• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 16 Dalej »
[05.1966] But never have I been a blue calm sea || Roise & Geraldine

[05.1966] But never have I been a blue calm sea || Roise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#11
01.10.2024, 01:01  ✶  
Nie mógł nie parsknąć. Naprawdę nie znał tej starszej kobiety od tej strony, ale w ustach Geraldine brzmiała jak potwór a nie matka. Poza tym jedno mu nie grało. Odkąd Yaxleyówna była pokorna wobec kogokolwiek? Nie omieszkał jej to wytknąć - było za dobre.
- Czym ci zagroziła, że zamieniłaś się w owieczkę? Może daje jakieś lekcje? - Spytał z drobną uszczypliwością, cały ten czas się do niej uśmiechając zanim nie pomyślał o jednym prostym rozwiązaniu. - Możemy stąd znikać, jeśli chcesz. Czy to robi aż taką różnicę, że będziemy tu kilka godzin krócej czy dłużej? Wrócimy do Londynu, zdejmiesz sukienkę, posiedzimy w mieszkaniu, pójdziemy na miasto, gdzie sobie zażyczysz - wszystko miało być lepsze od tego przedstawienia. Szczególnie z nią. Zwłaszcza z nią.
Wprawiła go w zaskakująco lekki humor. Tym razem niemal nie zauważał tego nienaturalnego napięcia. Chętnie się do niej przysunął, obdarzał ją spojrzeniem, reagował uśmiechem na słowa. Nawet na te niezbyt wyrafinowane insynuacje, jakoby miała go za najatrakcyjniejszego faceta w tym miejscu, choć jednocześnie przecież ani razu nie okazała mu widocznego zainteresowania. Słowa były czym innym niż czyny. W czynach byli po prostu przyjaciółmi. To było posrane, normalnie spowodowałoby u niego niesmak i chmurność, ale nie teraz.
- Wybacz, ale tamtych dwóch nie świadczy zbyt dobrze o twoim guście do mężczyzn - wzruszył ramionami.
Musiał to powiedzieć obiektywnie, w końcu był jej przyjacielem a ona nigdy nie była mu dłużna w ripostach. Nawet teraz komentowała to z kim przyszedł na przyjęcie a przecież to nigdy nie zależało od niego. Jego decyzja byłaby zgoła inna. Miał tego kłującą świadomość.
- Och ona jest jak wartki górski strumyk, naprawdę, Geraldine - pozornie zaprzeczył ostrym słowom na temat inteligencji panny Delacour, ale nie ukrywał błysku w oczach, kiedy unosił kąciki ust i zamieniał je w pełny uśmiech. - Z tym, że podczas suszy - skwitował, bo choć nie mógł powiedzieć nic o Yvette to...
...właśnie. Nic nie mógł o niej powiedzieć, bo niczym go nie zaskoczyła ani nie zainteresowała. Jasne. Była prześliczna pod każdym względem. Miała w sobie praktycznie wszystko, co mogłoby przyciągać do niej mężczyzn jak ćmy do światła. Tyle tylko, że no właśnie. Do światła, ale nie do ognia. Wabiła ich do czegoś, co dało się równie szybko ugasić. Nie wyniósł nic z ich rozmowy. Nie zapamiętał wiele poza tym, że przez cały czas zacięcie próbowała zwrócić na siebie jego uwagę, ale robiła w to najnudniejszy możliwy sposób.
Oczywiście, ona także posługiwała się masą podtekstów i robiła swoje własne podchody, ale przejrzał je już na samym początku. Tak jak w wielu przypadkach wcześniej, doskonale wiedział jak powinien grać w tę grę, żeby wygrać, ale jednocześnie dać pannie pełne poczucie, że to ona rozdała wszystkie karty. Od a do z. Nie była ani trochę oryginalna, choć z pewnością wydawało jej się, że jej urok osobisty był największym darem i zarazem teatralnym pretekstem do nazywania swojego wyglądu straszliwym przekleństwem, które przyciągało do niej nieodpowiednich ludzi, ale ty byłeś kimś innym, mogłeś ją ocalić, zająć jej myśli i ściągnąć to brzemię z ramion. Wystarczyło odpowiednio reagować, nie pchać jej zbyt szybko rąk pod suknię (ale również nie za późno, żeby nie zrobiła się znudzona) i udawać, że słucha się z pasją wszystkiego, co ma do powiedzenia. W efekcie to ona sądziła, że rozdaje karty a faktycznie jedyną kartą, jaką grali był Głupiec. Musiała ją wyciągnąć. Nie było innej możliwości.
Wiedział to wszystko i z powodzeniem mógł zakończyć ten wieczór w inny sposób. Problem w tym, że nie chciał. Czuł się znudzony, żeby nie powiedzieć: zniesmaczony tym, co zazwyczaj i dla niego stanowiło zabawę. Ich rozmowy się nie kleiły, bo nigdy nie były nastawione na faktyczną dyskusję. To był dialog dla dialogu. Nie było w nim żaru ani emocji. Nie przynosił nic ponad zmęczenie tematu. Zagrywki Yvette nie mieszały mu w głowie. Nie robiły z nim nic, czego by nie znał. Podteksty nie były podtekstami, niedopowiedzenia nie były niedopowiedzeniami, bo wszystko było zbyt jasne. Przyzwyczajony do palenia się jak ćma w prawdziwym płomieniu ognia nie chciał dać się złapać na jej szklaną lampę. Z pozoru była wszystkim, czego mógł chcieć. Szczególnie takiego popołudnia i wieczoru jak ten.
W rzeczywistości nie była niczym. Jego myśli nie były ku niej skierowane nawet na ułamek sekundy. Miał swoje własne chaotyczne myśli doprowadzające go do przeżywania wewnętrznego piekła na ziemi. Czy tak właśnie wyglądało zajęte serce? Nie umiał tego stwierdzić, nigdy wcześniej nie został postawiony w takiej sytuacji ani nie czuł, że wali głową o mur próbując przebić się dla kogoś przez ścianę z niewypowiedzianych słów, obaw i wątpliwości. Miał wrażenie, że za każdym razem, kiedy udaje mu się zrobić pęknięcie w tym murze, Geraldine z drugiej strony uzupełnia je szpachlą i dokłada kolejny rządek cegiełek.
Głupiał. Dla niej. On - człowiek chełpiący się swoją umiejętnością w grania w gierki raz po raz był tym samym Głupcem, którego wcześniej tyle razy wciskał innym. Czyżby w ten sposób odbijały się na nim jego uczynki? Nie był dobrym człowiekiem, wiedział to, ale nie był też złym. Miał swoje zasady, których się trzymał i swoich ludzi, o których dbał. A czuł, że ponosi karę za wszystkie czyny. W tym także te, których jeszcze nie popełnił, bo nie potrafił przebić się przez cegły. Zupełnie jakby przejścia do upragnionego świata zamknęły się niespodziewanie. Niby wiedział, że tam są a przynajmniej były kiedyś, ale teraz nie mógł przejść przez ścianę za Dziurawym Kotłem i obawiał się, że jeśli spróbuje inaczej to rozkraczy się wózkiem na samym środku King's Cross.
Zrobi z siebie błazna. Pośmiewisko. Wzgardzonego idiotę. Nie było go na to stać, choć nie miał problemu z niczym innym.
Na przykład z konfrontacją z niedoszłymi adoratorami Geraldine. Wredne bogate gnojki musiały dostać nauczkę za to, co usłyszał przez płachty namiotów. Mógł im dać pstryczka w zadarte nosy albo zrobić coś znacznie gorszego, ale nawet nie musiał sobie specjalnie brudzić rąk. Lekko i swobodnie wzruszył ramionami. Na początku tylko się uśmiechnął. Nie mógł nic poradzić, że uśmiech pojawił się na jego twarzy. Tym bardziej, kiedy Geraldine zaczęła mówić dalej ewidentnie oczekując od niego odpowiedzi do tego stopnia, że aż zaryzykowała siedzenie w wodzie, byleby tylko byli zwróceni twarzami do siebie. Po raz kolejny skwitował to rozbawionym wzruszeniem ramionami.
- Och wiem - skwitował całkiem szelmowsko i dyskretnie wepchnął w to swoje nowe niedopowiedzenie - słyszałem i powiedzmy, że każą powiedzieć, że bardzo im przykro i nigdy więcej nie będą natrętami, ale niestety wstydzą się tak, że nie powiedzą tego wprost. Nie będą cię więcej kłopotać. Zapewniam ci to, moja droga - zakończył kładąc rękę w okolicach serca. Trochę zbyt mocno mu waliło.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#12
01.10.2024, 09:50  ✶  

Faktycznie Jen w oczach Ger była potworem, ale to przez to, że od zawsze miały różne priorytety, wydawało jej się, że wolałaby mieć potulną, bardzo dziewczęcą córkę, która interesowałaby się typowymi dla innych dziewcząt zajęciami, zabawne chyba sama zapominała o tym, że kiedyś była klątwołamaczką i ją również pociągały przygody.

- Grozi mi tym, że jak będę dalej tak usilnie przepychać swoje zdanie to znajdzie mi narzeczonego i wtedy już w ogóle nie będę mogła dyskutować. - Jej to nie bawiło, wcale. Był to jedyny powód dla którego zgadzała się wykonywać te jej wszystkie durne pomysły, ojciec stawał w jej obronie dopóki wykonywała te mniejsze, drobne prośby. Sukienka zdecydowanie była lepszą opcją niż narzeczony, którego nie chciała mieć. Szczególnie taki obcy, z którym ją nic nie łączyło. Aktualnie wierzyła w to, że była tylko jedna, jedyna osoba z którą mogłaby spędzić resztę swojego życia, tyle, że nawet nie była pewna, czy ona czuje to samo, ta przed którą siedziała właśnie teraz.

- Chciałbyś stąd ze mną uciec, wspaniale, piszę się na to. - Zdecydowanie taka perspektywa wydawała się być dla niej przyjemniejsza. Pokazała się tu już przecież, pouśmiechała, a to było wszystko na co umawiała się z ojcem. Mogli zwinąć się stąd nawet w tej chwili. Cóż, dobrze zrobiła, że posłala do niego tego piaskowego skunksa, ten wieczór jeszcze mógł okazać się naprawdę przyjemny.

- Musiałam się pocieszyć tym, co było pod ręką, skoro najlepsza partia była zajęta. - Znowu to robiła. Znowu pokazywała mu to, że w jej oczach był najlepszy. Tyle, że poza słowami nic za tym nie szło. Bała się bowiem, że może nie traktować jej słów poważnie, że może nie widzieć tego, co usilnie próbowała mu pokazać, no może w pewien pokrętny sposób.

Wybuchnęła głośnym śmiechem i nie mogła się opanować, kiedy skomentował swoją dzisiejszą partnerkę. Strasznie rozbawiły ją jego słowa. Może niepotrzebnie się bała tego, że wystarczyła ładna buźka, aby wzbudzić jego zainteresowanie. Znaczy były te plotki, o których pamiętała, o tym, jak się prowadzał, ale on nigdy nie dał jej powodu do niepokoju, nie mówił o swoich podbojach miłosnych odkąd w lutym zaczęli się przyjaźnić, jasne ustalili, że nie będą się sobie zwierzać z tych tematów, mimo wszystko wolała wierzyć w to, że one po prostu nie istniały. Serce by jej pękło, gdyby dowiedziała się, że zabawiał się z jakąś tępą dzidą. Nie powinna oczywiście podchodzić do tego w ten sposób, bo przecież byli tylko przyjaciółmi, nie mogła jednak nic poradzić z tym, że darzyła go zdecydowanie silniejszym uczuciem od zwyczajnej przyjaźni.

Wiele razy wyobrażała sobie, że nadszedł moment, w którym postanowiła mu powiedzieć o tym wszystkim, co w sobie kryła, tych uczuciach, które paliły jej ciało, a którym nie mogła pozwolić wydostać się na zewnątrz. Nie umiała jednak wydusić tego z siebie, kiedy znajdował się obok, nie potrafiła spojrzeć mu w oczy i opowiedzieć o tym, co z nią robił. Bała się, tak cholernie bała się tego, że to mogłoby popsuć to wszystko. Zazwyczaj niczego się nie bała, więc to było dla niej nietypowe. Nie zamierzała jednak już udawać przed sobą samą, że nie działo się nic więcej, było zbyt późno i każda chwila, którą spędzała w jego towarzystwie ją w tym utwierdzała. Nikt nie potrafił jej tak rozbawić swoim gadaniem, zmieniać jej nastroju z bardzo chujowego w kilka sekund na względnie dobry, nikt też nie umiał jej tak zbić z tropu jak on. Jego towarzystwo nigdy jej nie nudziło, rozumiał ją jak nikt inny. Popadała w obłęd nie potrafiła myśleć o niczym innym, tylko o nim. Tęskniła za nim kiedy nie było go obok, zastanawiała się gdzie jest i co robi i czy choć trochę mu jej brakuje. Nie do końca jej się to podobało, bo zahaczało to o czyste szaleństwo. Nigdy jeszcze nikt, aż tak nie nawiedzał jej myśli. Opętał ją jak jakiś demon.

Wysłuchała tego, co miał jej do powiedzenia o jej niedoszłych adoratorach. Niby to było całkiem miłe, że postanowił zaangażować się w sprawę, najwyraźniej trochę zależało mu na tym, aby nikt jej nie niepokoił, ale przecież była duża. Sama sobie potrafiła radzić sobie ze swoimi problemami.

- Wiesz Roise, że nie musisz być moim rycerzem, prawda? - Tak, tak. Nic nie musiał, nie mogła jednak mu o tym nie przypomnieć. Yaxleyówna nie była księżniczką, zdecydowanie nie. Potrafiła załatwiać swoje sprawy, zawsze robiła to sama. - Chyba, że faktycznie chcesz, ale wiesz, jak to się kończy w bajkach, kiedy rycerz ratuje księżniczkę. - Znowu nie powiedziała wprost o co jej chodzi. Znowu próbowała mu sugerować, co mogło się między nimi wydarzyć, jak zawsze zachowywała się bardzo dojrzale. Nie przestawała mu przy tym spoglądać w oczy, ciekawa, co w nich dostrzeże.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#13
01.10.2024, 11:26  ✶  
Zmarszczył brwi nie kwitując jej słów niczym innym jak mrukliwym hm, które wydostało się z jego ust. Wbijając wzrok w fale, na dłuższą chwilę odwrócił spojrzenie od Geraldine i nie wrócił do tego tematu. Mogło zdawać się, że zupełnie zlał informację o urojeniach matrony rodu Yaxleyów, ale w żadnym razie nie było to zgodne z prawdą. Ambroise po prostu się zastanawiał, układając w głowie bardzo skomplikowaną, podchwytliwą układankę.
Odezwał się dopiero wtedy, kiedy uznał, że chyba wie, co powinien powiedzieć. A przynajmniej tak mu się wydawało, dopóki nie otworzył ust, bo w jego głowie to brzmiało znacznie, znacznie lepiej. Teraz była w tym pochopność. Mniej rozbawiona i lekka niż mógłby tego chcieć. Bardziej ostrożna, choć przecież nie był ostrożnym człowiekiem względem samego siebie. Dbał o innych ludzi. Miał tu lepsze standardy, jeśli chodzi o zastanawianie się i rozważanie wielu opcji. W przypadku samego siebie był raczej w gorącej wodzie kąpany, choć odnosił wrażenie, że jego relacja z Geraldine wymusza na nim stąpanie po szkle.
- Słuchaj. Ile odwiedzin jej wystarczy? - Spytał pokrzepiająco, nieznacznie unosząc i opuszczając jeden bark. To nie było pełne wzruszenie ramionami, bo Jennifer i jej głupie pomysły na to nie zasługiwały. - Zanim powiesz nie to chociaż posłuchaj, bo to nie brzmi całkiem idiotycznie. Jeśli nie planujesz faktycznie jej na to pozwolić to po prostu graj pod publiczkę. Wytrąć jej argument z ręki - stwierdził luźno, choć już mniej więcej po pięciu słowach zorientował się, że może trochę wyskakuje z tym za bardzo wprzód, ale przecież z drugiej strony przyjaciele robili sobie wzajemnie różne przysługi. A skoro powiedział a, to dokończył też b.
- Przyprowadź mnie do domu kilka razy, zasugeruj jej coś. Z czystej kultury nie zaprzeczaj; sama mówisz, że jestem całkiem dobrą partią. Pieniądze, szanowana rodzina, właściwa krew, dobra posada. Może trochę za daleko wybiegam, ale Jędza chyba nawet mnie lubi... ...albo nie pała do mnie zwyczajową niechęcią - no, na pewno jedno z tych - raczej nie będzie mieć problemu. Ty też nie. Ja też. Przynajmniej przez kilka miesięcy - posłał jej czujne spojrzenie, usiłując wybadać jak bardzo źle podchodziła do tej możliwości.
- Nie musimy się od razu zaręczać ani robić nic więcej niż czasami potrzymać się za rękę - zasugerował ostrożnie, zwracając uwagę na każdą, nawet najdrobniejszą reakcję, bo ten ich grząski grunt zaczynał robić się jakby mniej stabilny i mógł błyskawicznie go wciągnąć, jeśli wyraziłaby oburzenie albo co gorsza po prostu wybuchnęłaby śmiechem. Mimowolnie się najeżył, nawet tego nie dostrzegał. - Po prostu pociągniemy to pod publiczkę, dopóki będzie wygodne - dopowiedział z otwartymi wnętrzami dłoni wyciągniętymi ku niej.
Zero zdrożności. Zupełnie brak podtekstów. Same najczystsze korzyści.
Czy to nie on co najmniej dwa razy mówił wcześniej o żenujących motywach literackich z czytadeł macochy? Ależ tak. To brzmiało podejrzanie jak jeden z nich, nawet jeśli tym razem faktycznie mogło się sprawdzić. Tak. Mimowolnie uśmiechnął się nerwowo, wydając z siebie coś brzmiącego jak duszący, szczekliwy półśmiech starego palacza. No. A jednocześnie czuł się jak dzieciak.
- Do bycia dobrą partią mam nieoczekiwany kompleks rycerza, co poradzisz? Każdy ma jakieś wady - stwierdził wodząc wzrokiem wszędzie tylko nie po jej twarzy. Ściskało go gdzieś w samym środku żołądka, nie miał na to żadnego wpływu. - Nie musisz się obawiać tego, o czym mówisz. Umiem trzymać ręce przy sobie. Niemal zawsze - nawet nie brał pod uwagę tego, że mogła mieć coś zupełnie innego na myśli.
W tej chwili zafiksował się na tym, co bezwiednie wyszło mu z ust zanim zdążył dobrze przemyśleć swoje słowa, bo już było na to za późno. Chyba pierwszy raz tak jasno oferował jej coś więcej poza słowami - czyny idące z nimi w parze.
- No i nasza ewakuacja z tego miejsca byłaby wtedy zgrabnie wpasowana w narrację - uśmiechnął się... ...nerwowo?
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#14
01.10.2024, 12:30  ✶  

Wiedziała, że to co powiedziała o matce mogło wydawać się głupie, ale rozumiała, że ich świat rządzi się swoimi prawami. Niestety, urodziła się kobietą, nieco inną od wszystkich, z męskimi zainteresowaniami, ale nadal przez swoją płeć zajmowała niższą pozycję w hierarchii, wiedziała, że gdyby tylko chcieli mogliby ją wrobić w coś, czego bardzo by nie chciała. Niby ojciec obiecywał jej, że nie zrobi nic bez jej zgody, ale miała świadomość, że matka potrafiła knuć. Od zawsze toczyła z nią wojny o to, że ma się inaczej prowadzać, inaczej ubierać, że damie nie wypada. To wcale nie było takie proste, ta świadomość, że jest od nich zależna strasznie ją przytłaczała. Dlatego zdarzało jej się podporządkowywać.

Nie miała pojęcia, czy Ambroise potraktuje ten problem poważnie, z drugiej strony on należał do tego świata, powinien sobie zdawać sprawę, że zagrożenie było realne, że niedługo wszystko mogło się zmienić. Utraciłaby swoją wolność, może nie zaliczyła się jeszcze w grono starych panien, ale z każdym kolejnym, mijającym rokiem była temu coraz bliższa. W ich kręgach to nie było dobrze widziane.

Nie wiedziała o czym myślał, kiedy wpatrywał się w morze, wiele by dała, aby dowiedzieć się o tym, co aktualnie działo się w jego głowie. Póki co wolała jednak chwilę poczekać, na pewno sam jej to wszystko opowie.

- Co? - Dopiero po krótkiej chwili do niej dotarło do czego zmierzał. Nie mogła się na to zgodzić. Zdecydowanie, nie chciała, aby okazywał jej udawane zainteresowanie po to, aby jej matka dała jej spokój. To nie powinno mieć miejsca, nie kiedy naprawdę chciałaby, żeby faktycznie o nią zabiegał. Bała się, że może pomyśleć, że to mogłoby się zdarzyć naprawdę. To by było chyba dla niej zbyt wiele.

Już miała powiedzieć nie, tyle, że poprosił ją, aby tego nie robiła. Pozostawało więc jej wysłuchać tego sprytnego planu, który urodził się w jego głowie do końca. - Dobrze, mów. - Proszę bardzo była gotowa.

- A co jeśli się w kimś zakochasz w ciągu tych kilku miesięcy? - Tego się bała, że pozna kogoś na kim faktycznie zacznie mu zależeć, a ona wtedy zostanie porzucona. Jasne, mogła udawać przed matką, ojcem, braćmi przed całym światem, jednak nie mogła udawać przed samą sobą. Bała się, że wtedy przepadłaby w tym wszystkim całkowicie, że już nie byłoby ucieczki.

- Zresztą to też brzmi tylko ja odsuwanie problemu w czasie, to do mnie wróci i boję się, ze wtedy uderzy jeszcze z większą siłą. - Mogli zwodzić Jen, ale co jej po kilku miesiącach? Co później. Niestety robiła się coraz starsza, lat jej nie ubywało, zresztą sama też raczej nie wykazywała zainteresowania w poszukiwaniu odpowiedniego kandydata na narzeczonego. Nie chciała tego robić - nigdy.

- To nie tak, że nie jesteś odpowiednią partią, wiesz przecież, jesteś idealny, ale nie mogę się na to zgodzić. - Mógł usłyszeć w jej głosie rezygnację.

- Nie wiem też, czy to byłoby takie do końca wygodne. - Nie wierzyła w to. Sama dałaby sobie pretekst, żeby jeszcze bardziej się do niego zbliżyć, mieli się trzymać za ręce? Fajnie, tylko wiedziała, że dla niej to byłoby zdecydowanie zbyt mało, prędzej, czy później nie byłaby w stanie znieść tego, że nie może sięgnąć po więcej. Bała się tego, co mogłaby zrobić. Nie mogła więc pozwolić na to, żeby do tego doszło.

- Szkoda, że nie wszyscy mają takie wady jak te twoje, wtedy świat byłby piękniejszy. - W jej oczach to były bardziej pozytywy, coraz bardziej upewniała się w tym, że Ambroise naprawdę wydawał się jej być chodzącym ideałem, może nie typowym, miał swoje za uszami, ale był idealny dla niej. Niedobrze, nie potrafiła od siebie odsunąć tych coraz głośniejszych, natrętnych myśli.

- Kto powiedział, że chciałabym, żeby mój rycerz trzymał ręce przy sobie? - Znowu zakładał, że tego nie chce, jakby zupełnie nie docierało do niego to, co próbowała mu powiedzieć. Typowe. - Nie tego się obawiam, Roise. - Nie trafił, bardzo nie trafił. Bała się tego, że mogłaby przywyknąć do tego, że ma swojego rycerza, że pragnęłaby jego bliskości, to były jej obawy.

- Tak, czy siak, myślę, że ewakuacja jest wskazana. - Z tym nie zamierzała dyskutować, zdecydowanie chciała się stąd zmyć.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#15
01.10.2024, 13:49  ✶  
Spróbował. Pierwszy raz tak szczerze i od razu zaczynając czuć, że piedestał się pod nim chwieje. Praktycznie w momencie, w którym z jej ust padło niedowierzające co? zamiast bierz mnie, mój rycerzu jasne, to ma sens. Potem była już równia pochyła, mimo że zgodnie z życzeniem dokończył wypowiedź.
- Nie jestem kochliwy - zapewnił wbrew wszelkim opiniom, jakie mogły o nim krążyć, starał się być w porządku wobec kobiet, z którymi kiedyś spędzał wieczory i kawałki nocy.
Nie był kimś, kto mógł zakochać się tak po prostu. Nigdy nie uważał, że to może go tak po prostu dopaść. Sądził, że niespecjalnie mu grozi. Jakże sromotnie się pomylił. Tak czy inaczej wcale nie kłamał ani nie przeinaczał faktów. Nie był kochliwy. Nie miał zakochać się w kimś nowym w przeciągu kilku tygodni, miesięcy, może nawet lat, choć wolał nie wybiegać tak daleko. Liczyło się dla niego to, że było na to zbyt późno. Miał tylko jedno miejsce w sercu, adekwatnie dużo przestrzeni na obawę, rozczarowanie, nadzieję, ból i smutek.
- A jeśli ty to zrobisz to po prostu się z tego wykręcimy. Przecież nie zawsze wszystko musi wyjść - stwierdził w niezgodzie ze sobą, któryś raz z rzędu stając w tej sytuacji, ale wciąż będąc w niej także po raz pierwszy.
Jedno nie wykluczało drugiego. Nie w ich przypadku. Było zmiksowane w jeden wielki chaos pełen sprzecznych ze sobą uczuć. Mógłby dalej nie dawać im ujścia twierdząc, że tak jest lepiej, bo poniekąd tak robił od sam nie liczył jak dawna (bujda - liczył). Ale coś... ...może to był spokój tej plaży? Melancholia? Dźwięk wiatru? Szum fal? Niedawna sytuacja? Yvette Delacour i Flip z Flapem odgrywający swoje nieświadome role? Może ta obrzydliwa czerwona sukienka, która jednak na mokro bardziej się opinała? Wilgotne plamy na dekolcie Geraldine? Wszystko na raz i nic zarazem?
Odezwał się. Rozszerzył swoją propozycję. Wizję, która nie była tylko przyjacielską wyciągniętą ręką do pomocy. Wręcz przeciwnie. Czuł narastające rozgoryczenie, że tak to odebrała, kiedy dla niego stanowiło to wyłącznie pretekst do pozwolenia sobie na więcej niż obecnie.
Strzeliła mu w policzek. Może nie dosłownie, ale zrobiła to czego najbardziej się obawiał. Wzgardziła nim i jego próbami bycia kimś więcej niż tylko przyjaciółmi. Przyjaciel. Zaczynał dławić się tym słowem. Nie ukrył tej mikroekspresji. Przez sekundę była dostrzegalna na twarzy Greengrassa zanim nie wzruszył ramionami.
- Faktycznie zapomnij - odrzekł z gulą w gardle, po czym odwrócił wzrok, ale powstrzymał się przed wstaniem i odejściem, choć było to niemal jedyne, co chciał już teraz zrobić.
Odejść stąd, żeby w samotności lizać swoje rany. Śmieszne, że nawet teraz nie przeszło mu przez myśl, że mógłby skorzystać z oferty otwartej panienki Delacour. Nie chciał się nikim pocieszać. Pragnął być sam.
- Nie sądzę. Jest nas już dwoje a świat wcale nie jest piękniejszy. Tylko pogrąża się w chaosie - wzruszył ramionami, pijąc do tego jak podobni do siebie byli.
Może zbyt podobni, żeby to wypaliło. Może Geraldine miała rację. Zaczynał odnosić wrażenie, że te wszystkie komentarze z jej strony odnośnie jego zajebistości były wypowiadane przez kogoś traktującego go jak starszego brata. Tak mówiło się do niemalże członków rodziny albo do osób, którymi było się jakkolwiek zainteresowanym. Tymczasem ona nim wzgardziła. Może nie pogardliwie, ale czuł się tak, jakby wyśmiała jego pomysł.
- Jasne - powoli wypuścił powietrze przez zęby, wpatrując się w fale za jej plecami, które jakby trochę przycichły.
Już nie tak mocno obijały się o kamienie przy plaży. Zupełnie tak, jakby rozbicie się ego Greengrassa zmieszało nawet je, bo były przy tym huku takie malutkie. Nie mogły dorównać sposobowi, w jaki się teraz poczuł. Jakby na chwilę był niemal w górce, pełen nerwowego oczekiwania i obaw, które teraz się spełniły i pociągnęły go gwałtownie w dół. Poddał im się.
- Mam nadzieję, że taki rycerz wkrótce pojawi się na horyzoncie - odparł starając się przełknąć gorycz, bo trudno było słyszeć o tym w takim kontekście.
- Kiedy tak o tym myślę to chyba nie mogę całkowicie pozostawić panny Delacour. Nie jest stąd - odezwał się spokojnie, zwracając spojrzenie ku Geraldine i posyłając jej przepraszający uśmiech podszyty goryczą. - To byłoby głupie, zresztą ty też chyba masz obowiązki względem ojca - widział, że przyszła tu jako towarzystwo Gerarda i chyba nie chciał mu teraz podpadać.
Zdecydowanie lepiej było zachowywać się jak odpowiedzialni dorośli ludzie, którymi byli. Marzenia należało zostawić dzieciom i beznadziejnym optymistom.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#16
01.10.2024, 14:36  ✶  

Nie, on sugerował, że mieliby robić przedstawienie, ona nie chciała udawania. Chciała, żeby to było prawdziwe. Nie spodziewała się, że znowu wszystko, co mówiła zostanie odebrane pokrętnie. Mieli tendencje do niejasności, to prawda, ale czuła, że wynika z tego coraz więcej niepewności, której zdecydowanie nie chciała już w swoim życiu.

- Tu nie chodzi o to, że jesteś kochliwy. - Zupełnie nie o to jej chodziło. Martwiła się jednak, że w pewnym momencie mógłby faktycznie pojawić się ktoś w jego życiu, kto skradnie jego serce. Ona wtedy pozostanie zostawiona sama sobie, będzie musiała sobie radzić z tym, co zostanie po tym ich udawaniu. Nie była w stanie przyjąć takiej możliwości. Bała się, że to by jeszcze bardziej ją zniszczyło, sama świadomość, że traktował ją jako przyjaciółkę ją bolała. Gdyby doszły do tego dodatkowe gesty, których przecież pragnęła mogłaby się po tym nie pozbierać.

- Możesz być pewny, że tego nie zrobię. - Aktualnie była w nim szaleńczo zakochana, i raczej nie było opcji, aby szybko miało jej to minąć, to nie było chwilowe, ciągnęło się już któryś miesiąc, nie spodziewała się, żeby pod tym względem pojawiły się jakieś zmiany. Szczególnie, że ona się nie zakochiwała, nigdy, to był dla niej wyjątek. Przez to była taka zagubiona.

Nie chciała go urazić, nie sądziła, że w ten sposób zareaguje na odrzucenie propozycji, najwyraźniej musiało go to jednak zaboleć. Widziała, że nagle sposępniał. Nie podobało jej się to, bo to nie było to, co chciała osiągnąć, próbowała uchronić siebie przed utopieniem, zamiast tego zaczęła ciągnąć go ze sobą na dno.

Dlaczego chciał, żeby inny rycerz pojawił się na horyzoncie? Przecież powiedziała mu o tym, że to on był jej rycerzem, nie chciała tego zmieniać. Nie szukała nikogo innego. Pokrętnie odebrał jej słowa. Po raz kolejny. Czuła, że zbliżała się do kulminacyjnego momentu. Szczególnie po tym, jak wspomniał o tym, że zamierza wrócić do tej blondyny. To ją zabolało, przecież jeszcze ledwie kilka sekund temu chciał z nią stąd uciec.

Kurwa mać. Znowu wszystko popsuła. Dlaczego nie mogła być normalna, dlaczego tak bardzo bała się odrzucenia, że nie była w stanie mówić o tym, czego potrzebowała? To naprawdę mogło ułatwić jej egzystencję, nie tylko jej, ale też jemu.

- Roise... - Powiedziała cicho, bo naprawdę czuła, że teraz zjebała na całej lini, nie był to pierwszy raz, ale chyba jeszcze nie zdarzyło się go odrzucić aż tak mocno.

Bała się spojrzeć mu w oczy, zresztą póki co jeszcze nie do końca wiedziała, co chce powiedzieć, ani w jaki sposób mogłaby odkręcić to wszystko, co powiedziała. Czyżby był to odpowiedni moment na szczerość? Zbierało się w niej to od dawna, musiała w końcu dać upust temu wszystkiemu, co w niej siedziało.

- Nie chcę, żebyś wracał do panny Delacour. - Małymi krokami, do przodu, musiała zebrać się w sobie, aby przekazać mu czego oczekiwała, czego potrzebowała.

- Nie powinieneś tutaj z nią przychodzić. - To nie tak, że zamierzała mu dyktować, co mógł, albo czego nie mógł. Nie, nie o to jej chodziło.

- Chciałabym, żebyś to mnie zabrał na to przyjęcie, chciałabym, żebyś chciał przychodzić ze mną do moich rodziców, nie tylko dlatego, że jestem zdesperowana, chciałabym, żebyś lubił mnie tak bardzo, jak ja ciebie lubię, i nie chcę się z tobą przyjaźnić, nie chcę być twoją przyjaciółką. - To było chyba w tym wszystkim najistotniejsze. Nie chciała być jego przyjaciółką, nie jeśli nie niosło to ze sobą czegoś więcej.

I najchętniej by się teleportowała stąd właśnie w tej chwili, tyle, że zaklęcia ochronne skutecznie jej to uniemożliwiły, o czym dowiedziała się w momencie, w którym przymknęła oczy i zamierzała stąd zniknąć, niestety jej plan nie wypalił.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#17
01.10.2024, 16:25  ✶  
- Przed chwilą właśnie o to chodziło - przypomniał jej, bo przecież sama sugerowała mu, że mógł się zakochać.
Trochę za późno i od złej strony, tak właściwie. Byłoby znacznie łatwiej, gdyby sama się tego domyśliła. Gdyby wiedziała to nie musiałby jej mówić. Logiczne, prawda? No niezmiernie. Ale taka była prawda. Byłoby dużo łatwiej i mniej podchwytliwe, gdyby tak po prostu umieli sobie czytać w myślach. Niestety to nie było takie proste. W tym momencie naprawdę żałował, że nigdy nie ćwiczył tej sztuki.
- Ja też nie mam takich planów, więc - no właśnie więc.
To mogło wypalić. Gdyby naprawdę była to w stanie rozważyć. Jeśli by tego tak naprawdę chciała to nie miało być to żadną przeszkodą. Nie rzucał słów na nadmorski wiatr - nie był kochliwy tylko zakochany. Całkiem nieoczekiwanie, najwidoczniej kompletnie nieszczęśliwie, bo w kimś, kto właśnie dał mu do zrozumienia, że tak tego nie widział. No. Zawsze wiedział, że do tanga trzeba dwojga, to nie było dla niego nic nowego. Jedynie poczuł się dotknięty tym, że po tych wszystkich niedomówieniach i niejasnych sygnałach docierało do niego, jak bardzo mylił się w swoim osądzie.
W przeciągu kilku chwil całkiem stracił ochotę na dalszą rozmowę o tych tematach. Może nie zebrał się w celu odejścia, żeby nie wyjść na jeszcze większego przegrywa, ale po prostu zacisnął wargi i wbił spojrzenie nie w kobietę przed nim a w morze za nią. Był dorosłym, poważnym człowiekiem, jednak zachowywał się i czuł jak niedojrzały, zraniony szczyl. To nie było w jego planach na przyszłość. Ani bliższą ani dalszą.
Co gorsza Geraldine nadal ciągnęła ten drażliwy temat. Nie wiedziała, kiedy przestać - to było pewne. W dodatku to Roise z jej strony. W milczeniu wstrząsnął głową. Jasne, nawet tym pewnie pokazywał jej więcej niż by tego chciał, ale w gruncie rzeczy już i tak miała go za czubka, który tworzył wyssane z dupy plany a powinien zachowywać się po prostu jak jej dobry przyjaciel. Miał wobec niej tylko jeden kluczowy zarzut. Należało sobie darować te wszystkie podteksty, nie chciał też klepania po głowie i mówienia mu, że jest przystojnym kawalerem.
Na Merlina! Nie była jego babcią. Nie patrzyłby na babcię w taki sposób ani nie podejmowałby prób, żeby się do tej babci nadmiernie zbliżyć. Była młodą, atrakcyjną kobietą o podobnych wartościach i zachowaniach (choć to akurat czasem robiło więcej szkody niż przynosiło pożytku), czy to dziwne, że czuł do niej pociąg? Dodatkowo wzmocniony czymś dziwnym, co było między nimi od czasu tamtego nieszczęsnego dnia?
Choć tak naprawdę zawsze go do niej ciągnęło. Praktycznie od samego początku, wcale nie pomijając tego uszczypliwego i wrogiego środka, bo wtedy też zdarzyło mu się mieć ochotę przyprzeć ją do ściany nie tylko w przenośni. A teraz to ona najpierw przyparła go do muru a potem dała mu do zrozumienia, co sądzi o ich wyjściu ze strefy przyjaźni.
- To nie była moja decyzja - skwitował krótko, bo nigdy nie mówił, że chciał tutaj z kimkolwiek przychodzić.
Wydarzenia towarzyskie były częścią ich życia. Wychowali się w tej rzeczywistości. Mieli powinności do spełnienia i inne takie tam bzdety. Powinna domyślić się (jasne), że skoro uciekał od swojej partnerki i nie wypowiadał się o niej zbyt korzystnie, to oznaczało, że nie była jego wyborem. Ani pierwszym ani tak naprawdę jakimkolwiek. Jego wybór byłby zgoła inny.
Ten oto wybór usilnie starał się prowadzić czczą dyskusję, więc Ambroise niemal podjął decyzję o tym, żeby po prostu dać Geraldine mówić i tylko udawać, że słucha. Popełniłby tym samym błąd. Dość kardynalny, szczególnie na to jak rozszerzyły się jego oczy i spięło się ciało, kiedy zaczął do niego docierać sens słów. To było zaskakujące, szczególnie w obliczu jego wniosków. Przez chwilę patrzył na nią tak, jakby się przesłyszał, ale nie mógł nic odczytać z jej oczu, bo zbyt mocno je zacisnęła.
Próbowała uciekać? Niedowierzanie. Zamrugał z gulą w gardle, przełykając ślinę. Trochę zbyt głośno jak na jego oko, ale to chyba nie miało znaczenia. Mało co miało. Mało co też nie miało. Chaos, w którym się poruszali.
- Nie wbij mi za to noża pod żebra - uprzedził cicho, zniżając głos w którym krył się uśmiech.
Ostrożny, nadal trochę zdystansowany uśmiech - nie do końca taki, jakiego mógłby chcieć, bo tak właściwie nie w ten sposób to wyglądało za każdym razem, kiedy pozwalał sobie o tym pomyśleć. Z drugiej strony chyba nie powinien być tym zdziwiony. Nic nie wychodziło im zgodnie z planem. Wszystkie zamysły brały w łeb, bo tej relacji najprawdopodobniej nie dało się kontrolować. To było jak rzucanie się na głęboką wodę, ale po ostrożnym stąpaniu po hektarach, setkach hektarów grząskiego gruntu to było wyłącznie jak zaproszenie. Tym razem wystarczające.
Powoli ujął w palce kosmyk włosów Geraldine, żeby wsunąć jej go za ucho, choć tak naprawdę cała jej fryzura była potargana wiatrem. Liczył się gest prowadzący do tego, że zanim zdążyła otworzyć zamknięte oczy po prostu nachylił się, żeby ją pocałować. Delikatnie, czule, nie w policzki a w miękkie wargi. Nie poprzestał na tym jednak. Pociągnął ją za sobą na piasek. Trochę bardziej gwałtownie opadając plecami na mokrą ziemię z Geraldine na piersi. Drugi raz pocałował ją łapczywiej.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#18
01.10.2024, 19:21  ✶  

Nie, jej chodziło o coś zupełnie innego. Bała się, że może pojawi się przy nim ktoś wyjątkowy, na kogo czekał całe życie, i zostawi ją z tym przedstawieniem, które tak sprytnie zaplanował. Nie chciała zostać odrzucona, nawet jeśli to miało być tylko udawane, zresztą nie czuła, że byłaby w stanie udawać coś takiego. Wbrew pozorom naprawdę była wrażliwa, pod tą dosyć grubą warstwą muru, którym odgradzała się od całego świata. Ambroise był jedną z nielicznych osób przed którymi zaczęła się otwierać, ale chyba nie potrafiłaby pójść na coś takiego mając świadomość, że to tylko gra. Ona ledwie radziła sobie z tą ich grą w przyjaciół, którą prowadzili od kilku miesięcy.

- Tylko, że tego się nie planuje. - Już ona bardzo dobrze sobie z tego zdawała sprawę. To przychodziło znienacka, w najmniej odpowiednim momencie i nie chciało odejść. Później zaczynało przysłaniać myśli, powodowało obsesję na punkcie drugiej osoby. Wolała nie myśleć, że mógłby to poczuć do kogoś innego.

Tyle, że tak mogło się zdarzyć, musiała przyjąć, że spotka ją najgorszy z możliwych scenariuszy, nie mogła udawać, że to się nigdy nie wydarzy. Każdy docierał do tego momentu, prędzej, czy później. Oczywiście wolałaby, aby jakaś obca niewiasta pojawiła się w życiu Ambroise'a jak najpóźniej, dzięki czemu mogłaby się nacieszyć tym, że chociaż przez chwilę był jej nawet nie do końca, chociaż trochę jej, jaki ten nieszczęsny przyjaciel. Wiedziała jak panny reagują na przyjaciółki swoich facetów, na pewno wtedy zabrakłoby dla niej miejsca w jego świecie.

Bardzo wiele ją kosztowało, aby to z siebie wydusić. Nie była pewna, czy robi dobrze, ale ta sytuacja doprowadziła ją do granicy. Nie chciała już słuchać o pannie Delacour, miała tego dość, nie chciała, żeby kiedykolwiek wspominał jej o innych dziewczynach, to ona chciała być jego dziewczyną.

Było to chyba najbardziej odważną rzeczą, jaką zrobiła w swoim życiu. Nie bała się wcale, kiedy mierzyła się oko w oko z potworami, ogromny strach za to wzbudzało w niej mówienie o uczuciach. Zresztą nie bez powodu zbierała się do tego tak długo. Miała wiele razy szansę na to, żeby poruszyć ten temat, jednak zawsze tchórzyła. Nie chciała jednak już się męczyć, nawet jeśli miałby ją wyśmiać, to wolała wreszcie mieć to za sobą. Zbyt bardzo ta niepewność spalała ją od środka.

Tak, chciała uciec, to wydawało jej się być najbardziej wygodną opcją w tym momencie, bo trochę bała się zderzenia z rzeczywistością, słowa opuszczały jej usta bardzo szybko, chyba na jednym tchu, bo zależało jej na tym, aby mieć to za sobą. Nie rozmyślała za bardzo nad treścią, mówiła to, co czuła, co chciała, żeby wiedział. Nie było to dla niej łatwe, ale brnęła do przodu, jakoś.

Sama nie wiedziała, kiedy tak naprawdę zaczęła na niego patrzeć inaczej , być może od samego początku wzbudzał w niej spore zainteresowanie, dzięki niemu przestała bać się Munga (no, ten jeden raz), później nawet, gdy się kłócili, a raczej rzucali w siebie wyzwiskami wiele razy miała ochotę zamknąć mu usta pocałunkiem, teraz, cóż, teraz uświadomiła sobie, że od dawna tego chciała. Pragnęła przekroczyć granicę, którą sami sobie wyznaczyli, chociaż nie pamiętała, żeby kiedykolwiek o tym dyskutowali. Tak po prostu było, z każdym dniem upewniała się, że to nie jest to, czego chce. Nie podobała jej się rola przyjaciółki, nie w momencie, w którym na przyjęciach pojawiały się dziewczęta wpatrzone w niego jak w obrazek.

Nie widziała jego reakcji, bo zamknęła oczy,  bała się patrzeć na niego po tym swoim wyznaniu. Jej oddech był przyspieszony, czuła się jakby przebiegła co najmniej maraton, a po prostu podzieliła się z nim tym, co nawarstwiało się w niej od miesięcy. Chyba poczuła też ulgę, miała to za sobą, nie będzie już żałowała, że się tym z nim nie podzieliła, nie będzie sobie musiała wyobrażać tego, co by było gdyby. Wóz, albo przewóz. Teraz wszystko zależało od niego. Ona powiedziała swoje.

Wydawało jej się, że słyszy głośne i przyspieszone bicie swojego serca. Nadal nie otwierała oczu, rozczarowało ją trochę to, że nie udało jej się po tym wszystkim czmychnąć gdzieś daleko stąd.

Bardzo szybko jednak zmieniła zdanie. Dlaczego miałaby mu wbić nóż pod żebra? Och, wyjaśniło się to dosyć prędko. Poczuła jego dłoń na swoich włosach, drgnęła przy tym niemalże niezauważalnie, bo czekała na to od wielu miesięcy, chciała żeby ją dotykał, chciała poczuć ciepło jego dłoni na swoim ciele, a później poczuła jego usta, które zbliżyły się do jej. Było warto sięgnąć po szczerość, zdecydowanie.

Pierwszy pocałunek, ten na który tyle czekała okazał się być delikatny, odwzajemniła go oczywiście, chciała w końcu zasmakować jego ust. Kiedyś już zdarzyło im się musnąć, ale było to zdecydowanie coś innego. Wiedziała, co to oznaczało, chciał tego samego co ona - to było dla niej najważniejsze.

Nie spodziewała się tego, co zrobił później. Nadal próbowała oswoić się z tą myślą, że dostała w końcu to, o czym marzyła od długiego czasu. Próbowała uspokoić serce, które chciało wyskoczyć jej z piersi, niestety straciła nad tym wszystkim kontrolę. Wylądowali na ziemi, w piachu, fale muskały ich stopy, zapewne nie tylko je, to była naprawdę piękna sceneria. Idealnie pasowała do tego, co się między nimi wydarzyło.

Nie zamierzała szybko oderwać swoich ust od jego, bo to było spełnienie jej najskrytszych marzeń, odwzajemniała każdy z pocałunków bardzo intensywnie, chciała, żeby poczuł ten żar, który się w niej pojawił, nie chciała być jedyną, która miała się tu spalać.

Po dłużej chwili jednak się od niego oderwała, nadal miała twarz zbliżoną do jego, tak, że praktycznie stykali się nosami. Może nie powinna nic mówić, czasem lepiej było milczeć, ale nie mogła się powstrzymać. - Nawet nie wiesz, ile mnie to kosztowało, Ośle. - Chciała, żeby zdawał sobie z tego sprawę, zresztą mógł się domyślić, ale wolała mu to przekazać.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#19
01.10.2024, 20:47  ✶  
Granice były...
...niepotrzebne. Choć tak naprawdę nie dało się powiedzieć, kiedy tak właściwie je sobie postawili, bo przecież już wcześniej mieli tych kilka chwil, podczas których mogło być całkiem jasne, że bycie przyjaciółmi nie miało wystarczyć. Już raz ją całował, choć tamto było wyłącznie pokazowym pocałunkiem (a może wcale nie?), ale dopiero to teraz było tak słodkie. Już nie słodko gorzkie. Słodkie. Po prostu słodkie - wargi Geraldine takie były. Smakowały słodyczą i morską solą. Rozkoszował się tym i tym, upojony odwzajemnianiem coraz głębszych, mniej pohamowanych wyrazów wzajemnego pożądania i zapachem jej włosów.
Dym, leciutka nuta bryzy, wetyweria, nutą ognistej, piżmo? Coś jeszcze? Nie był ekspertem od określania takich rzeczy. Jasne, był mniej więcej w stanie wyczuć eliksir po zapachu i nawet podać jego zbliżony skład, ale w tym wypadku nawet nie próbował zgadywać. Najważniejsze, że po prostu trzymał ją w ramionach, w pewnym momencie naturalnie przenosząc ręce na talię Yaxleyówny i mocniej przyciągając ją do siebie.
Ta chwila mogła tak po prostu trwać. Już się w niej zatracił. Nie potrzebował wiele, żeby zapomnieć o tym, gdzie się znajdują. Wiedział tylko kim byli... ...i kim nie byli. Wystarczyło tak mało, by stwierdzić tak dużo. Łapiąc ciężki, urywany oddech przysunął twarz do jej twarzy, stukając ją nosem i unosząc kącik ust. Nie musieli rozmawiać, a kiedy się odezwał jego głos brzmiał inaczej - bardziej chrapliwie, zadowolenie i miękko.
- Co nieco mogę się domyślić - zaprzeczył z uniesieniem brwi, posyłając Geraldine krzywy uśmiech i ścierając palcami piasek z jej policzka dostrzegany w peryferiach wzroku.
Nie robił nic, żeby odsunąć twarz od jej twarzy, czoło od czoła, nos od nosa, łomoczące serce od serca. Nie wiedział czy to jego własne bije tak szybko czy może oboje są tak bardzo poruszeni tą nową sytuacją. Wybierał to drugie, a skoro cisza została już przerwana to również spokojniejsze, szepczące słowa wypowiedziane prosto w oczy Geraldine.
- Nie lubię się domyślać - musiała się tego po nim spodziewać.
Po prostu był sobą. Kiedy nazwała go tym osłem, nie mógł nie skomentować tego, że zwyczajnie mogła mu o tym wcześniej powiedzieć. On jej również. Wybierali niepotrzebnie ciążące myślenie i choć to nie było teraz ważne to ewidentnie oboje byli siebie warci. Ale czy to było znów aż takie złe? Miał wrażenie, że teraz wyłącznie wszystko ułatwiało a o innego rodzaju przyszłości nie próbował myśleć.
- Jestem prostym człowiekiem - przypomniał, tym razem nie wkładając jej kosmyka włosów za ucho tylko nawijając go sobie na palec a potem delikatnie puszczając.
Kręcił się od soli w morskiej bryzie i od drobnych kropelek wody.
Tak właściwie to byłby skłonny uwolnić ją i od półupięcia na głowie, skoro nie trzymało już włosów i od tej horrendalnej sukienki, która teraz i tak była mokra. Oboje byli mokrzy i utytłani w klejącym się do ciała piachu. Nie to, żeby jakoś specjalnie mu to przeszkadzało - nawet ta podmywająca plecy woda. Nie. Miał to daleko gdzieś. Mimochodem bawił się luźnymi włosami Geraldine, co przychodziło mu tym naturalniej, że wychowywał się głównie w otoczeniu eleganckich kobiet. Nie raz i nie dwa zdarzyło mu się pomagać w upięciu jakiejś fryzury. Z tym, że pierwszy raz stopniowo ją rozwalał, układając po swojemu w czułym geście.
- Żeby tak od razu. Nie ja jeden, przyjaciółko - skomentował chcąc zrewanżować się za tego osła, choć wcale go to nie ruszyło, ale momentalnie skrzywił się na to, co opuściło jego usta.
To słowo stanowiło bardzo niemiły dodatek do czegoś, co w gruncie rzeczy już dawno powinno zostać wypowiedziane, bo przynosiło wyłącznie niepotrzebne napięcia. Teraz to widział. W tym momencie chyba nie był takim znowu ślepym osłem. Czyż nie? Trochę bawiło go nawet to, jak prosto było tak po prostu wyciągnąć rękę po upragnioną zmianę i ile kosztowały te wszystkie tygodnie milczenia. Nie chciał patrzeć na to w kontekście straty i minionych dni, które chyba były już za nimi. Jasne, teraz czuł się lekko, dając napięciu opuścić jego ciało i napawając się tą chwilą, Nią. Mieli jeszcze całkiem dużo do powiedzenia, ale nie chciał burzyć tej idylli.
- Musimy czymś to zastąpić. Nienawidzę tego słowa - stwierdził jeszcze, choć nie oczekiwał teraz żadnej konkretnej odpowiedzi.
Nie sądził również, że cokolwiek sugeruje. Wydawało mu się to całkiem jasne. Szczególnie w kontraście do niedawnych przemilczeń. Chciał ją, ale tak daleko od tej sztucznej relacji jak to tylko było możliwe. To, że byli swoim częstym, coraz częstszym towarzystwem i tego też nie chciał zmieniać wraz z rezygnacją z kajdanów przyjaźni też chyba było zrozumiałe. Odnosił wrażenie, że również tak jak to, co powiedział jeszcze chwilę temu i co dokładnie w tamtej chwili zostało odrzucone. Należało spróbować ponownie?
- Ten pomysł brzmi lepiej? - Spytał, owijając na palec kolejny kosmyk. Mógł jej w ten sposób na nowo ułożyć całą fryzurę, bo przecież mieli czas.
Nie przejmował się tym, że teoretycznie powinni być obecni na przyjęciu i że ich plaża, choć odosobniona i oddzielona tyłami namiotów, nie była tak właściwie ich plażą. W każdej chwili ktoś mógł tu wpaść. Chociażby po to, by zapalić tak jak on wcześniej albo uciec od męczącego tłumu - również jak Ambroise. Mogli wywołać całkiem sporo plotek albo nawet jakiś mały skandal towarzyski. Szczególnie, że ani myślał wypuścić ją z ramion. Było mu tak wygodniej niż kiedykolwiek tego dnia. Znacznie słodziej niż wcześniej, bez goryczy, która gdzieś się rozpłynęła.
- Będzie święcie przekonana, że sukienka zadziałała - stwierdził nagle, bo może jeszcze tego nie ustalili, ale sam bezczelnie przyjął wcielanie tego wszystkiego w życie.
Nie chciał ryzykować tym, że dalej ją będą swatać. Nie było mu w smak trzymać ją w tajemnicy jak sekret, kiedy znacznie lepiej było naturalnie upublicznić to, że postanowił zająć sobą jej wszystkie myśli. Nie była mu przecież dłużna, bo już zajmowała te jego. Sam nie do końca wiedział, kiedy dokładnie wygodnie zamieszkała w jego głowie, ale najpewniej było to jeszcze przed kapciami w smoki. Już przed nimi zaczęła się tam wprowadzać a on mimowolnie jej na to pozwolił. To nie było coś nienaturalnego. Już nie. Wypowiedziane zyskało inny wymiar wydźwięku.
- No. Może trochę - wrócił myślami do tej sukienki, teraz już raczej nadającej się do kosza, choć teoretycznie magia była ją jeszcze w stanie naprawić.
Ambroise nie mówił jednak, że niespecjalnie podobała mu się ta kreacja, bo chciał urazić czy sprowokować Geraldine. Jasne, było na czym zawiesić oko czy przesunąć wierzchem dłoni po gładkim, mokrym materiale, unosząc kąciki ust i kołysząc głową w przód i w tył z tym konkretnym, całkiem pożądliwym uśmieszkiem. Jednakże to do niej po prostu nie pasowało. Wyglądała świetnie. Jak milion galeonów, ale jedną sprawą było to, że wolał ją w tym prawdziwym, jej wydaniu a drugą, że teraz mógłby czuć się zobligowany do zastraszenia każdego, kto niewłaściwie na nią spojrzał. Zaskakujące jak szybko zrobił się otwarcie terytorialny, choć tak naprawdę już wcześniej chciał myśleć, że jest jego.
- Spadamy stąd? - trzecia wilgotna sprężynka zsunęła mu się z palca, kiedy znowu sięgnął po jej usta.
Chyba mogli stąd spadać w takim wypadku? Nie przeszkadzało mu bycie publicznym, ale chciał nacieszyć się ich nowoodkrytą rzeczywistością w bardziej prywatnych warunkach. Oczywiście, wyjątkowo bez zdrożności. Obiecał się nie narzucać, czyż nie? Zbytnio się nie narzucać. Tak właściwie i to mógłby zmienić.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#20
01.10.2024, 23:05  ✶  

Granice były zapomniane. Nareszcie, bo miała ich już po dziurki w nosie, tym bardziej, że nigdy wcześniej nie musiała tego robić. Przekraczała je w każdej możliwej dziedzinie życia, bez zastanowienia, to był ten jeden, jedyny raz, gdy się powstrzymywała. Nie żałowała tego jednak, może dzięki temu te pocałunki były takie słodkie? To, jak długo zajęło im dotarcie do siebie tylko pogłębiało jej pragnienie. Łaknęła jego bliskości ogromnie, najchętniej nie pozwoliłaby mu się wypuścić z ramion. Zasługiwali na nagrodę, przecież tak grzecznie czekali na to, aż wreszcie coś się wydarzy.

Omal przy tym nie oszaleli, ale to była inna sprawa, grunt, że to szaleństwo było już za nimi, a może dopiero miało się zacząć? Zapewne dopiero się okaże.

Zamierzała się cieszyć tą chwilą, bo długo na nią czekała. Wyobrażała sobie wiele razy moment, w którym w końcu opadnie to wiszące między nimi napięcie. Chodziła przez nie po ścianach, zupełnie niepotrzebnie, bo on ją chciał. Taką, jaka była, a miał szansę już poznać jej wszystkie możliwe wersje, od tych najgorszych po najlepsze, bo się przecieżprzyjaźnili od kilku miesięcy. Gościli w swoim życiu, mieli teraz tylko zadomowić się w zupełnie inny sposób.

Kiedyś pewnie by się zapierała, że nigdy nie będzie gotowa się zakochać, ale to się stało. Przyszło do niej niespodziewanie, jednak kiedy wpatrywała się w jego zielone oczy, przypominające jej wiosnę wiedziała, że zupełnie niepotrzebnie się tego bała. Teraz nie widziała nic złego w tym, że chciała wejść do jego życia, rozgościć się wygodnie i tam zostać. Nie czuła, żeby to mogło ją w jakikolwiek sposób ograniczać, wręcz przeciwnie, czuła się dzięki temu silniejsza, lepsza.

- Zauważyłam. - Nie szła im ta gra w niedopowiedzenia. Zdecydowanie. Krążyli wokół siebie nie do końca potrafiąc się określić. Byli uparci, żadne z nich nie chciało wykonać pierwszego kroku, za bardzo bali się tego, że się sparzą. To było całkiem zrozumiałe, ta przyjaźń była trochę jak wróbel którego trzymali kurczowo w garści i nie chcieli wypuścić, wystarczała im póki mogli ze sobą przebywać. Tyle, że zasługiwali na coś więcej, dzisiaj to do niej dotarło, dlatego też w końcu postanowiła powiedzieć, co jej leżało na sercu. Powinna być wdzięczna za to pannie Delacour, gdyby nie jej obecność u jego boku Yaxleyówna zapewne nie zdecydowałaby się odezwać.

- Nie, Roise, wcale nie jesteś prostym człowiekiem. - Nie w jej oczach, nigdy nie był prosty. Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo ją zadziwiał, jak często łapała się na tym, że próbowała go zrozumieć, a zamiast tego gubiła się jeszcze bardziej. Zdecydowanie Ambroise Greengrass nie był prostym człowiekiem.

W końcu wyciągnęła dłoń, aby dotknąć jego twarzy, opuszkiem palca delikatnie go po niej gładziła. Wreszcie mogła go dotknąć, nie musiała trzymać rąk przy sobie i strasznie jej się to podobało. Udało im się uciec z kajdan przyjaźni, które sami niepotrzebnie sobie narzucili, teraz mogło być tylko lepiej, w końcu uzyskali wolność, której pragnęli.

Pokręciła przecząco głową, kiedy to znienawidzone przez nią słowo padło z jego ust. Nie mógł jej tak więcej nazywać, zdecydowanie zamierzała odejść od tego słowa, bo kojarzyło jej się bardzo nieprzyjemnie.

- Zgadzam się z tobą, też go nie znoszę. - Żadne słowo jej nie denerwowało jak to, bo umniejszało temu, co się między nimi działo. Czuła, że jest to coś więcej, ale przez ramy w jaką wrzucili tę znajomość nie mogła po to sięgnąć. Miała wrażenie, że popsuje coś dobrego, na szczęście to nie tylko przyjaźń była im pisana.

- Chcesz, żebym była twoją dziewczyną? - Skoro już zaczęła kierować się szczerością to zamierzała to kontynuować. Nie wyobrażała sobie, żeby mogło być inaczej, jej serce teraz biło tylko i wyłącznie dla niego i miała nadzieję, że zechce to od niej przyjąć. Wiedziała, że to może być dosyć sporo, ale skoro on nagle stał się jej całym światem liczyła na to, że i ona stanie się jego. Chciała, żeby wszyscy o tym wiedzieli. Nie dlatego, żeby mieć święty spokój od matki, ciotek i wszystkich innych, pierwszy raz w życiu czuła się w pełni szczęśliwa i chciała, aby inni się o tym dowiedzieli, niech jej zazdroszczą tego, że udało jej się znaleźć swoją brakującą część duszy.

Tak właściwie to zapomniała o tym, gdzie się znajdowali. Już dawno nie myślała o tym przyjęciu, liczyło się tylko to, że znajdowała się teraz w jego ramionach, nic więcej. To było wszystkim, czego w tej chwili potrzebowała. Miała w nosie to, że ktoś mógł ich zobaczyć, niech patrzą i zazdroszczą.

- Bardzo nie chciałabym jej dać tej satysfakcji. - Musiałaby później wysłuchiwać tego, że Jen miała rację, i że powinna częściej kierować się jej wspaniałymi radami. Zdecydowanie nie było to to, czego potrzebowała. Miała jednak nadzieję, że matka wreszcie da jej spokój, na pewno to zrobi, kiedy dowie się, że się spotykają.[/a]

To było całkiem naturalne, że mogli podzielić się ze światem tym co ich połączyło. Nie mieli powodu do strachu, bo każde z nich było odpowiednie dla siebie, przynajmniej w kręgach, jak te, w którym przyszło im się obracać. Nie mogli lepiej trafić, może mogliby wzbudzić nieco kontrowersji, gdyby teraz wrócili na to przyjęcie, przemoczeni, umorusani w piachu, ale to by było na tyle.

- Nie, to nie mogło być to. - Wolała myśleć o tym, że naprawdę uważał tę sukienkę za paskudną, bo nie czuła się w niej sobą. Zdecydowanie preferowałaby się jej pozbyć.

- Do mnie, czy do ciebie? - Zdecydowanie nie zamierzała tutaj dłużej zostać, nie kiedy wreszcie mogła mieć go tylko dla siebie, zamierzała się nacieszyć jego obecnością, w każdym, nawet najdrobniejszym calu, poznać go z zupełnie innej strony, bo przecież tyle na to czekała.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (9332), Geraldine Greengrass-Yaxley (8071)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa