22.03.2023, 15:03 ✶
Ta róża miała kolce, chociaż może bardziej właściwe byłoby przyr ównanie tej kobiety do jadowitej tentakuli. Któregoś dnia otruje się własnym jadem.
— Jak zawsze czarująca — Skomentował skierowane do niego słowa z subtelną złośliwością. To nie był pierwszy raz, kiedy Lestrange pokazywała mu się od tej właśnie strony. Nie tylko nie spadł z tego słupa na swój głupi ryj, ale również dopiął swego zarzucając ten wieniec na tę konstrukcję. Pozostawał zadowolony ze swojego wyniku i poddał się tej euforii wywołanej tym dokonaniem. Spostrzegł tańczące kobiety wokół pala i buchające płomienie. To była najlepsza część tego Sabatu, oferująca najwięcej interesujących go doznań. Chciał teraz trochę potańczyć, pić wino i skończyć z drugą osobą pomiędzy drzewami.
— Powiedz mi jedno Loretto... czy nie znalazł się nikt, na kogo mogłabyś liczyć jeśli chodzi o tę część Sabatu? Jeśli ktoś nie rzucił na ciebie jakiegoś uroku to wręczyłaś mi tę wiązankę z własnej woli, co prawda okraszoną życzeniami rychłego upadku, czy jednak temu zaprzeczysz? Czyżby to była desperacja? — Zwracając się do niej ponownie sięgnął po ten mruczący ton głosu, unosząc oba kąciki ust w niepasującym do toku ich rozmowy delikatnym uśmiechu, zaistniałym bez włożenia ogromnego wysiłku w zmuszenie mięśni twarzy w jego powstanie. Powracająca złośliwość stała się nieco dosadniejsza, kiedy wypowiadał każde z tych słów. Nie odrywał błękitnego spojrzenia od twarzy artystki, śledząc zachodzące na niej zmiany. Może w tym momencie niebezpiecznie przeciągał strunę. Zamierzał do końca trzymać fason, nie zamierzając narażać na szwank swojej starannie pielęgnowanej reputacji. Nie musiał przecież jej wyzywać od najgorszych, by pokazać się od tej strony. Już ten substytut pocałunku mogła sobie darować.
— Dla mnie ten wieczór dopiero się zaczyna, idę się bawić — Po wypowiedzeniu tych słów zamierzał po prostu odejść i poszukać lepszego towarzystwa do zabawy, zostawiając samą Lorettę.
— Jak zawsze czarująca — Skomentował skierowane do niego słowa z subtelną złośliwością. To nie był pierwszy raz, kiedy Lestrange pokazywała mu się od tej właśnie strony. Nie tylko nie spadł z tego słupa na swój głupi ryj, ale również dopiął swego zarzucając ten wieniec na tę konstrukcję. Pozostawał zadowolony ze swojego wyniku i poddał się tej euforii wywołanej tym dokonaniem. Spostrzegł tańczące kobiety wokół pala i buchające płomienie. To była najlepsza część tego Sabatu, oferująca najwięcej interesujących go doznań. Chciał teraz trochę potańczyć, pić wino i skończyć z drugą osobą pomiędzy drzewami.
— Powiedz mi jedno Loretto... czy nie znalazł się nikt, na kogo mogłabyś liczyć jeśli chodzi o tę część Sabatu? Jeśli ktoś nie rzucił na ciebie jakiegoś uroku to wręczyłaś mi tę wiązankę z własnej woli, co prawda okraszoną życzeniami rychłego upadku, czy jednak temu zaprzeczysz? Czyżby to była desperacja? — Zwracając się do niej ponownie sięgnął po ten mruczący ton głosu, unosząc oba kąciki ust w niepasującym do toku ich rozmowy delikatnym uśmiechu, zaistniałym bez włożenia ogromnego wysiłku w zmuszenie mięśni twarzy w jego powstanie. Powracająca złośliwość stała się nieco dosadniejsza, kiedy wypowiadał każde z tych słów. Nie odrywał błękitnego spojrzenia od twarzy artystki, śledząc zachodzące na niej zmiany. Może w tym momencie niebezpiecznie przeciągał strunę. Zamierzał do końca trzymać fason, nie zamierzając narażać na szwank swojej starannie pielęgnowanej reputacji. Nie musiał przecież jej wyzywać od najgorszych, by pokazać się od tej strony. Już ten substytut pocałunku mogła sobie darować.
— Dla mnie ten wieczór dopiero się zaczyna, idę się bawić — Po wypowiedzeniu tych słów zamierzał po prostu odejść i poszukać lepszego towarzystwa do zabawy, zostawiając samą Lorettę.