Patrzył na nią. Analizował jej twarz, sylwetkę. Peppa nie wyróżniała się z tłumu uczniów Hogwartu na pierwszy rzut oka. Dopiero po chwili można było dostrzec, że jej włosy są zawsze nienagannie ułożone, a cera pozbawiona wad. Czujny błysk w oku, dłonie często w białych rękawiczkach z materiału dostosowanego do pory roku. Ale takich detali nie zauważył nikt, kto tylko mijał ją na korytarzu.
Zachichotała delikatnie, gdy próbował odgadnąć skąd się znają. Jakże pochlebiało jej, że próbuje zagłębić się w tę sprawę. Podejrzenie Puchoństwa dało jasny sygnał lekkiej zmiany taktyki. Widocznie za bardzo wczuła się w damę w opresji. Tylko po spektaklu bezradnej niewiasty, który do tej pory odegrała, jak ma się ukazać jako inteligentna i sprytna Ślizgonka?
— Bynajmniej. Jestem z niższego rocznika — odpowiedziała z lekkim uśmiechem, a jej twarz zdawała się nabrać nieco życia. Zdecydowanie musiała zerwać z pozą delikatnej niczym dmuchawiec. A przynajmniej nie w takim stopniu. Przez cały okres intensywnej fascynacji Rabastanem nie udało jej się wybadać jednego istotnego aspektu — nie miała pojęcia, w jakim typie dziewcząt gustuje.
Przymknęła oczy na sekundę dłużej, gdy plugawe słowo obiło się o ściany windy.
"Kuzynostwem!"
Widziała jego uśmiech. Zapewne rozluźnił się nieco, skoro przyszło mu obcować z członkiem rodziny. Nawet jeśli nie dane im było spotkać się wcześniej, więzy krwi samoistnie złączyły ich braterską więzią.
Która była niesamowicie przebrzydła dla Peppy w tym momencie.
— Cóż za przypadek! — Odpowiedziała nieco mechanicznie, skupiając się nad kontrolą głosu, by brzmiał rzeczywiście radośnie. Następnie skupiła się nad Rosalie. Dość niedawno przestudiowała wszystkie dane genealogiczne Potterów, jakie udało się jej znaleźć. Wiele z nich nie doczekało się aktualizacji, więc wiele mariaży umknęło podczas owych badań. Ale Rosalie pamiętała. Była to jedna z kuzynek jego ojca. Dalsza kuzynka. Peppa z szybkością światła odliczyła dzielące ją i Rabastana gałęzie genealogiczne.
Jej serce znów zapłonęło. Potrafiła przyznać przed sobą, że lokalizacja Rosalie na drzewie genealogicznym w jej pamięci nie miała stałego miejsca. Dzieliła z ojcem Peppy prababcię... albo praprababcię... A może jeszcze inaczej? Ale najprawdopodobniej odległość pokrewieństwa między Peppą a Rabastanem była odpowiednia.
— Oh, przyznam, że nie kojarzę nikogo o takim imieniu — skłamała. — Zapewne więc jesteśmy dalszym kuzynostwem... być może tak dalekim jak wszyscy prawdziwi czarodzieje...
Nie chciała mówić o tym więcej. Machnęła dłonią, by odegnać wątek.
— A z resztą... Powinniśmy teraz skupić się na naszym problemie. Ten medalion... Chyba nie chciałeś go poświęcić by nas uratować, prawda?
Spojrzała na wizerunek kruka, a następnie na Rabastana. Troska odbiła się z jej twarzy.
— Takie przedmioty raczej nie są warte poświęcenia... — Położyła delikatnie palce na dłoni chłopaka, w której trzymał zawieszkę, by powstrzymać go przed kontynowaniem swych zamiarów. — Gmach ministerstwa to bardzo zatłoczone miejsce. Brak jednej z wind zostanie prędko zauważony.
Pewność siebie wybijała się z głosu Peppy. Z sekundy na sekundę jej maska niewiasty w potrzebie zmieniała się kompletnie. A czarownica obserwowała. Obserwowała, które z działań uzyskują najprzychylniejszą jej zdaniem reakcję Rabastana.