04.05.2024, 20:36 ✶
- Więc co, spłuczesz go w kiblu? - Parsknął, kiedy Alexander się zatrzymał, kiedy spostrzegł różnicę w jego spojrzeniu i obyciu, w nastroju, jaki wokół siebie budował. Oto i on - Crow - człowiek niszczący wszystko to, co w nim zostało przez wieczne rozmyślanie o zdarzeniach, które go w przeszłości złamały. Oh, nie możemy podróżować w czasie tak daleko, żeby naprawić wszystko spierdolone po drodze? Okej, ale spędzę resztę życia, rozmyślając nad tym, jak mogłoby wyglądać moje życie, gdyby to było możliwe. Ha, tak samo tragicznie. Nawet gdyby miał jakiś unikalny przypadek zmieniacza czasu i mógł obrócić go w rękach milion razy, zawsze wracałby do ciała posiniaczonego dzieciaka wypychanego nogą z samochodu. Był po prostu zgniły w środku, pewnie od dnia narodzin. Ta zgnilizna śmierdziała, trzeba było trzymać ludzi na dystans, żeby nie czuli smrodu wylatującego z twoich ust.
Istniały momenty, w których potrafił powiedzieć sobie: może powinien się już wreszcie od samego siebie odpierdolić? Może... może zgnębił się już wystarczająco, może nie musiał karać się do końca życia za złe decyzje. Zawsze nienawidził społeczeństwa, ale obdarzał ciepłem wyrzutków - uzależnieńcom, bezdomnym, buntownikom, osobom z obleśnymi chorobami, kompulsywnymi, tym pogrążonym w głębokiej melancholii przywołującej do łba najgorsze z możliwych myśli o zakończeniu własnego żywota. Nie odpychała go psychoza, nie odpychał go smród z ust. Rozumiał tych, którzy dowiedziawszy się o raku zżerającym ich od środka, nie podejmowali się leczenia, bo nie chcieli wyzdrowieć. Młodych zakochanych, zagubionych, nie wiedzących, jak zacząć żyć. Starych, smutnych, samotnych, niemogących odpuścić nawet w ostatnich chwilach życia. Rozumiał ich wszystkich, mógł ich wszystkich otoczyć opieką, entuzjazmem głębokim i żarliwym. Wszystkich oprócz siebie. Sobie, poza chwilami kiedy ktoś wpatrywał się w niego z oddaniem mogącym udusić każdego ze znanych mu bogów, po prostu nie potrafił wybaczyć. Nawet jako ofiara systemu, który odrzucił go już na wstępie, nie widział się nigdy w roli ofiary, bo za daleko w to zabrnął.
- Nie. - Odpowiedział mu trochę sucho. - Nie wyczaruję ci nagle na to odpowiedzi, sam nie wiem, czy chcę je znać. Ty po prostu nie umiesz zadawać pytań, albo nie chcesz ich zadawać. Whatever. - Ta rozmowa zmieniła rytm, nastrój. Grała w niej inna melodia. Próbował skupić się na dotyku ręki na swoich plecach, na jego bliskości, chociaż odsunął się na krok, ale to nie było już takie proste i oczywiste. - Niezależnie od tego, Dante ścigający tę dziwkę nie jest twoim problemem. - To był tylko i wyłącznie jego problem i... szansa.
Istniały momenty, w których potrafił powiedzieć sobie: może powinien się już wreszcie od samego siebie odpierdolić? Może... może zgnębił się już wystarczająco, może nie musiał karać się do końca życia za złe decyzje. Zawsze nienawidził społeczeństwa, ale obdarzał ciepłem wyrzutków - uzależnieńcom, bezdomnym, buntownikom, osobom z obleśnymi chorobami, kompulsywnymi, tym pogrążonym w głębokiej melancholii przywołującej do łba najgorsze z możliwych myśli o zakończeniu własnego żywota. Nie odpychała go psychoza, nie odpychał go smród z ust. Rozumiał tych, którzy dowiedziawszy się o raku zżerającym ich od środka, nie podejmowali się leczenia, bo nie chcieli wyzdrowieć. Młodych zakochanych, zagubionych, nie wiedzących, jak zacząć żyć. Starych, smutnych, samotnych, niemogących odpuścić nawet w ostatnich chwilach życia. Rozumiał ich wszystkich, mógł ich wszystkich otoczyć opieką, entuzjazmem głębokim i żarliwym. Wszystkich oprócz siebie. Sobie, poza chwilami kiedy ktoś wpatrywał się w niego z oddaniem mogącym udusić każdego ze znanych mu bogów, po prostu nie potrafił wybaczyć. Nawet jako ofiara systemu, który odrzucił go już na wstępie, nie widział się nigdy w roli ofiary, bo za daleko w to zabrnął.
- Nie. - Odpowiedział mu trochę sucho. - Nie wyczaruję ci nagle na to odpowiedzi, sam nie wiem, czy chcę je znać. Ty po prostu nie umiesz zadawać pytań, albo nie chcesz ich zadawać. Whatever. - Ta rozmowa zmieniła rytm, nastrój. Grała w niej inna melodia. Próbował skupić się na dotyku ręki na swoich plecach, na jego bliskości, chociaż odsunął się na krok, ale to nie było już takie proste i oczywiste. - Niezależnie od tego, Dante ścigający tę dziwkę nie jest twoim problemem. - To był tylko i wyłącznie jego problem i... szansa.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.