Morpheus oczywiście uściskał dziewczynkę mocno, odpowiednio dla jej drobnej figury; czasami obawiał się, że ją zgniecie, chociaż przecież nie miał w sobie aż tyle siły. Zdawało mu się, że jej ptasie kości są dużo delikatniejsze, niż te, które nosiła pod skórą Brenna czy Erik w jej wieku. Sądził jednak, że to dlatego, że sam był dużo młodszy, a na dodatek nie wisiał nad nimi mrok obecnych czasów, wydarzeń przesyconych złem. Widmo wojny, sunące przez trawy ich ogrodu, niczym zdradzieckie węże.
— Chyba bardziej podoba mi się ten stonowany. Ostatnio nie jestem... zbyt entuzjastycznie nastawiony do ostrych kolorów — oświadczył, nie wiedząc, jak wiele mówiła jej Nora na temat śmierci i żałoby oraz całych wydarzeń dookoła Beltane. Radosne podejście dziewczynki mocno w nim rezonowało jednak więc bez większego smutku ponownie wystawił w jej stronę dłoń. Na razie lewą, żeby się wprawiła przed malowaniem prawej. To była ryzykowna decyzja, bo może w połowie zdecydować, że jednak jej się nie podoba. Postanowił jednak podjąć ryzyko.
Drugą ręka dalej drapał Karla, który niemiłosiernie grzał jego nogi swoją ciężką osobą. Zabawne były te kocury Figgów.