22.03.2023, 00:21 ✶
Zaśmiała się tylko, kręcąc głową. Tak, Moody był, jaki był, niemniej pomylenie dziecka z kaflem brzmiało zbyt absurdalnie, nawet jak na niego. Tyle że nie miała zamiaru go przekonywać. Tak samo jak i nie planowała wielu innych rzeczy.
Rzeczy, które może mogłyby się wydarzyć w innym świecie. W takim, w którym by nie znikał bez słowa, nie ranił dogłębnie. I tak, obecny stan rzeczy był w pewnym sensie o wiele prostszy – bo odpadały wszelkie codzienne oczekiwania i wiążące się z tym zmartwienia. Bo łatwiej już było uśmiechnąć się do tylko przyjaciela, współpracownika, spędzić parę dłuższych chwil nad kuflem piwa niż ciągle się zastanawiać, czy kolacja nie będzie stygła nadaremno.
Ale było Beltane.
Być może ostatnie Beltane i naprawdę teraz nie miało znaczenia, czy Alek się zmienił – że się nigdy zapewne nie zmieni – bo cokolwiek miało się między nimi wydarzyć tej nocy, miało należeć do tylko tej nocy. Nie do jutra, o ile jakieś w ogóle nastąpi.
Podobno lepiej żałować czegoś, co się zrobiło niż braku działania. A żałować nie zamierzała.
Z błyszczącymi oczyma dała się posadzić na krześle, z którego oglądała zmagania Moody’ego, nie omieszkując mu w tym kibicować. Zupełnie jakby była młodszą wersją siebie, jakby granica wytyczona przez nią przestała istnieć.
Obserwowała z zapartym wręcz tchem, żeby ostatecznie – gdy jej wybranek zwyciężył – wydać z siebie radosny okrzyk. Poderwała się na równe nogi i chyba tylko zapach płaszcza, jaki wciąż czuła, powstrzymał przed całkowitym porzuceniem zajmowanego miejsca.
Po co kusić lepkie ręce?
Ale gdy już powrócił, nie krępowała się, rzucając się mężczyźnie na szyję, zaciągając się przy tym znajomą wonią. Magia Beltane działała, z nieodmiennie zaskakującą siłą, choć… cichy głosik, gdzieś z tyłu głowy, pozostawał obecny. Jeszcze.
- To było wspaniałe – niemalże szepnęła, muskając zaraz wargami policzek Alka – Odejdziemy na chwilę na bok czy…? – nie musiała raczej kończyć zdania; zew sabatu sam popychał w stronę tanecznych kręgów. Nawet Bones, która z zasady unikała pląsów, wydawała się nie mieć nic przeciwko dołączeniu do innych tancerzy, do wejśc tam, gdzie gęstwina zapachów wydawała się być teraz największa.
I tak liczył się tylko ten jeden.
Rzeczy, które może mogłyby się wydarzyć w innym świecie. W takim, w którym by nie znikał bez słowa, nie ranił dogłębnie. I tak, obecny stan rzeczy był w pewnym sensie o wiele prostszy – bo odpadały wszelkie codzienne oczekiwania i wiążące się z tym zmartwienia. Bo łatwiej już było uśmiechnąć się do tylko przyjaciela, współpracownika, spędzić parę dłuższych chwil nad kuflem piwa niż ciągle się zastanawiać, czy kolacja nie będzie stygła nadaremno.
Ale było Beltane.
Być może ostatnie Beltane i naprawdę teraz nie miało znaczenia, czy Alek się zmienił – że się nigdy zapewne nie zmieni – bo cokolwiek miało się między nimi wydarzyć tej nocy, miało należeć do tylko tej nocy. Nie do jutra, o ile jakieś w ogóle nastąpi.
Podobno lepiej żałować czegoś, co się zrobiło niż braku działania. A żałować nie zamierzała.
Z błyszczącymi oczyma dała się posadzić na krześle, z którego oglądała zmagania Moody’ego, nie omieszkując mu w tym kibicować. Zupełnie jakby była młodszą wersją siebie, jakby granica wytyczona przez nią przestała istnieć.
Obserwowała z zapartym wręcz tchem, żeby ostatecznie – gdy jej wybranek zwyciężył – wydać z siebie radosny okrzyk. Poderwała się na równe nogi i chyba tylko zapach płaszcza, jaki wciąż czuła, powstrzymał przed całkowitym porzuceniem zajmowanego miejsca.
Po co kusić lepkie ręce?
Ale gdy już powrócił, nie krępowała się, rzucając się mężczyźnie na szyję, zaciągając się przy tym znajomą wonią. Magia Beltane działała, z nieodmiennie zaskakującą siłą, choć… cichy głosik, gdzieś z tyłu głowy, pozostawał obecny. Jeszcze.
- To było wspaniałe – niemalże szepnęła, muskając zaraz wargami policzek Alka – Odejdziemy na chwilę na bok czy…? – nie musiała raczej kończyć zdania; zew sabatu sam popychał w stronę tanecznych kręgów. Nawet Bones, która z zasady unikała pląsów, wydawała się nie mieć nic przeciwko dołączeniu do innych tancerzy, do wejśc tam, gdzie gęstwina zapachów wydawała się być teraz największa.
I tak liczył się tylko ten jeden.