Pożegnał się z Samem, życząc mu powodzenia w tym, co nadejdzie później, co przyniesie mu przyszłość.
— Chodźmy zatańczyć jeszcze raz — wyciągnął w stronę Septimy rękę, zapraszając ją do tańca. Przez większość ich rozmowy miał niepohamowaną potrzebę ponownego podbicia parkietu, nawet jeśli miał mieć tragiczną zadyszkę i zakwasy następnego dnia, nic poważnego, przecież na wszystko były eliksiry.
W blasku księżyca, który niczym srebrzysta poświata spowijał całą salę, unosiła się delikatna mgiełka, jakby zasłona z innego świata. Morpheus i Septima stali naprzeciwko siebie, a ich spojrzenia splatały się w nierozerwalnym uścisku. Morpheus, o ciemnych włosach lśniących w świetle księżyca, wyglądał jak cień samego siebie, jakby pochodził z krainy snów. Jego oczy, głębokie i pełne tajemnic, wpatrywały się w Septimę, która z kolei emanowała blaskiem wywołanym umagicznionym drinkiem niczym zjawa z baśni. Ich dłonie zetknęły się, wywołując subtelne iskry, a świat wokół zniknął, ustępując miejsca ich prywatnemu wszechświatowi. W tańcu, który rozpoczął się jako delikatne poruszanie się na granicy snu i jawy, wyrażali swoje najgłębsze pragnienia i tęsknoty. Każdy krok był jak wers z poezji, pełen niewypowiedzianych słów i ukrytych znaczeń. W wirze tańca Morpheus i Septima zbliżali się do siebie, ale nigdy nie dotykali się w pełni, nie swoich duszy. Byli jak dwa przeciwległe bieguny, przyciągające się i odpychające zarazem, ukazując dramatyczny taniec pragnienia i niemożności. Każdy obrót, każde uniesienie, każde zbliżenie i oddalenie było jak wiersz pisany emocjami, namiętnością i niewidzialnymi barierami, które ich dzieliły. Morpheus, z każdym kolejnym krokiem, czuł narastającą tęsknotę za tym, aby kogoś prawdziwie pokochać.
Z tym że on już kogoś kochał. Za bardzo.