— Sam jestem zdziwiony, że na płocie jeszcze mi nie wymalowali jakichś gróźb albo ostrzeżeń — mruknął, kaszląc cicho. To nie był pierwszy raz, kiedy sprzeciwił się sympatykom Czarnego Pana. Atak na Thomasa przed paroma laty, pomoc w wyleczeniu Arabelli, ba sama pro-mugolska postawa rodu Longbottomów. Z każdego aspektu życia Erika można było wyciągnąć co najmniej kilka przykładów oznak buntu wobec ideologii czystej krwi. — Chociaż znając życie, skoro już o tym wspomniałem, to niedługo takowe się pojawią.
Problemy w Dolinie Godryka zdawały się oznaką czegoś większego. Do tej pory konflikt rozgrywał się przede wszystkim na ulicach Londynu lub z dala od centrum władzy czarodziejów. Teraz miał wrażenie, że niebezpieczeństwo czyhało na horyzoncie, a on mógł jedynie obserwować je zza okna ze świadomością, że przyjdzie taki dzień, kiedy znajdzie się na jego progu, a potem bezceremonialnie wparuje do środka. To będzie ostateczny dowód na to, że Ministerstwo Magii i Zakon Feniksa jedynie opóźniali nieuniknione, zamiast położyć kres tej tyranii. Czy będzie to ostatni krzyk, aby ruszyć do boju z czarną magią, czy skomlenie dobitków? Longbottom pokręcił głową, wracając do rzeczywistości. Ta wizja nie mogła się ziścić aż tak szybko.
— A co? — Uniósł powoli brwi, taksując uważnie jej twarz, jakby szukał tam jakiegoś dowodu do ostatniego śledztwa. — Chcesz zacząć wpadać na poranną herbatę do Warowni? — Uśmiechnął się półgębkiem, spychając ponure myśli na bok. — Bo tak się składa, że chyba na końcu ulicy sprzedają kawałek ziemi. Wyobraź sobie - moglibyśmy machać do siebie z okien.
Im mniej, tym lepiej, potwierdził w myślach, kiwając powoli głową. Jego rosnąca Stala popularność w kręgach towarzyskich przyczyniła się do tego, że nie był znany tylko jako "ten wilkołak od Longbottomów". Jego futrzaste incydenty przykrywane były przyjęciami rodziny, sukcesami zawodowymi, plotkami i tytułami pokroju Najdroższego Czarodzieja Wielkiej Brytanii. Huh, może był jednak jakiś plus tego wszystkiego? Przynajmniej reporterzy nie pytali go co miesiąc, jak przeżył poprzednią pełnię.
— Nie, pojedyncze — odparł zwięźle, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że mogło to zabrzmieć w jego ustach nieco sarkastycznie. Wykrzywił usta w przepraszającym geście. — Zamknęłabyś ze sobą w jednym pomieszczeniu stado wilkołaków? Takich co pierwszy raz przechodzą przemianę i takich, co od lat przechodzą to samo co miesiąc? — Wzruszył sztywno ramionami. Bądź co bądź, nie wiedział zbyt wiele o tym, jak... odławiano inne wilki. To była działka Departamentu Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami. — To areszt, chyba obecnie na poziomie piwnic. Pojedyncze cele. Niektóre z łańcuchami, inne bez. Pewnie zależy od temperamentu wilkołaka i tego, czy przyjmował Eliksir Tojadowy.
Erik miał cholernie dużo szczęście. Podczas gdy on przebywał w szpitalu, a wraz z jesienią wrócił do szkoły, jego rodzice dopełnili wszystkich starań, aby nie wylądował w areszcie Ministerstwa Magii. Zamiast tego załatwili mu kryjówkę, dogadali się z urzędnikami. Ponoć skrytka przeszła jakąś kontrolę, jednak Longbottoma przy tym nie było. Poza tym, czy smutne panie na co dzień siedzące za biurkiem tak chętnie sprawdzały obiekt znajdujący się pod opieką rodziny pełnej Brygadzistów i Aurorów?
Dla Geraldine spacer pod ziemią mógł trwać od kilku do parunastu minut, jednak Longbottomowi czas dłużył się w nieskończoność. Miał klaustrofobię, znał swoje ograniczenia, jednak był też cholernym detektywem Ministerstwa Magii. To siłą rzeczy wymagało walki z własnymi słabościami. Może podjął złą decyzję? Może trzeba było zacisnąć zęby i zejść na dół wraz z Yaxley? Wypuścił głośno powietrze z ust, przerzucając różdżkę z jednej dłoni do drugiej. Czyżby to był jeden z tych dni, gdy podejmował nieodpowiednie decyzje?
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
Spoiler