Malfoy gubił się w urojeniach panny Potter, ale cóż się mu dziwić. Dziewczyna trajkotała jak najęta, zupełnie jakby nie miała kontaktu z żywym człowiekiem przez ponad miesiąc. W pewnym sensie pasowała do Nokturnu — tutaj nie trudno znaleźć kogoś bez piątej klepki.
Peppie pochlebiało zainteresowanie, jakie mężczyzna wykazał w temacie. Udawane, czy nie, rozmowa trwała i to się liczyło.
— Oh, bardzo pan zabawny — skomentowała z uprzejmym sarkazmem wzmiankę o miotle. Oczywiście, że Mildred transportowała się Siecią Fiuu pomiędzy dwoma lokacjami, ale wyobrażenie sobie wiecznie zmęczonej matki na miotle było interesujące. James na pewno dałby wiele, żeby wyciągnąć rodzicielkę na wspólne latanie.
— Tajemnicze i niezwykłe ujdzie — przyznała. Słyszała o sklepie Borgina i Burkesa same najgorsze rzeczy, ale wolała teraz sama udać zainteresowanie oraz rozważanie propozycji. Nie, żeby finalnie miała cokolwiek kupić. Może wrogowi sprezentowałaby jakiegoś fantu z tego zaułka, ale matce nie dostarczy nawet pyłu spod obcasa. (Tak, miała zamiar poddać cały swój strój szybkiemu zaklęciu czyszczącemu zaraz po opuszczeniu Nokturnu.)
— To jeszcze trochę czasu. No nic, przyjdę później — odpowiedziała i odwróciła się w stronę wskazanego sklepu. Żwawym krokiem podeszła do witryny, starając się dojrzeć wystawę. Jak to się działo, że wszystkie szyby tutaj były tak zapylone? Czyżby cały mugolski smog przyciągał się tutaj przez zapach podejrzanych artefaktów i paskudnych klątw?