03.09.2024, 15:57 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.01.2025, 22:01 przez Cameron Lupin.)
— Eh, zrobisz, jak uważasz — uznał z nutką zawodu w głosie. — Chociaż moim zdaniem to niezbyt zdrowe. Wiem, że nie mamy najlepszej sytuacji finansowej, ale nie musisz się zapracowywać na śmierć. A mamy naprawdę wielu specjalistów, którzy mogliby cię nieco odciążyć, gdybyś zdecydował się... Cóż, mieć trochę życia prywatnego.
Wzruszył lekko ramionami. Nie mógł go do niczego zmusić kompletnie wbrew jego woli. Owszem, mógłby po prostu go zaprowadzić do jakiegoś klubu i po prostu umieścić go w ''rozrywkowym'' środowisku, ale gdyby Cedric nie wykazał się nawet odrobiną inicjatywy, to cała wyprawa spaliłaby na panewece. A wtedy nikt by się tam dobrze nie bawił.
Tak, ale drugi ma problemy z dyscypliną i zachowuje się jak dziecko w świecie dorosłych, odparł bezgłośnie, ponownie sobie uwłaczając. Chyba... Chyba po prostu nie był przygotowany na to, jak będzie wyglądała jego ''kariera'' w trakcie konfliktu Ministerstwa Magii ze Śmierciożercami. A może była to tylko wymówka? Zmarszczył czoło. Nie. Wiedział, że to wszystko wyglądałoby inaczej, gdyby każdego dnia nie zjawiał się na stażu, zastanawiając się, czy to będzie ten dzień, w którym znowu dostaną wezwania do jakiegoś zaatakowanego festynu, ofiary tortur czy porwania. Gdyby nie terroryści budowałby sobie tutaj pozycję we własnym tempie, a tak cały czas miał z tyłu głowy jeszcze inne zmartwienia.
— Nie wiem, czy to w czymkolwiek pomoże — odparł z ciężkim westchnieniem, zapierając się łokciami o krawędź blatu. — Mogę myśleć o niej rzeczy, ale ta kobieta jest niezwykle domyślna. Od razu się zorientuje, że coś kombinujesz. To jest, o ile nie zaczynasz każdego dnia na dyżurze od rozpytywania o stażystów i dzieląc się z nią swoimi osobistymi wskazówkami.
Chociaż szkolne mury zostawił za sobą już dobry kawałek czasu temu, tak nie mógł się powstrzymać przed porównywaniem Florence do tej jednej nauczycielki, która zawsze próbuje dokręcić śrubę u swoich uczniów, nie zważając przy tym zbytnio na ich opinie i uczucia. Czy naskarżenie do opiekuna domu cokolwiek by zmieniło? Potencjalnie mogłoby to nieco ostudzić temperament czarownicy, ale mogło też sprawić, że będzie ona po prostu bardziej uważać z tym, jak wygłasza swe oczekiwania. Nie chciał już bardziej podpaść Bulstrode, więc już chyba wolał samodzielnie sobie radzić z rozwojem związanych z nią wydarzeń.
— Są mili. Z jej matką miałem trochę więcej do czynienia niż z ojcem — przyznał bez większego wahania, rozglądając się na boki. — Ona jest trochę... zakręcona. Tak przynajmniej wywnioskowałem z historii Heather. — Zmarszczył czoło. Ludzie zachowywali się nieco inaczej w towarzystwie ''obcych ludzi'' niż w gronie domowników, więc nie wiedział, na ile powinien się kierować tymi wnioskami. Poza tym dziecko też będzie miało inną opinię o rodzicu niż ktoś spoza rodziny, czyż nie? — Chyba... Chyba są zadowoleni, że znalazła sobie kogoś spokojnego. Kogoś, kto będzie w stanie ją nieco pohamować, jeśli za bardzo się zapędzi w jakiejś sprawie.
Skinął powoli głową, zerkając na zegarek, odbierając od brata pożyczkę na następny posiłek. Zostało mu jeszcze kilka godzin pracy na terenie Szpitala św. Munga, więc też będzie musiał się niedługo zebrać i wrócić do kanciapy stażystów. A tam w zależności od okoliczności i zbioru ''nagłych wypadków'' mogła na niego czekać pusta kanapa, na której mógłby się przespać do kolejnego wezwania, sterta dokumentów do przejrzenia lub ktoś z obsługi szpitala pragnący wysłać go do jakiejś pracowni.
Westchnął cicho. Czyżby znowu czekała go sesja w pracowni wytwórców eliksirów? W sumie w porównaniu z innymi obowiązkami wcale nie było to takie złe polecenie służbowe... Ech, czas pokaże. Bracia Lupin pogawędzili ze sobą jeszcze parę minut, rozprawiając o tym, co zamierzają zrobić po zakończeniu dyżuru, po czym oboje udali się w swoją stronę, gotowi sprostać oczekiwań stawianym im przez pacjentów i pracowników kliniki.
Przemierzając z pozoru niekończące się korytarze szpitala, Cameron zastanawiał się, co jeszcze miał do załatwienia tego dnia. Wyjście z Heather? Nie wiedział, czy dziewczynie uda się uporać z najnowszym dyżurem w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Szybkie zakupy? To akurat udało mu się załatwić podczas chwili wolnego, kiedy zorganizował sobie małe tournée po Ulicy Pokątnej. Sklep zielarski, drobne zakupy spożywcze, pożyczenie od znajomego starego podręcznika od magimedycyny…
Udało mu się nawet zahaczyć o Perfumerię Potterów. Wprawdzie musiałby sobie od ust odjąć, aby kupić tam sobie coś z wyższej półki, tak uprzejmie panie zza lady znalazły dla niego buteleczkę lub dwie w okazjonalnej cenie. Poleciły mu też najtańszy jeden z tańszych szamponów, który ponoć miał pomóc mu w ogarnięciu niesfornej czupryny. Czy produkt podoła? To miało się okazać dopiero w najbliższych dniach. W sumie już lepiej było kupować od Potterów niż próbować sił, chociażby na bazarze w Dolinie Godryka. Tam to była loteria.
I jeszcze ten konkurs, co sobie wymyślili, przypomniał sobie Lupin, zamykając za sobą drzwi od kanciapy stażystów. Wraz z zakupem dostał jakiś... los? Kupon? Niby na jakieś lokum, ale kto by tam ufał takim przedsięwzięciom? O mieszkanie czy dom w magicznym Londynie nie było łatwo. Chociaż rzucone lata temu zaklęcia pozwoliły skryć parę ulic na tyłach Dziurawego Kotła, tak struktura Pokątnej czy Horyzontalnej nie była z gumy. Nie można było tak po prostu wyczarować nowej działki. Tym bardziej cała ta zabawa wydawała się jakaś podejrzana.
Mimo to Cameron zaryzykował. Wprawdzie spodziewał się, że zamiast listu zwrotnego z informacją o potwierdzeniu przystąpienia do konkursu dostanie masę reklam lub wezwanie do zapłaty za jakiś nieistniejący towar, ale status finansowy Lupinów przyzwyczaił go poniekąd do tego, że czasem trzeba było spróbować szczęścia. Jak to dobrze, że nikt się u nas nie uzależnił od zdrapek, pomyślał przelotnie, mimowolnie przypominając sobie epizod w życiu ojca, kiedy ten zaczął wysyłać wypełnione krzyżówki do magazynu przyrodniczego. Wprawdzie jedyną nagrodą, jaką zdobył był breloczek reklamowy jednego z magicznych rezerwatów, ale lepsze to niż nic. Może Cameron przynajmniej dostanie zapas szamponu na najbliższy rok w ramach nagrody pocieszenia?
W sumie... Na zapleczu rodzinnej apteki czekała na niego paczka nieotworzonych listów, których nie miał, kiedy przejrzeć. Może to był dobry czas, aby zorientować się w sytuacji i...
— O kurwa — wymsknęło mu się, gdy spojrzał na rozpiskę z codziennymi obowiązkami rozdzielonymi między stażystom na resztę dnia.
Wszelkiego rodzaju dywagacje na temat szamponów, konkursów i nieodczytanych lisów momentalnie wyparowały mu z głowy, gdy zdał sobie sprawę, w jakim szajsie właśnie wylądował. Jak się wyrobi z tym wszystkim do końca swojego dyżuru to będzie istny cud. Lupin skrzywił się mimowolnie. Ugh, zdecydowanie zapowiadał się ciężki dzień. I każda kolejna godzina będzie zapewne coraz gorsza i gorsza. Eh, biednemu zawsze wiatr w oczy.
Wzruszył lekko ramionami. Nie mógł go do niczego zmusić kompletnie wbrew jego woli. Owszem, mógłby po prostu go zaprowadzić do jakiegoś klubu i po prostu umieścić go w ''rozrywkowym'' środowisku, ale gdyby Cedric nie wykazał się nawet odrobiną inicjatywy, to cała wyprawa spaliłaby na panewece. A wtedy nikt by się tam dobrze nie bawił.
Tak, ale drugi ma problemy z dyscypliną i zachowuje się jak dziecko w świecie dorosłych, odparł bezgłośnie, ponownie sobie uwłaczając. Chyba... Chyba po prostu nie był przygotowany na to, jak będzie wyglądała jego ''kariera'' w trakcie konfliktu Ministerstwa Magii ze Śmierciożercami. A może była to tylko wymówka? Zmarszczył czoło. Nie. Wiedział, że to wszystko wyglądałoby inaczej, gdyby każdego dnia nie zjawiał się na stażu, zastanawiając się, czy to będzie ten dzień, w którym znowu dostaną wezwania do jakiegoś zaatakowanego festynu, ofiary tortur czy porwania. Gdyby nie terroryści budowałby sobie tutaj pozycję we własnym tempie, a tak cały czas miał z tyłu głowy jeszcze inne zmartwienia.
— Nie wiem, czy to w czymkolwiek pomoże — odparł z ciężkim westchnieniem, zapierając się łokciami o krawędź blatu. — Mogę myśleć o niej rzeczy, ale ta kobieta jest niezwykle domyślna. Od razu się zorientuje, że coś kombinujesz. To jest, o ile nie zaczynasz każdego dnia na dyżurze od rozpytywania o stażystów i dzieląc się z nią swoimi osobistymi wskazówkami.
Chociaż szkolne mury zostawił za sobą już dobry kawałek czasu temu, tak nie mógł się powstrzymać przed porównywaniem Florence do tej jednej nauczycielki, która zawsze próbuje dokręcić śrubę u swoich uczniów, nie zważając przy tym zbytnio na ich opinie i uczucia. Czy naskarżenie do opiekuna domu cokolwiek by zmieniło? Potencjalnie mogłoby to nieco ostudzić temperament czarownicy, ale mogło też sprawić, że będzie ona po prostu bardziej uważać z tym, jak wygłasza swe oczekiwania. Nie chciał już bardziej podpaść Bulstrode, więc już chyba wolał samodzielnie sobie radzić z rozwojem związanych z nią wydarzeń.
— Są mili. Z jej matką miałem trochę więcej do czynienia niż z ojcem — przyznał bez większego wahania, rozglądając się na boki. — Ona jest trochę... zakręcona. Tak przynajmniej wywnioskowałem z historii Heather. — Zmarszczył czoło. Ludzie zachowywali się nieco inaczej w towarzystwie ''obcych ludzi'' niż w gronie domowników, więc nie wiedział, na ile powinien się kierować tymi wnioskami. Poza tym dziecko też będzie miało inną opinię o rodzicu niż ktoś spoza rodziny, czyż nie? — Chyba... Chyba są zadowoleni, że znalazła sobie kogoś spokojnego. Kogoś, kto będzie w stanie ją nieco pohamować, jeśli za bardzo się zapędzi w jakiejś sprawie.
Skinął powoli głową, zerkając na zegarek, odbierając od brata pożyczkę na następny posiłek. Zostało mu jeszcze kilka godzin pracy na terenie Szpitala św. Munga, więc też będzie musiał się niedługo zebrać i wrócić do kanciapy stażystów. A tam w zależności od okoliczności i zbioru ''nagłych wypadków'' mogła na niego czekać pusta kanapa, na której mógłby się przespać do kolejnego wezwania, sterta dokumentów do przejrzenia lub ktoś z obsługi szpitala pragnący wysłać go do jakiejś pracowni.
Westchnął cicho. Czyżby znowu czekała go sesja w pracowni wytwórców eliksirów? W sumie w porównaniu z innymi obowiązkami wcale nie było to takie złe polecenie służbowe... Ech, czas pokaże. Bracia Lupin pogawędzili ze sobą jeszcze parę minut, rozprawiając o tym, co zamierzają zrobić po zakończeniu dyżuru, po czym oboje udali się w swoją stronę, gotowi sprostać oczekiwań stawianym im przez pacjentów i pracowników kliniki.
Przemierzając z pozoru niekończące się korytarze szpitala, Cameron zastanawiał się, co jeszcze miał do załatwienia tego dnia. Wyjście z Heather? Nie wiedział, czy dziewczynie uda się uporać z najnowszym dyżurem w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Szybkie zakupy? To akurat udało mu się załatwić podczas chwili wolnego, kiedy zorganizował sobie małe tournée po Ulicy Pokątnej. Sklep zielarski, drobne zakupy spożywcze, pożyczenie od znajomego starego podręcznika od magimedycyny…
Udało mu się nawet zahaczyć o Perfumerię Potterów. Wprawdzie musiałby sobie od ust odjąć, aby kupić tam sobie coś z wyższej półki, tak uprzejmie panie zza lady znalazły dla niego buteleczkę lub dwie w okazjonalnej cenie. Poleciły mu też najtańszy jeden z tańszych szamponów, który ponoć miał pomóc mu w ogarnięciu niesfornej czupryny. Czy produkt podoła? To miało się okazać dopiero w najbliższych dniach. W sumie już lepiej było kupować od Potterów niż próbować sił, chociażby na bazarze w Dolinie Godryka. Tam to była loteria.
I jeszcze ten konkurs, co sobie wymyślili, przypomniał sobie Lupin, zamykając za sobą drzwi od kanciapy stażystów. Wraz z zakupem dostał jakiś... los? Kupon? Niby na jakieś lokum, ale kto by tam ufał takim przedsięwzięciom? O mieszkanie czy dom w magicznym Londynie nie było łatwo. Chociaż rzucone lata temu zaklęcia pozwoliły skryć parę ulic na tyłach Dziurawego Kotła, tak struktura Pokątnej czy Horyzontalnej nie była z gumy. Nie można było tak po prostu wyczarować nowej działki. Tym bardziej cała ta zabawa wydawała się jakaś podejrzana.
Mimo to Cameron zaryzykował. Wprawdzie spodziewał się, że zamiast listu zwrotnego z informacją o potwierdzeniu przystąpienia do konkursu dostanie masę reklam lub wezwanie do zapłaty za jakiś nieistniejący towar, ale status finansowy Lupinów przyzwyczaił go poniekąd do tego, że czasem trzeba było spróbować szczęścia. Jak to dobrze, że nikt się u nas nie uzależnił od zdrapek, pomyślał przelotnie, mimowolnie przypominając sobie epizod w życiu ojca, kiedy ten zaczął wysyłać wypełnione krzyżówki do magazynu przyrodniczego. Wprawdzie jedyną nagrodą, jaką zdobył był breloczek reklamowy jednego z magicznych rezerwatów, ale lepsze to niż nic. Może Cameron przynajmniej dostanie zapas szamponu na najbliższy rok w ramach nagrody pocieszenia?
W sumie... Na zapleczu rodzinnej apteki czekała na niego paczka nieotworzonych listów, których nie miał, kiedy przejrzeć. Może to był dobry czas, aby zorientować się w sytuacji i...
— O kurwa — wymsknęło mu się, gdy spojrzał na rozpiskę z codziennymi obowiązkami rozdzielonymi między stażystom na resztę dnia.
Wszelkiego rodzaju dywagacje na temat szamponów, konkursów i nieodczytanych lisów momentalnie wyparowały mu z głowy, gdy zdał sobie sprawę, w jakim szajsie właśnie wylądował. Jak się wyrobi z tym wszystkim do końca swojego dyżuru to będzie istny cud. Lupin skrzywił się mimowolnie. Ugh, zdecydowanie zapowiadał się ciężki dzień. I każda kolejna godzina będzie zapewne coraz gorsza i gorsza. Eh, biednemu zawsze wiatr w oczy.
Koniec sesji