18.11.2024, 13:50 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.02.2025, 23:19 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Zazwyczaj pewnie powiedziałby coś twórczego w temacie rozstawiania go po kątach i kazania mu być asystentem laboratoryjnym. Poza stażem w Mungu, kiedy po prostu musiał zachowywać się w odpowiedni sposób, żeby nie narobić sobie problemów i jakoś ugruntować swoją pozycję pośród stażystów, raczej nie miał skłonności ku temu, aby grzecznie przyjmować polecenia.
Szczególnie, gdy uważał, że swobodnie może sam zadecydować o własnych posunięciach, zna się na przebiegu procesu, wie gdzie co jest i nie potrzebuje pokazywania mu rączką, gdzie powinien podreptać jak grzeczny uczniak, wyciągnąć rączkę i wykonać polecenie.
Natomiast w tym konkretnym przypadku chyba był zbyt przemęczony, żeby próbować jakoś odgryzać się Roselyn za to, że tak samowolnie przejęła pierwsze skrzypce, mimo że propozycja zajęcia się dziś roślinami wyszła od niego. Wcale nie był bardziej ugodowy niż zazwyczaj. W żadnym wypadku nie znał swojego miejsca, swojej roli.
Najprawdopodobniej wręcz powinien zaznaczyć, że jego udział w całym procesie był równie istotny, co jej i że sam potrafił domyślić się, co powinien zrobić. Zwyczajowo Ambroise zdecydowanie by to zrobił. Nie miałby najmniejszych oporów, aby dać Roo do zrozumienia, że nie potrzebowała się zbytnio zapędzać w swoich skłonnościach do rządzenia się, nawet jeśli to była jej szklarnia.
Od jakiegoś czasu uważał tę przestrzeń również za własną. Samowolnie przejął ją do przesiadywania w niej i spoglądania na drzewo-zwierzę (powinni nadać mu imię czy to było już za dużo?) palenia papierosów ziołowych i przeczekiwania bezsenności zanim nie zadziałają na niego eliksiry, które odetną go na tyle długo, że jakoś prześpi choć kawałek nocy. Niespokojnie, bo niespokojnie, ale zawsze.
Zamiast tego czuł się zbyt wybity ze zwyczajowej równowagi. Tej, której od jakiegoś roku (nie, nie jakiegoś - był w stanie wskazać dokładną ilość dni i godzin, po prostu nie chciał tego do siebie dopuszczać; nie lubił masochistycznie sobie dopierdalać bardziej niż to konieczne) i tak nie miał zbyt wiele. Za bardzo niespokojny wewnątrz, jednakże nie w ten znany mu sposób. Coś w nim nakazywało mu po prostu dwukrotnie kiwnąć głową zamiast wylewać swoje wzburzenie na zewnątrz. Był poruszony, ale nie rozjuszony. Nie wściekły a...
...pełen obawy? Nie przyznałby tego nawet przed samym sobą, ale czuł się spłoszony, zlękniony jak dzikie zwierzę złapane w samym środku lasu w okrąg światła płynącego z różdżki. W tym wypadku stali w jasnej szklarni. To światło było ciepłe, jasne, złote i powinno być miłe, ale nie było.
Cienie w dalszym ciągu napierały na szklane ściany szklarni, która od czasu do czasu trzeszczała pod naporem wiatru. Nie miała runąć, stała stabilnie, ale mrok usiłował ją pochłonąć. Przynajmniej takie wrażenie raz po raz pojawiało się w głowie Ambroisa. W całym jego ciele, sprawiając, że przechodził go lodowaty dreszcz.
Bez słowa ruszył dwa kroki w kierunku mikroskopu darując sobie machanie różdżką, żeby go do nich przywołać. Był pod stołem, więc wystarczyło trochę się przesunąć i pochylić. Wolał sztywno złapać go w palce, poczuć ciężar i chłód w dłoni. Podnieść go, wrócić z powrotem w jasne światło najbliższej lampy, ustawiając wszystko w taki sposób, aby było gotowe do użycia. Wszystko w kompletnym milczeniu, ale przecież nie potrzebowali zabijać ciszy bezsensownym dziamdzianiem.
Dopiero wtedy zbliżył się do Roselyn, stając za jej plecami i spoglądając przez ramię siostry. Nie musiał się schylać, by widzieć, na co wskazywała. Soków faktycznie było więcej. Znacznie więcej. Cokolwiek działo się po eliksirach, zdecydowanie przynosiło efekt. Pytanie czy sama substancja pobrana z rośliny nie miała być słabsza, zaburzona, rozwodniona. To liczyło się tu najbardziej.
- Jasne - ponownie kiwnął głową wychylając się, żeby sięgnąć po osprzęt, robiąc dokładnie to, czego po nim oczekiwano.
Tego wieczoru był cholernie ugodowym człowiekiem. Najprawdziwszym asystentem tygodnia, grzecznie wykonującym to, o co go, no nie, nie do końca poproszono, ale co i tak zrobił. Samowolnie pozwalając sobie na to, by być pierwszą osobą, która bliżej przyjrzy się próbce i pełnym zastanowienia hmm powoli przechodzącym w aprobatę.
A jednak nijak nie skomentował tego, co spostrzegł, wyprostował się następnie odstępując o pół kroku od przygotowanego stanowiska, dając Roselyn szansę na dokonanie własnych spostrzeżeń. Tak było najlepiej. Mogli w spokoju zbierać swoje wnioski i na koniec podzielić się nimi, prowadząc rozmowę do momentu, w którym nie zaczęła zbyt mocno morzyć go senność będąca efektem wypitego eliksiru nasennego. Żegnając Roselyn, wreszcie udał się do łóżka, tym razem po to, by po chwili zasnąć.
Szczególnie, gdy uważał, że swobodnie może sam zadecydować o własnych posunięciach, zna się na przebiegu procesu, wie gdzie co jest i nie potrzebuje pokazywania mu rączką, gdzie powinien podreptać jak grzeczny uczniak, wyciągnąć rączkę i wykonać polecenie.
Natomiast w tym konkretnym przypadku chyba był zbyt przemęczony, żeby próbować jakoś odgryzać się Roselyn za to, że tak samowolnie przejęła pierwsze skrzypce, mimo że propozycja zajęcia się dziś roślinami wyszła od niego. Wcale nie był bardziej ugodowy niż zazwyczaj. W żadnym wypadku nie znał swojego miejsca, swojej roli.
Najprawdopodobniej wręcz powinien zaznaczyć, że jego udział w całym procesie był równie istotny, co jej i że sam potrafił domyślić się, co powinien zrobić. Zwyczajowo Ambroise zdecydowanie by to zrobił. Nie miałby najmniejszych oporów, aby dać Roo do zrozumienia, że nie potrzebowała się zbytnio zapędzać w swoich skłonnościach do rządzenia się, nawet jeśli to była jej szklarnia.
Od jakiegoś czasu uważał tę przestrzeń również za własną. Samowolnie przejął ją do przesiadywania w niej i spoglądania na drzewo-zwierzę (powinni nadać mu imię czy to było już za dużo?) palenia papierosów ziołowych i przeczekiwania bezsenności zanim nie zadziałają na niego eliksiry, które odetną go na tyle długo, że jakoś prześpi choć kawałek nocy. Niespokojnie, bo niespokojnie, ale zawsze.
Zamiast tego czuł się zbyt wybity ze zwyczajowej równowagi. Tej, której od jakiegoś roku (nie, nie jakiegoś - był w stanie wskazać dokładną ilość dni i godzin, po prostu nie chciał tego do siebie dopuszczać; nie lubił masochistycznie sobie dopierdalać bardziej niż to konieczne) i tak nie miał zbyt wiele. Za bardzo niespokojny wewnątrz, jednakże nie w ten znany mu sposób. Coś w nim nakazywało mu po prostu dwukrotnie kiwnąć głową zamiast wylewać swoje wzburzenie na zewnątrz. Był poruszony, ale nie rozjuszony. Nie wściekły a...
...pełen obawy? Nie przyznałby tego nawet przed samym sobą, ale czuł się spłoszony, zlękniony jak dzikie zwierzę złapane w samym środku lasu w okrąg światła płynącego z różdżki. W tym wypadku stali w jasnej szklarni. To światło było ciepłe, jasne, złote i powinno być miłe, ale nie było.
Cienie w dalszym ciągu napierały na szklane ściany szklarni, która od czasu do czasu trzeszczała pod naporem wiatru. Nie miała runąć, stała stabilnie, ale mrok usiłował ją pochłonąć. Przynajmniej takie wrażenie raz po raz pojawiało się w głowie Ambroisa. W całym jego ciele, sprawiając, że przechodził go lodowaty dreszcz.
Bez słowa ruszył dwa kroki w kierunku mikroskopu darując sobie machanie różdżką, żeby go do nich przywołać. Był pod stołem, więc wystarczyło trochę się przesunąć i pochylić. Wolał sztywno złapać go w palce, poczuć ciężar i chłód w dłoni. Podnieść go, wrócić z powrotem w jasne światło najbliższej lampy, ustawiając wszystko w taki sposób, aby było gotowe do użycia. Wszystko w kompletnym milczeniu, ale przecież nie potrzebowali zabijać ciszy bezsensownym dziamdzianiem.
Dopiero wtedy zbliżył się do Roselyn, stając za jej plecami i spoglądając przez ramię siostry. Nie musiał się schylać, by widzieć, na co wskazywała. Soków faktycznie było więcej. Znacznie więcej. Cokolwiek działo się po eliksirach, zdecydowanie przynosiło efekt. Pytanie czy sama substancja pobrana z rośliny nie miała być słabsza, zaburzona, rozwodniona. To liczyło się tu najbardziej.
- Jasne - ponownie kiwnął głową wychylając się, żeby sięgnąć po osprzęt, robiąc dokładnie to, czego po nim oczekiwano.
Tego wieczoru był cholernie ugodowym człowiekiem. Najprawdziwszym asystentem tygodnia, grzecznie wykonującym to, o co go, no nie, nie do końca poproszono, ale co i tak zrobił. Samowolnie pozwalając sobie na to, by być pierwszą osobą, która bliżej przyjrzy się próbce i pełnym zastanowienia hmm powoli przechodzącym w aprobatę.
A jednak nijak nie skomentował tego, co spostrzegł, wyprostował się następnie odstępując o pół kroku od przygotowanego stanowiska, dając Roselyn szansę na dokonanie własnych spostrzeżeń. Tak było najlepiej. Mogli w spokoju zbierać swoje wnioski i na koniec podzielić się nimi, prowadząc rozmowę do momentu, w którym nie zaczęła zbyt mocno morzyć go senność będąca efektem wypitego eliksiru nasennego. Żegnając Roselyn, wreszcie udał się do łóżka, tym razem po to, by po chwili zasnąć.
Koniec sesji
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down