• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 5 6 7 8 9 … 16 Dalej »
[2-3.04.1972] Ulewa | Laurent & Basilius

[2-3.04.1972] Ulewa | Laurent & Basilius
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#11
15.05.2024, 14:41  ✶  

Jednym okiem Laurent zerkał na kuzyna, ale drugie miał na abraksanach. Stał przy pysku Gabriela i trzymał jego łeb, powstrzymując się przed rzuceniem zaklęcia, które ochroniłoby ich głowy (a nawet sylwetki) przed uderzającymi raz po raz kroplami deszczu. Jeśli jednak mieszkali tutaj mugole to wyjaśnienie tego, jakim cudem deszcz zatrzymuje się na wodnej barierze byłoby co najmniej ciężkie. Dlatego mugole byli straszni. Nie rozumieli, nie wiedzieli, ich oczy były ślepe, umysły nieświadome. Robienie kłopotów z nimi oznaczało konieczność odzywania się do Ministerstwa, chociaż akurat był pewien, ze Victoria Lestrange, jego dobra przyjaciółka, pomogłaby im w razie kłopotów. Ewentualnie zrobiłby to Atreus Bulstrode, chociaż on na hipnozie się nie znał bezpośrednio to na pewno znał kogoś, kto się znał. Powiedzcie mi teraz, że znajomości w tym świecie nie były wszystkim.

- Naturalnie! Stajnia co prawda nie dla abraksanów, ale znajdzie się dla nich miejsce. - Kobieta, która stała w przejściu, była zmartwiona, ale jednocześnie podekscytowana. Z nową ciekawością spoglądała na przybysza, który przestąpił próg (jej?) domu i kiedy już padły słowa o abraksanie to bezwstydnie wyciągnęła różdżkę z fałd prostej sukienki w kratę, którą miała ubraną, żeby kilkoma jej machnięciami stworzyć przyjemny, cieplejszy wiatr mający na celu trochę Basiliusa ogrzać i przy okazji nieco osuszyć jego ubranie. - Znajdziemy dla panów jakieś przebranie, pewnie chciałby pan skorzystać z łazienki, wysuszyć się... Ejże! - Zawołała w głąb domu. - Chodźta tu, abraksany do stajenki trza zaprowadzić! - Jeszcze inna białogłowa pojawiła się w korytarzu, trochę skwaszona, trochę niezadowolona, ale po kilku pomrukach w końcu założyła kapotę i buty, żeby wyjść na zewnątrz - ku Laurentowi, który już zdążył kiwnąć głową Basiliusowi, że przyjął gest i że zaraz sam do niego podejdzie. To jest zaraz - jak tylko wymyśli, co zrobić z końmi, żeby ich tutaj nie zostawiać.

Pan Binns, jak się przedstawił starszy mężczyzna, był gospodarzem tego domostwa. Dużego, przestronnego, w którym bez problemu znalazło się miejsce dla dwójki podróżników chcących umknąć przed ulewą. Miał cztery córki, a każda piękna, o specyficznym charakterze. Najstarsza, która powitała Basiliusa na wejściu, była charakterem bardzo podobna do ojca i nie dało się tego nie zauważyć. Laurent i Basilius rzeczywiście dostali od niego zamienne ubrania na noc, żeby te ich zdążyły wyschnąć, a nawet zostały uprane. Abraksany znalazły się w stodole - nie do końca były to królewskie warunki, ale przynajmniej dostały wodę, jedzenie i mogły spokojnie przeczekać te obskurne warunki pogodowe w komfortowych warunkach. Żeby było weselej okazało się, że pies Pana Binnsa gadał ludzkim głosem. I był bardzo leniwym kundlem (magicznym stworzeniem!) lubiącym się wygrzewać przy kominku. Pan Binns był przesympatyczny - zagadywał o podróż, opowiadał o tym, że tu już nie raz u niego zawitali podczas paskudnej pogody i że w zasadzie zadziwiająco często bywają u nich burze. A jeszcze wczoraj była tutaj miła para... o której najwięcej miała do powiedzenia jedna z dziewcząt, która teraz zalecała się wdziękami to najpierw do Basiliusa, to później do Laurenta.

Po wspólnej kolacji dom zaczął robić się cichy - wszyscy porozchodzili się do swoich pokoi, żeby zaznać spokoju nocy i odpocząć. A kiedy rano otworzyli powieki... nie leżeli na piętrze ładnego, rodzinnego domu. Leżeli na parterze pośród gruzów i ruin, a słońce figlarnie zaglądało im pod powieki.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Czarodziej
*sigh*
wiek
30
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Uzdrowiciel
Szczupły i dość wysoki (183 cm) mężczyzna o czarnych lokach i brązowych oczach. Często wydaje się być blady i zmęczony, a jego dłonie są niemal zawsze zimne. Na codzień stara się ubierać w miarę elegancko.

Basilius Prewett
#12
17.05.2024, 11:33  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.05.2024, 11:34 przez Basilius Prewett.)  
– Dziękujemy. Jesteśmy naprawdę wdzięczni – powiedział z ulgą, nawet jeśli wolałby po prostu ruszyć w dalszą drogę, zamiast zatrzymywać się na noc u obcych czarodziejów. Oczywiście od razu zaoferował się, że to on odprowadzi abrakasany do stajni, ale ich gospodarze nawet nie chcieli o tym słyszeć.
Rzeczywiście reszta wieczoru minęła całkiem przyjemnie, nawet jeśli Basilisa wciąż dręczyła myśl o tym, że skoro dzisiaj nie udało im się odwiedzić ciotki Ethel, to będą pewnie musieli zrobić to jutro, a on naprawdę liczył, że następnego dnia będzie miał to już z głowy. Po jakimś czasie udało mu się jednak nieco rozluźnić i uznać, że to nie było zmartwienie na tę noc. Sam chętnie dołączył do rozmowy, porzucał psu piłkę, chociaż tylko przez chwilę, bo ten bardzo szybko się zmęczył, śmiał się i żartował wraz ze swoimi gospodarzami, chociaż zaloty jednej z córek Binnsa raczej grzecznie zbywał. Tak. To był zdecydowanie dość przyjemny wieczór.
Oczywistym więc było, że następnego ranka musiała ich zastać prawdziwa katastrofą.
– Laurent! Cholera. Wstawaj! – przywitał kuzyna, gdy tylko otworzył oczy i zorientował się, że nie leży w wygodnym łóżku, a na zrujnowanej podłodze, a jego nos jest głaskany przez jakiś chwast. Szybko zerwał się na równe nogi, uważnie rozglądając się dookoła. Byli tutaj sami. W zrujnowanym domu. Co to było? Duchy? Jakaś dziwna klątwą? Musiał się upewnić, czy nic ich przypadkiem nie przeklnęło, ale to dopiero potem. Na razie trzeba było się zorientować, co tu w ogóle się wydarzyło?
– Widziałeś wczoraj coś dziwnego? Czujesz się jakoś inaczej? – Basilius z dwukrotnie większą energią, niż zazwyczaj sobą prezentował, chodził po całym parterze. Kręcące się włosy miał rozczochrane, jak to nie on, ale zupełnie się tym nie przejmował, szukając jakichkolwiek wskazówek, czy też śladów po właścicielach. Najdziwniejsze, że przy tym wszystkim całkiem się wyspał.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#13
17.05.2024, 13:33  ✶  

Kobiety oślepiały mężczyzn. Ich urok, styl, ich zapach i trzepot rzęs. Woal opadał na oczy i nie pozostawało nic prócz zabawa w ślepego, idąc za ich powabami. Nie widzisz ich wad, masz tylko zalety pod mirażem barw powiek. Jak ten osioł, którego pośpieszają wystawiając mu marchew przed mordę. Brniesz w ich gry i zabawy, chociaż wiesz, że to nie może być mądre. Laurent był zawsze zbyt słaby, żeby odmówić takim anonsom. Szczególnie, kiedy niewiasta, która czarowała go każdym mrugnięciem potrafiła poszczycić się swoimi walorami i wcale przy tym nie miała ich zbyt wiele. Ideał z męskich snów mógł przyjąć jej lico, jeśli tylko wierzyć, że ten ideał mógłby mieć prostotę takiej kobietki, jak ona. Basilius był w tym mądrzejszy. Oczekiwałby, że to właśnie kuzyn będzie tym, który zacznie łaskotać nos, kiedy oczy już niczego nie widziały, żeby odwodzić od głupich pomysłów, na szczęście te nie opętały selkie do końca. Chyba tylko i wyłącznie dlatego, że zachowanie przyzwoitości w domu gospodarza było co najmniej odpowiednie. Ostatnie odsunięcie się od bankietów (niecelowe, przypadkowe przez nawał pracy i dziwnych wydarzeń) jakoś pozwoliły mu na chwilę zapomnieć, jak prawdziwe damy potrafiły funkcjonować i jak czarowały, chociaż wcale nie używały do tego różdżki. Zaklęcia zauroczenia? Byli ci, co potrafili czarować i bez różdżki. A to zwyczajne korzystanie z tego, co posiadałeś wrodzonego. Lecz to była wieś i te kobiety również miały wiejskie przyzwyczajenia. Specyficznie nawet zaciągały niektóre słowa, korzystały z uproszczeń, pan Binns również. Gdyby tylko ta paskudna ulewa opadła i mogli dojrzeć cokolwiek więcej to może w końcu dane byłoby im zobaczyć piękne kwiaty, które porastały to miejsce, wyciszyliby się przy kawie pod starą wierzbą schylającą swoje gałęzie jak tiulowy materiał. Przyjemnie. Wszystko było przecież przyjemniejsze niż cel ich podróży, który chwilowo obaj panowie odsunęli na bok. Kiedy ten deszcz kapał za oknem, kiedy kominek ogrzewał, gdy te niewiasty śmiały się szczerze i oferowały coś, czego nie oferował Londyn. Całkowite rozluźnienie.

Miał ciężką głowę, kiedy się budził, kiedy dotarł do niego głos Basiliusa. Nagły, głośny. Nie leżeli daleko od siebie - powinien ich dzielić ledwo jeden pokój - kawałek korytarza do przejścia tam, gdzie korytarza nie było już wcale. Był tylko gruz porośnięty zielenią, zapach świeżej trawy i kwitnących kwiatów. Przecież mieli już wiosnę, która jasną zielenią wzbijała się ku górze. I była ta wierzba. I były te grządki, teraz dzikie i zaniedbane. Była tamta obora, w której teraz zdziwione abraksany z niepokojem tupały kopytami i rozglądały się czujnie dookoła siebie, kładąc w tył uszy. Laurent otworzył powoli powieki i wszystko zdawało się snem. Jakby w końcu ktoś ściągnął ten materiał z jego oczu, jakby jedna z tych córek Binnsa w końcu się zlitowała w swoich niepokornych zabawach i w końcu puściła go w dziwnej odmianie ciuciubabki po zakręceniu nim kilka razy. Podłoga była niewygodna, chociaż pachniała tą trawą. Nie do końca docierało do niego nawet, co widział, gdy uniósł się z wolna na przedramionach i spojrzał na energicznie chodzącego Basiliusa w tę i z powrotem. Ogarniętego emocjami, których nie widział u niego za często. Był taki... nieswój. Taki zdenerwowany. Opętany wręcz tymi nerwami.

- Coś dziwnego..? - Zapytał zaspany i przetarł oko dłonią. Dopiero wtedy do niego dotarło to, co widzi. Albo właśnie czego NIE widzi. Szeroko otworzone powieki nędznie prezentowały szok, który przeciął jego umysł, pustosząc go, by zaraz z wolna przyswoić fakty. Lub znów - brak faktów. Faktem było to, że zasnęli wczoraj w domu rodzinnym Binnsa. Faktem było też to, że właśnie leżał na jakichś szmatach w ruinach. - Ina... Czekaj, Basiuliusie... - Podniósł się do pozycji siedzącej i zaraz wstał, rozglądając dookoła. Wierzba. Kwiaty. Dzikie pola i zagajniki. Ani żywej duszy, żadnego zabudowania. Tylko ta droga prowadząca dalej - tam, gdzie powinni się udać. - Co tu się stało... - Wypowiedziały jego usta machinalnie. - Przecież zasnęliśmy w domu pana Binnsa..? - Od razu rozejrzał się z uderzającym strachem wokół jeszcze raz, tym razem w poszukiwaniu, o zgrozo, ciał. Ale nikogo poza ich dwójką nie było.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Czarodziej
*sigh*
wiek
30
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Uzdrowiciel
Szczupły i dość wysoki (183 cm) mężczyzna o czarnych lokach i brązowych oczach. Często wydaje się być blady i zmęczony, a jego dłonie są niemal zawsze zimne. Na codzień stara się ubierać w miarę elegancko.

Basilius Prewett
#14
21.05.2024, 19:42  ✶  
Kobiety przede wszystkim nie rozpływały się w powietrze wraz ze swoim domem. Ich ojcowie zresztą też nie.
– Nie, nic dziwnego. Po prostu zapomniałem, że urządziliśmy sobie noc pod gołym niebem w ruinach. Moja wina, fałszywy alarm, śpij dalej – odparł, może nieco za bardzo złośliwie, ale w nerwach nawet nieszczególnie o tym myślał.
Na całe szczęście sam Laurent szybko zrozumiał czemu jego kuzyn był taki poddenerwowany.
– To jest dom pana Binnsa – mruknął, wciąż chodząc po wszystkich "pomieszczeniach" z szybkością, która pewnie zaraz nakaże jego ciału odpocząć. – Tylko pana Binnsa od dawna w nim pewnie nie ma. Albo to nawet nie był pan Binns. Tylko coś innego.
Na całe szczęście ich ubrania, które miały wyschnąć nie zniknęły wraz ze ścianami domu. Dopadł do ich rzeczy, teraz porzuconych obok jakiejś paprotki, i szybko zaczął sprawdzać, czy wszystko na pewno było. Ubrania w tym jego płaszcz, który naprawdę lubił, były. Zaraz to w takim razie co mieli na sobie? Zerknął w dół. Aha. Jakieś zdecydowanie za stare swetry. No dobrze. Przynajmniej nie byli nadzy. Jego torba? Była. Pieniądze? Były. Listy od ciotki? Były, chociaż za nimi akurat by nie płakał. Apteczka z różnymi eliksirami i maściami w tym lekami na jego chorobę? Była. Odetchnął z ulgą i wyprostował się. Przynajmniej o to nie musieli się martwić. Abrakasany też nie wydawały się być uszkodzone, jedynie trochę zaskoczone, jak oni wszyscy.
Co czyniło tę sytuacje jedynie trochę lepszą.
– Na pewno nic ci nie jest? – spytał, wciąż chodząc po pomieszczeniu, chociaż już nieco wolniej. Szukał czegoś. Czegokolwiek, co rzuciłoby mu jasność na tę sytuację. Obrzucił kuzyna czujnym spojrzeniem. – Potem cię zbadam – oznajmił tonem nieznoszącym sprzeciwu. Nie wiedział czym było to co jedli, skoro nie było to jedzenie. Nie wiedział, czy jakaś złośliwa klątwa teraz nie przyczepiła się do nich.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#15
22.05.2024, 13:36  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.05.2024, 14:25 przez Laurent Prewett.)  

Nie było w jego pytaniu za grosz inteligencji, ale ta odzywka kuzyna i tak spowodowała, że się nieco speszył. Rumieńce wykwitnęły na jego twarzy, a rozproszona uwaga wszystkimi bodźcami, jakie dostarczało otoczenie, skupiła się na osobie, na które może powinien skupić się od samego początku - na kuzynie, który zdawał się tutaj coś wiedzieć. Cokolwiek. Nie miał na to żadnej bystrej odpowiedzi, mózg tego nie przetworzył - zostało takie dopatrywanie się rzeczywistość, kiedy nic nie zgadzało się ze stanem obecnym. Rzeczywistość kontra rzeczywistość. Obwinianie Basiliusa za ten krótki komentarz nawet nie przyszło mu do głowy w obliczu szoku znalezieniem się w ruinach.

Zrobił delikatny krok, żeby zejść butami, które z jakiegoś powodu miał na sobie, z tych szmat, na których leżał. Już mu się nie podobał ten zapach, jakim by przesiąknięty, bo wcale nie było to lawendowe mydło, jakim został poczęstowany wczorajszego wieczoru. To była ta woń starości. Gnuśniałości, bo przecież pod gołym niebem te skóry i koce nie miały szans się nie psuć. O tyle dobrze, że były suche. Gruz zarzęził pod podeszwami, więc przesunął nogę - kawałki pozostałości z cegły, która nieco zgniotła się pod ciężarem jego ciała, nawet jeśli dużo nie ważył. Ogromna ilość piaski i ziemi, kły trawy dookoła niego wstające dopiero na baczność po zimie - to wszystko było surrealne. Tutaj były przecież deski, nawet nie skrzypiały pod jego nogami, a krok dalej i byłby na dywanie, który wiódł przez korytarz do schodów. Teraz go nie było - ani śladu po drewnie... nie, jest ślad. Zbutwiałe deski pomiędzy wysokimi chwastami bujanymi przez wiatr.

Szkoda, że nie mam świec. Nie lubił wywoływania duchów. Naprawdę nie znosił kontaktów z zaświatami, komunikowania się ze zmarłymi. Żałował w zasadzie, że poświęcił na to czas edukacji i że dał się wychwycić. Choć ta zdolność czasami już pomogła to i tak nie lubił się tym chwalić, więc i niewielu wiedziało, że był w stanie to zrobić. Ale teraz żałował. Bo jeśli to nie było duchy, to tak jak też powiedział Basilius: jeśli to nie pan Binns to co? Coś, co nie chciało ich skrzywdzić. A może chciało? Tylko z jakiegoś powodu im się nie udało? Abraksany wychwyciły ślepiami, że dwójka mężczyzn już się podniosła i trochtem skierowały się w ich stronę, a Laurent obserwując poczynania kuzyna sam odwrócił się w kierunku swoich ubrań i rzeczy. Wszystko wydawało się dokładnie takim, jak je zostawił. Były czyste, świeżo wyprane, zero śladu po brudzie, wczorajszym deszczu. Tylko zapachy wokół i natura potwierdzały, że naprawdę padało.

Już otworzył usta, żeby powiedzieć Basiliusowi, że nie ma potrzeby, bo na pewno nic mu nie jest. Potem zmienił zdanie i chciał zażartować, że przecież wcale nie jest delikatny. W trzeciej wersji odpowiedzi zażartował z tego, że upartość to cecha rodzinna Prewettów - żaden z nich nie potrafił przegrywać. Żadnej z tych wersji nie wypowiedział. Uśmiechnął się za to łagodnie - tylko tak mdło. Tylko i wyłącznie dlatego, że chociaż kuzyn go w tym momencie rozczulił i lubił to poczucie, że ktoś o niego dba, to znajdowanie się w tym miejscu wcale nie napełniało optymizmem i nie zachęcało do nadmiernego rozczulania się.

- Chyba mieliśmy do czynienia z jakimś fenomenem duchowym. - Albo jakąś klątwą, takich nie brakowało. Może tutaj żyły dusze rodziny, której na zawsze dane było odgrywać ten sam dzień w kółko? Burza, tajemnicze odwiedziny... i potem rodzinny dramat. Z tym, że tym razem pominęli dramat. Ten komentarz z jego strony pewnie nie był potrzebny, zazwyczaj ludzie nie lubili wypowiadanych oczywistości, ale Laurent niekoniecznie funkcjonował naprawdę zdrowo w tym momencie. Szok był odrobinę za duży. - Ciekawe jak my to wszystko wyjaśnimy...


Koniec sesji


○ • ○
his voice could calm the oceans.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Basilius Prewett (2232), Laurent Prewett (4380)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa