21.03.2023, 23:54 ✶
Kiedy Sarah ogarniała błogość, niebyt zbliżającego się końca, do którego chciała chętnie sięgnąć, Dora starannie i rozpaczliwie odsuwała od siebie myśl, że dla panny Macmillan mógłby to być koniec. Nie była gotowa, by życie blondynki przemknęło przez palce, podczas gdy ona bardzo, z całego serca próbowała je pochwycić i zatrzymać na miejscu. Nie była gotowa na to, by tracić kogokolwiek, ale czy jakikolwiek poprawnie funkcjonujący człowiek był gotowy przyglądać się, jak bezruch zakradał się do czyich oczu? Jak nieruchomieje ciało i jak ucieka z niego najważniejsze 21 gramów? Pewnie ktoś mógłby się z nią całkowicie nie zgodzić, sugerując że śmierć jest czymś naturalnym i prawdę powiedziawszy, Dora do tej pory uważała podobnie. Naturalność jednak tego fenomenu nie podważała bólu, jaki pozostawał w sercu tych, którzy zostawali z tyłu.
Powtarzała jej imię z uporem maniaka, dłoniami obejmując jej policzki z właściwą dla siebie delikatnością, jakby nawet ten mrożący krew w żyłach moment niepewności nie był w stanie zmusić jej to zawarcia rozpaczy i niepewności we własnych gestach. Jakaś część Crawley liczyła chyba na to, że sam jej głos rozgoni wszystko to, co mogło otaczać Sarah. Jakby jego tembr miał zadziałać niczym latarnia morska i poprowadzić ją prosto do domu. Do rzeczywistości; może i bolesnej, przepełnionej smrodem spalenizny i popiołem, ale wciąż o wiele bardziej potrzebującej jej, niż rozbłyskająca gdzieś w oddali jasność.
Kiedy Sara zachłysnęła się i zaczęła kaszleć, w pierwszej chwili Dora uśmiechnęła się. Szeroko, z ulgą, zaraz jednak reflektując się i klepiąc lekko koleżankę po plecach, by ewentualnie pomóc jej w ten sposób. Patrzyła na nią z troską i bólem, kiedy przetoczyła się dalej, wyraźnie cierpiąc. Niestety jednak, Dora nie miała przy sobie żadnych eliksirów, ale też dopuszczała zwyczajną możliwość, że ciężkie regały tak działały na ludzi. Co prawda nigdy żaden ją nie przygniótł, ale potrafiła sobie wyobrazić, jak wielki musiał być to szok dla ciała.
- Żyjesz - wyszeptała bardziej, niż powiedziała, bo głos jej się nieco załamał, kiedy wreszcie przywarła do Sarah w uścisku, jakby nie wierząc w prawdziwość tych słów. Ich realność i radość, jaką ze sobą niosły. I ulgę. Ogromną, niepowstrzymaną ulgę, która sprawiła, że się bezgłośnie rozpłakała. Szybko jednak puściła Macmillan, mimo że nie chciała. Mimo, że jej ręce rozplątały się z wyraźną niechęcią i ociąganiem. Nie chciała jednak sprawiać dziewczynie bólu.
- Przepraszam - otarła łzy gestem dłoni, spoglądając po niej. - Nie... on... uciekł. - obejrzała się przez ramię w kierunku wejścia, jakby chcąc sprawdzić, czy faktycznie tak było. Czy nie wrócił może i nie zaskoczył ich. Drzwi jednak stały puste, pokazując tylko ciekawskie twarze na zewnątrz. - Ashling... znaczy, aurorka pobiegła za nim, chcąc go złapać. - wróciła spojrzeniem do koleżanki, przyglądając jej się z troską. - Jak się czujesz? Bardzo cię boli? Gdzie? - zapytała, bo sam temat tego, że mogła się ruszać, miały już za sobą. I całe szczęście, bo Dora chyba oszalałby, gdyby okazało się, że regał Sarę obezwładnił.
Powtarzała jej imię z uporem maniaka, dłoniami obejmując jej policzki z właściwą dla siebie delikatnością, jakby nawet ten mrożący krew w żyłach moment niepewności nie był w stanie zmusić jej to zawarcia rozpaczy i niepewności we własnych gestach. Jakaś część Crawley liczyła chyba na to, że sam jej głos rozgoni wszystko to, co mogło otaczać Sarah. Jakby jego tembr miał zadziałać niczym latarnia morska i poprowadzić ją prosto do domu. Do rzeczywistości; może i bolesnej, przepełnionej smrodem spalenizny i popiołem, ale wciąż o wiele bardziej potrzebującej jej, niż rozbłyskająca gdzieś w oddali jasność.
Kiedy Sara zachłysnęła się i zaczęła kaszleć, w pierwszej chwili Dora uśmiechnęła się. Szeroko, z ulgą, zaraz jednak reflektując się i klepiąc lekko koleżankę po plecach, by ewentualnie pomóc jej w ten sposób. Patrzyła na nią z troską i bólem, kiedy przetoczyła się dalej, wyraźnie cierpiąc. Niestety jednak, Dora nie miała przy sobie żadnych eliksirów, ale też dopuszczała zwyczajną możliwość, że ciężkie regały tak działały na ludzi. Co prawda nigdy żaden ją nie przygniótł, ale potrafiła sobie wyobrazić, jak wielki musiał być to szok dla ciała.
- Żyjesz - wyszeptała bardziej, niż powiedziała, bo głos jej się nieco załamał, kiedy wreszcie przywarła do Sarah w uścisku, jakby nie wierząc w prawdziwość tych słów. Ich realność i radość, jaką ze sobą niosły. I ulgę. Ogromną, niepowstrzymaną ulgę, która sprawiła, że się bezgłośnie rozpłakała. Szybko jednak puściła Macmillan, mimo że nie chciała. Mimo, że jej ręce rozplątały się z wyraźną niechęcią i ociąganiem. Nie chciała jednak sprawiać dziewczynie bólu.
- Przepraszam - otarła łzy gestem dłoni, spoglądając po niej. - Nie... on... uciekł. - obejrzała się przez ramię w kierunku wejścia, jakby chcąc sprawdzić, czy faktycznie tak było. Czy nie wrócił może i nie zaskoczył ich. Drzwi jednak stały puste, pokazując tylko ciekawskie twarze na zewnątrz. - Ashling... znaczy, aurorka pobiegła za nim, chcąc go złapać. - wróciła spojrzeniem do koleżanki, przyglądając jej się z troską. - Jak się czujesz? Bardzo cię boli? Gdzie? - zapytała, bo sam temat tego, że mogła się ruszać, miały już za sobą. I całe szczęście, bo Dora chyba oszalałby, gdyby okazało się, że regał Sarę obezwładnił.
The woods are lovely, dark and deep,
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.