23.03.2023, 19:13 ✶
Jej prośby zostały wysłuchane, bo do spojrzenia Atreusa zdawało się powoli wracać oprzytomnienie. Z pełnego uwielbienia, zmieniło się w o wiele bardziej zaskoczone. Zamrugał, a potem złapał się za głowę, jakby go bolała. Nie bolała, ale zastanawiał się co właśnie się stało, że postanowił zgłupieć akurat dla Brenny Longbottom. Posmak wciąż czający się na ustach szybko podsunął mu odpowiedź. Tym bardziej, że chyba wcześniej widział, jak ktoś w podobny sposób wygłupia się przy Florence.
- Nie wiem co jest takiego dziwnego w przegranej w karty. No chyba, że pomyślałaś o tym, że to ja przegrałem. Wtedy faktycznie, może to być szokujące - powiedziałam, zerkając na nią spod zmarszczonych brwi i momentalnie zwiększając między nimi dystans do takiego o wiele bardziej profesjonalnego czy tez komfortowego dla dwóch osób.
- Oczywiście, że z nią. Sama chciała - rzucił jeszcze, krzywiąc się lekko i sięgając do kieszeni po papierosy. Czuł się obrzydliwie; całe te wygłupy były dla niego jak gwóźdź do trumny, ale wbrew pozorom wcale nie chodziło tu o jego narzeczoną. Bo do tego tematu podchodził prosto; czego oczy nie widziały, tego sercu nie żal. A jej na Beltane nigdzie nie widział. Sprawa więc nie istniał. Co natomiast było problematyczne, to że dzień się jeszcze nie skończył, a Brenna wciąż stała przed nim. Zapalił.
- Słuchaj... przepraszam. - rzucił, zaciągając się zaraz papierosem, a dym wydmuchując gdzieś w bok. - Mam wrażenie, że komuś dolało się do tego napoju nieco za dużo amortencji - uśmiechnął się do niej najbardziej krzywym ze swoich uśmiechów.
- Nie wiem co jest takiego dziwnego w przegranej w karty. No chyba, że pomyślałaś o tym, że to ja przegrałem. Wtedy faktycznie, może to być szokujące - powiedziałam, zerkając na nią spod zmarszczonych brwi i momentalnie zwiększając między nimi dystans do takiego o wiele bardziej profesjonalnego czy tez komfortowego dla dwóch osób.
- Oczywiście, że z nią. Sama chciała - rzucił jeszcze, krzywiąc się lekko i sięgając do kieszeni po papierosy. Czuł się obrzydliwie; całe te wygłupy były dla niego jak gwóźdź do trumny, ale wbrew pozorom wcale nie chodziło tu o jego narzeczoną. Bo do tego tematu podchodził prosto; czego oczy nie widziały, tego sercu nie żal. A jej na Beltane nigdzie nie widział. Sprawa więc nie istniał. Co natomiast było problematyczne, to że dzień się jeszcze nie skończył, a Brenna wciąż stała przed nim. Zapalił.
- Słuchaj... przepraszam. - rzucił, zaciągając się zaraz papierosem, a dym wydmuchując gdzieś w bok. - Mam wrażenie, że komuś dolało się do tego napoju nieco za dużo amortencji - uśmiechnął się do niej najbardziej krzywym ze swoich uśmiechów.