Ręce, nogi, ręce, nogi, ręce, nogi. Moja determinacja była silna. Nie pozwolę, aby wianek Lyssy skończył tylko na mojej głowie. Będzie bardzo pięknym zwieńczeniem pala Beltane.
W pełnym skupieniu dotarłam na sam szczyt. Powietrze tutaj było nieco inne, a może przygoda uderzyła mi do głowy? Tylko ja i wiatr muskający kosmyki moich włosów. Jedną ręką zdjęłam wieniec. Nabiłam go na pal. Gotowe! Zjechałam po rynnie jak doświadczony strażak. Cóż, może nieco bardziej ostrożnie, nie chciałam drzazg w udach. Ktoś gdzieś krzyknął, że byłam najszybsza. Oczywiście, że dziecko ze wsi pokonało czarodziejów, których wychowanie fizyczne polegało na wsadzeniu kija między nogi. Cóż, pięć lat w Durmstrangu też robi swoje. Wtedy dostrzegłam też, że nie tylko Lyssa obserwowała moje poczynania. Wbiłam wzrok w ziemię i chciałam podreptać w jej stronę, ale sama podbiegła do mnie z uściskiem.
Euforia sukcesu zalała mnie na nowo.
— Dziękuję! Dziękuję! — pisnęłam radośnie, podskakując w uścisku. — Oh, Lysso, dziękuję za wianek, bez niego nie miałabym okazji tak dobrze się bawić! Patrz, jak pięknie prezentuje się na górze!
Obróciłam głowę w stronę pala. Jak ślicznie wyglądały splecione kwiaty na czubku słupa. A wokół nich wiły się wstążki kręcone dookoła. Jak cudownie! Wszystko było cudowne! Czułam się cudownie!
— Dołączymy do tańca? A może chciałabyś coś zjeść? Może pani Figg ma jeszcze jakieś pączusie! Oh, oh, a może ja mogłabym Ci upleść wianek?