmi, z którymi zadziera się tylko raz. A potem któryś z nich chciał wyrównać rachunki, tak jak rachunki wyrównuje się w ich świecie. Najemnik wiedźmy z Nokturnu zarżnął go na moich oczach.
A jego ciepła krew trysnęła mi na twarz, chciała dodać, ale w coś takiego nikt by nie uwierzył.
— Kiedy go błagałam, żeby przestał, powiedział… — Głos załamał się jej pod ciężarem wspomnienia, które wciąż lepiło się do skóry, choć zmyła je dawno temu. Parsknęła gorzko. — Powiedział, że sama się zaprowadziłam tam, gdzie leje się krew. Miał rację. Tylko że stchórzyłam i uznałam, że to ja bardziej zasługuję na drugą szansę. A wyrok wykonały za mnie cudze ręce.
A potem zginął również sam Flynn i choć namaścił ją piętnem, z którym żyć musiała już do samego końca, to wierzyła z całą mocą swojego rozdartego sumienia, że na taki los nie zasługiwał. Opowiadając, rozdzielała mu włosy na równe pasma, niby od niechcenia, choć palce, posłuszne jakiemuś dawnemu rytuałowi, już zaczynały plecenie warkocza, mimo iż do prawidłowego splotu brakowało jej kilku dobrych cali. Nie wiedziała, które z nich miało przy tym ulec ukojeniu.
— To nie jest wspomnienie młodzieńczych błędów, które można naprawić. W najlepszym wypadku narażam reputację ojców mojego ojca, budowaną skrupulatnie przez wieki. W najgorszym… — Spuściła oczy z sufitowego bezkresu, przechylając głowę ku niemu, i ucięła, nie znajdując w sobie niczego więcej poza wyrwą, którą ktoś lub coś kiedyś w niej wyrąbało i zostawiło otwartą na przeciągi.
W jej wyobraźni istniało miejsce na niemalże każdą ewentualność, ale żadna nie odebrałaby jej zaufania do Savaša ani nie zasiałaby w niej zwątpienia. Znali się od lat, od sabatowych ognisk i rodzinnych zgromadzeń kowenu, acz nazwisko Gregorovitch od zawsze ciągnęło się za nim jak swąd za zgaszonym knotem. Długo wypatrywała w nim marsowego cienia, który według plotek nosił w sobie każdy rzemieślnik z tego rodu, i czekała, aż wyrośnie w niego tak, jak sęk wrasta w młode drewno. Wyrósł zamiast tego na wiernego przyjaciela o wrażliwej duszy i życzliwym usposobieniu. Ciepło, które tliło się w nim niezmożenie, przetrwało wszystko, co mu odebrano, i Septima nie potrafiła sobie wyobrazić, by te same dłonie, które podsuwały jej w lesie gałązki do powąchania, mogły kiedykolwiek świadomie wyrządzać zło i cierpienie.
— Nie znajdziesz we mnie żadnego osądu. — Odgarnęła mu troskliwie kosmyk przylegający do czoła. — Nie istnieje nic, czego nie byłabym w stanie zrozumieć — w kącie jej oka pulsowała czarna mata, a w nozdrzach wciąż majaczyła tarnina, cierpka i natrętna. — Obiecuję.
Nie potrafiła obiecać mu niczego więcej. Ani świtu bez gniewu, ani księgi bez śladów ognia, ani ojca, który zrozumie. Bez fałszu, bez lukrowanych nadziei bez pokrycia, mogła mu na ten moment dać tylko siebie.
— Zostanę tu z tobą do rana. — Przysiadła na zimnej posadzce przy jego krześle, głowę opierając o jego kolano, i dopiero wtedy przypomniała sobie, że poza nocną koszulą nie miała na sobie nic, co mogłoby ją osłonić przed chłodem parkietu. Albo przed spojrzeniem Mykewa o świcie.
Nie musiała mu dopowiadać, że Mykew mógł się złościć o wiele rzeczy, ale na widok niezapowiedzianej Ollivanderówny we własnym domu z pewnością znalazłby w sobie dość gniewu, żeby choć na chwilę zapomnieć o przewinieniach — nie musisz nic mówić. Ale… wydaje mi się, że będzie ci lżej, kiedy to z siebie wyrzucisz.
Jej nierozprostowana czupryna rozsypała mu się na kolanach, wciąż pachnąca nocą, deszczem i przebytą drogą, a ona zastygła z policzkiem wtulonym w szorstki materiał jego spodni i czekała cierpliwie.


Kocham drewno i duże bicepsy.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Savaš Gregorovitch (3371), Septima Ollivander (2994)




Wiadomości w tym wątku
[27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór - przez Savaš Gregorovitch - 20.09.2026, 18:53
RE: [27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór - przez Septima Ollivander - 05.10.2026, 21:02
RE: [27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór - przez Savaš Gregorovitch - 02.11.2026, 17:52
RE: [27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór - przez Septima Ollivander - 02.11.2026, 22:17
RE: [27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór - przez Septima Ollivander - Wczoraj, 23:33
RE: [27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór - przez Savaš Gregorovitch - 04.11.2026, 19:17

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa