Jednym okiem Laurent zerkał na kuzyna, ale drugie miał na abraksanach. Stał przy pysku Gabriela i trzymał jego łeb, powstrzymując się przed rzuceniem zaklęcia, które ochroniłoby ich głowy (a nawet sylwetki) przed uderzającymi raz po raz kroplami deszczu. Jeśli jednak mieszkali tutaj mugole to wyjaśnienie tego, jakim cudem deszcz zatrzymuje się na wodnej barierze byłoby co najmniej ciężkie. Dlatego mugole byli straszni. Nie rozumieli, nie wiedzieli, ich oczy były ślepe, umysły nieświadome. Robienie kłopotów z nimi oznaczało konieczność odzywania się do Ministerstwa, chociaż akurat był pewien, ze Victoria Lestrange, jego dobra przyjaciółka, pomogłaby im w razie kłopotów. Ewentualnie zrobiłby to Atreus Bulstrode, chociaż on na hipnozie się nie znał bezpośrednio to na pewno znał kogoś, kto się znał. Powiedzcie mi teraz, że znajomości w tym świecie nie były wszystkim.
- Naturalnie! Stajnia co prawda nie dla abraksanów, ale znajdzie się dla nich miejsce. - Kobieta, która stała w przejściu, była zmartwiona, ale jednocześnie podekscytowana. Z nową ciekawością spoglądała na przybysza, który przestąpił próg (jej?) domu i kiedy już padły słowa o abraksanie to bezwstydnie wyciągnęła różdżkę z fałd prostej sukienki w kratę, którą miała ubraną, żeby kilkoma jej machnięciami stworzyć przyjemny, cieplejszy wiatr mający na celu trochę Basiliusa ogrzać i przy okazji nieco osuszyć jego ubranie. - Znajdziemy dla panów jakieś przebranie, pewnie chciałby pan skorzystać z łazienki, wysuszyć się... Ejże! - Zawołała w głąb domu. - Chodźta tu, abraksany do stajenki trza zaprowadzić! - Jeszcze inna białogłowa pojawiła się w korytarzu, trochę skwaszona, trochę niezadowolona, ale po kilku pomrukach w końcu założyła kapotę i buty, żeby wyjść na zewnątrz - ku Laurentowi, który już zdążył kiwnąć głową Basiliusowi, że przyjął gest i że zaraz sam do niego podejdzie. To jest zaraz - jak tylko wymyśli, co zrobić z końmi, żeby ich tutaj nie zostawiać.
Pan Binns, jak się przedstawił starszy mężczyzna, był gospodarzem tego domostwa. Dużego, przestronnego, w którym bez problemu znalazło się miejsce dla dwójki podróżników chcących umknąć przed ulewą. Miał cztery córki, a każda piękna, o specyficznym charakterze. Najstarsza, która powitała Basiliusa na wejściu, była charakterem bardzo podobna do ojca i nie dało się tego nie zauważyć. Laurent i Basilius rzeczywiście dostali od niego zamienne ubrania na noc, żeby te ich zdążyły wyschnąć, a nawet zostały uprane. Abraksany znalazły się w stodole - nie do końca były to królewskie warunki, ale przynajmniej dostały wodę, jedzenie i mogły spokojnie przeczekać te obskurne warunki pogodowe w komfortowych warunkach. Żeby było weselej okazało się, że pies Pana Binnsa gadał ludzkim głosem. I był bardzo leniwym kundlem (magicznym stworzeniem!) lubiącym się wygrzewać przy kominku. Pan Binns był przesympatyczny - zagadywał o podróż, opowiadał o tym, że tu już nie raz u niego zawitali podczas paskudnej pogody i że w zasadzie zadziwiająco często bywają u nich burze. A jeszcze wczoraj była tutaj miła para... o której najwięcej miała do powiedzenia jedna z dziewcząt, która teraz zalecała się wdziękami to najpierw do Basiliusa, to później do Laurenta.
Po wspólnej kolacji dom zaczął robić się cichy - wszyscy porozchodzili się do swoich pokoi, żeby zaznać spokoju nocy i odpocząć. A kiedy rano otworzyli powieki... nie leżeli na piętrze ładnego, rodzinnego domu. Leżeli na parterze pośród gruzów i ruin, a słońce figlarnie zaglądało im pod powieki.